Jedną rzecz pragnę wyjaśnić już na samym początku. Nie chcę nikogo ani obrażać, ani prowokować. Jednak materia którą poruszam jest szczególna, jej omówienie byłoby pleceniem banałów – o ile nie podam konkretnych przykładów. Jeśli więc w tekście padną nazwiska, tytuły i nazwy to tylko jako egzemplifikacje tezy, a nie merytoryczne recenzje  autorów i inicjatyw.

Zacznijmy od tego jak tworzone są, zazwyczaj antologie literackiego horroru w Polsce. Otóż jest sobie redaktor Królik, który pewnego dnia budzi się iście genialną myślą. ZRÓBMY ANTOLOGIE! Zwołuje on Krewnych i Znajomych aby swoim talentem literackim projekt wspomogli. I ślą mu przedstawiciele  króliczego kręgu opowiadania, których jednym kryterium publikacji jest fakt, że ich autorzy zostali zaproszeni do projektu przez pomysłodawcę. I nie ma znaczenia, czy tekst jest zdatny do czytania, czy to grafomański bełkot. Ważne, że pisane były przez Krewnych i Znajomych.

Taki sposób doboru autorów ma pewną zaletę. Teoretycznie. Wszak Redaktor Królik zna swych Krewnych i Znajomych, wie kto jaki poziom reprezentuje, więc zaprasza tych, którym już coś  udało się sensownego napisać. Jednak człowiek jest tylko człowiekiem, każdemu autorowi z naszego horrorowego bagienka zdarza się spłodzić opowiadanie słabsze. Nie ma to znaczenia w przypadku króliczych antologii. Jeśli ktoś zaproszenie przyjął, znaczy się publikowany będzie. Tak, na zasadzie zwoływania zaufanych, tworzone były antologie „Krew Zapomnianych Bogów”, „Słowiańskie Koszmary”, „Maszyna”, e- antologia „…. I odpuść nam nasze winy”, czy erotyczne „Tabu”.

I nie twierdzę, że są to książki złe! Ja po prostu, ironizując, opisuje pewien model tworzenie inicjatyw literackiej grozy w Polsce. Sam w dwóch króliczych antologiach uczestniczyłem, i uczestniczyć będę. Co więcej, uważam, że na dominację takiej formy naboru jesteśmy skazani. Bowiem alternatywą jest nabór konkursowy – bardziej czasochłonny, pracochłonny, i po prostu trudniejszy. I dlatego stosunek roczny antologii „króliczych” do „konkursowych” jest kilka do jednej.

Poniekąd każdy niszowy wydawca (GMORK, Dom Horroru, Okiem na Horror, teraz jeszcze Misterium Grozy) to realny czy potencjalny Królik, mający krąg Krewnych i Znajomych. Przecież znamy się. Wirtualnie spotykamy się codziennie, od wielkiego dzwonu na jakimś konwencie, niekiedy prywatnie. Czasami tworzą się w króliczych kręgach frakcje, frondy albo sekty. Mają one charakter ad hoc (w przypadku internetowych awantur) albo stały (np. środowisko autorów weird fiction skupione wokoło forum Pessimus). Ja sam osobiście poznałem swoich wydawców, Sebastiana z którym współpracuje przy Okiem na Horror oraz Michała, szefa portalu na którym publikuje niniejszy tekst.

I co w tym złego, zapyta ktoś, że się znacie i lubicie? Nic. Nie ma w tym nic złego, aż do momentu kiedy Krewny ocenia pracę Znajomego. Tu zaczyna się problem. Bowiem niestety jest tak, że każda osoba z króliczego kręgu przybiera kilka ról – bywa pisarzem, recenzentem, publicystą, wydawcą i redaktorem. Przykłady? Proszę bardzo. Tomasz Czarny jest pisarzem i wydawcą. Sebastian Sokołowski wydawcą, redaktorem pisma i prowadzi blog z recenzjami. Wymądrzający się wiecznie Borowiec to autor prozy i publicystyki.

