Pierwsze słowa, jakie przychodzą mi na myśl po przeczytaniu powieści Joanny Łańcuckiej, stanowią trochę niezwykłe określenie w stosunku do powieści grozy: – Cóż za urocza historia! Tak właśnie – urocza.

Pełną uroku jest główna bohaterka, stara Słaboniowa, staruszka mieszkająca na jakiejś zabitej dechami wsi, gdzie dzieją się rzeczy dziwne, po trochu baśniowe, a po trochu straszne. Mianowicie stwory jakieś niesamowite, spiekładuchy, uparły się na mieszkańców Capówki i jedynie Słaboniowa potrafi, sobie tylko znanymi sposobami, je odpędzić.

Mieszkańcy sioła, gdzie psy tyłkami szczekają, a wrony zawracają, to równie ciekawa zbieranina oryginałów, co same spiekładuchy. Spotkamy takich, którzy lubią zajrzeć do kieliszka, plotkujące baby i dewotki, nie stroniące od przypięcia łatki bliźnim tuż po wyjściu z kościoła. Z początku wydają się przedstawieni w nieco kpiarski i przerysowany sposób, lecz to pozór, pod którym czają się jakieś skrywane dramaty, będące udziałem ludzi całkiem prawdziwych. Opisywane wydarzenia są ruletką, na które nie pomaga wiedza tajemna, a działania Słaboniowej, dla których są tłem, przynoszą różnorakie, niekoniecznie zamierzone efekty, sukces zaś nie zawsze jest jednoznaczny z sielankowym zakończeniem.

W realiach współczesnej polskiej wsi Łańcucka wskrzesza postacie ze słowiańskiej mitologii (temat ostatnimi czasy bardzo modny), wobec których wielowiekowa wiara w Boga staje się dziwnie przezroczysta i bezsilna, przynajmniej pozornie, bo autorka nie zamierza iść na łatwiznę i postawić kropki nad i. Owe spiekładuchy też nie są tworami jednoznacznymi, co dodaje powieści smaczku.

Warstwa stylistyczna Starej Słaboniowej i spiekładuchów, a szczególnie stylizacja gwarowa obecna w dialogach, pozwala nam na nazwanie książki Łańcuckiej powieścią uroczą, lekką i gwarantującą kilka chwil dobrej rozrywki. Warto zaznaczyć, że mówienie o Starej Słaboniowej jako o powieści jest lekkim nadużyciem. Nie ma ona bowiem linearnej i zwartej fabuły, kolejne rozdziały są raczej zamkniętymi opowiadaniami, które łączy w całość chronologia zdarzeń, postacie oraz – w pewnym sensie – wątek „biograficzny” naszej głównej bohaterki, wyjaśniający jej obeznanie z ciemnymi sprawkami i przedstawiający wytrwałego antagonistę.

Chyba nieopatrznie przedstawiłem Starą Słaboniową i spiekładuchy w samych superlatywach? Nie szkodzi. Prawdę mówiąc, trudno by mi było do czegoś się przyczepić, chyba że do małego anachronicznego wybryku, nadużycia tematyki marnego losu wiejskiej czarownicy, osadzonego we współczesności, ale nie jest to przewina na tyle poważna, by rzutowała na odbiór całej książki.