Wiecie jak to wygląda z zewnątrz, szanowni państwo? Jak układzik, towarzystwo wzajemnej adoracji, bagienko, gdzie w ciepłym smrodku kolesiostwa wzajemnie klepiemy się po plecach.  Jesteśmy środowiskiem małym, czasem mam wrażenie że na dwie osoby czytające grozę, przypada trzy, które ją chcę pisać. Skłamałbym, gdybym napisał że jest mi z tym jakoś szczególnie źle. Jednak moja osobista wygoda, jaką zapewniłem sobie zajmując komfortowe miejsce pośród grozowego bagienka, nie może mi przysłaniać pewnego dość istotnego faktu: cholernie tracimy na wiarygodności. Dlatego ja unikam wypowiadania się o twórczości kolegów i koleżanek po piórze. W ogóle – jeśli recenzuje – to książki pisarzy którzy byli już sobie zamarli. W rzeczy samej uciekam w wygodną nisze klasyki – martwi ludzi nie są drażliwi, nie obrażą się, nie rozpoczną internetowej awantury. Żywi, to i owszem.

W sierpniu tamtego roku na blogu Nekropolitan ukazała się podkastowa recenzja „Pełzającej Śmierci” Tomasza Siwca. Szymas zwrócił uwagę na kiepski poziom redakcyjny książki. Akcja wywołała reakcję, w październiku szef Horror Masakry opublikował na swoim blogu notkę z aluzjami do „grupy onanistów, którzy stoją na straży odpowiednio postawionych przecinków”. W sumie nic się nie stało – ot, kolejna drobna złośliwość, jakie często wyświadczamy sobie w naszym środowisku. Jednak to jeden z wielu przykładów kompletnej nieumiejętności przyjmowania krytyki. I pisze tu też o sobie. Nie lubię, nie znoszę, nie cierpię jak ktoś narzeka na moją robotę. Jestem człowiekiem żywym (choć to pewnie kwestia czasu), więc drażliwym.

Dlatego też ludzie, którzy oczytani są w polskiej grozie, których mierzi nasze awanturnictwo w rzadkich przypadkach negatywnego wypowiadania się o rodzimych horrorach, uciekają się do krytyki incognito. Niestety, ulegają pokusie załatwiania sobie przy tym jakichś personalnych konfliktów, wylewania nieuzasadnionych żali, albo po prostu jechania po tych, których się nie lubi. Stąd też takie wybryki jak działalność Tomasza Goremana i Beki z polskiej literatury grozy. Niestety, obie inicjatywy bardziej wyglądały na próbę anonimowego hejterstwa, niż rzetelnej krytyki. Aby dotrzeć do jakichkolwiek merytorycznych uwag o „Gorefikacjach” w Goremanowej recenzji zbioru, należało się najpierw przedrzeć przez hałdy niskich lotów uwag ad personam. Beka, zamiast wyśmiewać faktycznie potknięcia nasze i kompromitacje, czepiała się pierdów, w stylu nierównych książek w serii, albo literówek we wpisach na Facebooku. Ręce opadają. Zdarzył się przypadek hejterstwa uczciwego, odważnego, z otwartą przyłbicą. Chodzi mi tu o osławioną audycję Magdy Kałużyńskiej. W porównaniu z Krwawą Kałużą jednak, Goreman czy Beka to szczyt profesjonalizmu. Autorce (skądinąd świetnego) „Alvethora” zdarzało się negatywnie wypowiadać o konferencji na której nie była (sic!), albo pomawiać o plagiat w sytuacji, gdzie można było dopatrzyć się co najwyżej inspiracji. Wszystkie trzy inicjatywy obecnie milczą. I dobrze, niech tak zostanie.

Pewną nadzieję na szczerą, uczciwą krytykę dawał portal Carpe Noctem. Karpie lata pracowały na opinię medium stającego okoniem wobec panującego u nas paradygmatu chwalenia wszystkich i wszystkiego. Obserwując ich ostanie poczynania muszę stwierdzić, że dalej mają własne zdanie, często odmienne od powszechnie głoszonego. Na fali sentymentu do pulpy wydawany jest znowu G. N. Smith – więc oni ogłaszają krytyczny podkast o tym pisarzu. Wszędzie chwalony jest „Strach” – a oni marudzą na pisarstwo Kariki. Niestety, ostatnio zadziwiająco mało mówią i piszą o polskim horrorze. Zeszły rok obfitował literackimi premierami z naszego rodzimego podwórka, co zostało – z dwoma wyjątkami  – przez CN zignorowane. Jedynie „Kamienica panny Kluk” Zdanowicza oraz „Królestwo Gore” Radeckiego doczekały się omówienia. Przy okazji, warta podkreślania jest wytrwałość i konsekwencja Pawła w produkowaniu ambiwalentnych recenzji. Od lat czytam jego teksty, a z każdego mogę się dowiedzieć że polska groza go „satysfakcjonuje, owszem, lecz tylko momentami”. To satysfakcjonuje czy nie, do cholery? I dlaczego tylko dwa rodzime horrory w tym roku? A dwie książki Kulpy? Borlik? Kwiatkowska? Maciejewski? Któraś z antologii? Jakiś numer Okolicy Strachu, albo jakaś pozycja z „pulpowej” serii Phantom Books? Co się stało ze strasznymi karpiami, żerującymi na twórczości polskich pisarzy grozy?

Więc zostają pochwały szczodrze serwowane przez inne media. Ironia losu chce, że czasem zasłużone. Oto w tym roku ukazał się „Drugi Peron” Agnieszki Kwiatkowskiej.  Jest to proza idealnie trafiająca w moje gusta – autorka sprawnie uderza w tą strunę „weird” i „grozy”, jaką ja uwielbiam. I tutaj uwaga na marginesie: co mi cholernie imponowało, to nieludzka cierpliwość pisarki w budowaniu sobie marki na scenie grozy i praca nad warsztatem. Udział w konkursach, zakorzenienie się jako sztandarowy autor Magazynu Histeria, zapieprzanie jako korektor w OLS. Żadnej drogi na skróty, w stylu pchania się w jakieś „vanity press”. Jak widzę naiwnych nieszczęśników robiących ściepę na polakpotrafi.pl, aby „wreszcie” coś wydać, to mam ochotę postawić im Kwiatkowską przed nos jako przykład. Tak to się robi. Jednak unikam wypowiadania się  o prozie Agnieszki. Poznałem dziewczynę osobiście na KFASONIE, prywatnie lubię, więc obiektywny nie jestem.

W lipcu tego roku na Grabarzu Polskim ukazała się bardzo przychylna recenzja „Drugiego Peronu” autorstwa Mariusza „Orła” Wojteczka. Kolejną pozytywną opinię opublikował Tomek Krzywik na dwóch grupach dyskusyjnych wyspecjalizowanych w horrorze. Przeprowadźmy teraz sobie eksperyment myślowy. Wyobraźmy więc sobie, że owe przychylne recenzje czyta ktoś zainteresowany polskim horrorem, lecz bez pisarskich czy recenzenckich ambicji. Czyta i potem sprawdza nazwiska: zarówno opiniowanej, jak i opiniujących. I dowiaduje się, że Agnieszka opublikowała zbiór w tym samym wydawnictwie, w którym będzie debiutował Mariusz, a Krzywik jest autorem opowiadań z Magazynu Histeria, tego samego w którym Kwiatkowska często zamieszczała swoje teksty. Wiecie jak to wygląda „z zewnątrz”? Tak, jakby jakiś Krewny Królika chwalił robotę Znajomej Królika. I pal diabli, że te pochwały są jak najbardziej zasłużone. Pal diabli, że recenzje są dobrze napisane. Personalne relacje i wspólny interes zabijają wiarygodność.

Oczywiście, można znaleźć bardziej kuriozalne przykłady chwalenia swoich. Na portalu Kostnica Michał P. Lipka opublikował recenzję antologii „Krwawnik 2” której wydawcą jest nie kto inny, jak właśnie Kostnica. Mało tego, recenzent jest również współautorem publikacji (sic!), do czego się zresztą przyznał: „z racji faktu, iż jestem autorem tej graficznej opowiastki, pozwolę sobie pominąć jej ocenę”. Michale, dlaczego? Po co się tak krygować? Spokojnie mogłeś siebie pochwalić, wszak wiarygodność takiej „recenzji” jest zerowa.

Jeśli ktoś chce i umie pisać – niechże pisze. Jeśli ktoś chce i umie recenzować – niechże recenzuje. Jednak stawianie się w roli autora prozy i recenzji budzi podejrzenie o konflikt interesów.  Pisarz będzie zabiegał o przychylność wydawców i kolegów po piórze, z którymi może w przyszłości pracować nad wspólnymi projektami. Jest to zrozumiałe i naturalne, sam tak robię. Recenzent ma te projekty krytycznie oceniać. Któż mi zagwarantuje, że pisarz nie będzie wykorzystywał recenzji, aby wyżej wspomnianą przychylność sobie zapewnić? Z pewnością w naszym środowisku jest sporo osób wykazujących hart ducha, odwagę i uczciwość, aby rzetelnie oceniać pracę przysłowiowych Krewnych i Znajomych. Ja tych przymiotów jestem pozbawiony, dlatego nie wystawiam się na pokuszenie podlizywania się komu trzeba. Nie recenzuje współczesnych polskich autorów grozy. Jedyny wyjątek zrobiłem dla „Światów Dantego” Anny Kańtoch – ze względu na moją miłość do prozy tej pani.

 Jeszcze raz powtarzam! Wcale nie uważam, że antologie których autorami są osoby znane redaktorom/wydawcom za jakiś patologiczny wybryk. Nie, one trzymają poziom. Nie sądzę też, że przychylne recenzje są zawsze wynikiem lizusostwa bądź oportunizmu. Rozumiem też emocjonalne reakcje na krytykę. Chodzi mi o to, i tylko o to, jak to wygląda „na zewnątrz”. I tu jest problem, naprawdę istotny.

Mogę zaryzykować stwierdzenie, że wielu ludzi „z wewnątrz” ma już serdecznie dość ciasnoty w horrorowym bagienku. Potrzebujemy nowych odbiorców, czytelników, nowych terytoriów obiegu kulturowego do zdobycia. Inaczej sprzedaż powieści czy zbioru w granicach kilkuset egzemplarzy dalej będzie uważana za sukces. Nazwałem animatorów grozowych inicjatyw Królikami polskiego horroru, a ich współpracowników Krewnymi i Znajomymi. Jest w tym, zapewne, niesprawiedliwość. Przecież redaktorzy i autorzy bardzo rzadko otrzymują sensowną gratyfikację finansową, za swoją pracę. Robimy, to co robimy jedynie ku chwale horroru. I to się nie zmieni, póki horrorowe bagienko będzie postrzegane jako bagienko właśnie, a jego członkowie jako ci przysłowiowi Krewni i Znajomi Królika.

  • Magikarp

    Cytat roku 2017 to bezapelacyjnie #BabaAga i jej „To nie był dobry rok dla horroru” po przeczytaniu zaledwie garstki pozycji, podczas gdy łącznie wydano ich w Polsce przez ten okres prawie 90. To tak, jakbym ja napisał: „To był słabiutki rok dla Carpe Noctem” po przeczytaniu jednej recenzji.