Podobno nieraz, w okolicach Sewerynowa słychać z głębokiego stawu bicie dzwonu. Starsi ludzie powiadają, że to bije dzwon zatopionego kościoła. Taką to historię usłyszałem za młodzieńczych czasów kawalerskich od babci mojej obecnej żony. Kobieta mieszkała wtedy w pobliskim Matyldowie.

Sewerynów obecnie leży na terenie gminy Iłów, ale w okresie dwudziestolecia wojennego należał do gminy Rybno. W Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą znajduje się ciekawa dokumentacja, zawierająca sporządzone w dwudziestoleciu międzywojennym monografie gmin wiejskich na terenie powiatu Sochaczewskiego. Wiedziony ciekawością fascynata historii, zagłębiłem się w lekturze, by w kwestionariuszu dotyczącym Rybna, a datującym się na 19.II.1929 dotrzeć do ciekawego punktu 13: „Zwyczaje ludności, legendy, pieśni, zabobony, przesądy itp.” Chyba to wójt gminy Rybno zadał sobie trud, by ten punkt zapisać i odpowiedzieć co następuje:

„Wśród mieszkańców istnieje podanie o powstaniu największego stawu w Sewerynowie, zwanym „przepadliskiem”. Mówi ono, że na miejscu stawu stał kościół, który zapadł się z chwilą, kiedy ludzie, zamiast do kościoła chodzili do karczmy.

Do przesądów należą leczenie tzw. „paskudnika” u koni i krów, zabijanie śledziony u bydła, wiara w kołtun, który może przyjść w nocy, oraz wiara w znachorów.

Przypomniałem sobie opowieść nieżyjącej już Babci Irki. Wątpliwe, by w małej wiosce postawiono kiedyś kościół – nazwa Sewerynów świadczy, że prawdopodbnie była ona dziedzictwem potomka szlacheckiego o tym imieniu. Takich wiosek jest w okolicy kilka – chociażby Karolków, czy wspomniany wcześniej Matyldów.

Ale okazuje się, że nie tylko Sewerynów ma swój zatopiony kościół, takich legend jest więcej, zawsze zbudowanych w oparciu o ten sam schemat – niewłaściwe zachowanie ludzi i reakcja niebios, czyli kara za grzechy. Rzecz jest nader skrupulatnie opisana przez folklorystkę dr hab. Violettę Wróblewską, w „Słowniku Polskiej Bajki Ludowej”. W przytoczonych tam opowieściach czasem zapada się pod ziemię kościół, a czasem karczma, w której hulacy oddają się rozpuście i pijaństwu, zamiast modlitwie. Autorka słownika wspomina także o charakterystycznych przedmiotach – najczęściej sakralnych, które zostają nietknięte – a to wieża, a to choćby pasyjka, czy różaniec.

Podczas katastrofy giną zgromadzeni w budynku grzesznicy i obłudnicy – zapadają się razem z nim. Jedynie osoba wyjątkowo pobożna i bezgrzeszna ma szansę na ocalenie, bo takie są prawidła ludowej sprawiedliwości i taki sens dydaktyczny płynie z bajki. Bijące dzwony zatopionych kościołów także nie wróżą niczego dobrego, wedle śremskiej legendy o zatopionym kościele, bicie dzwonów zwiastuje śmierć dobrego człowieka.

Czy motyw ten to tylko legenda? Raczej mało prawdopodbne, by w każdym jeziorze z licznych podań spoczywał jakiś zatopiony kościół. Nie mniej znane są prawdziwe przypadki zatopionych świątyń. Większość z nich nie jest jednak wynikiem zesłanej przez opatrzność katastrofy, lecz celowego działania człowieka. Idealnym miejscem na snucie takich legend byłoby jezioro Reschensee w południowym Tyrolu, z którego wynurza się wieża XIV kościoła, pobudowanego w zatopionym w latach 50 mieście Curon. Albo Kościół w Potosi w Wenezueli, z górującym jedynie na środku jeziora dachem wieży i krzyżem…

Natomiast pasujacy idealnie do schematu z legend jest los pewnego miasta na morzu Karaibskim – cieszącego się złą sławą Port Royal, będącego siedliskiem piratów i wszelkiej maści zbrodniarzy, które zostało pochłonięte (ciekawe czy był tam kościół?) razem z obywatelami przez morskie fale w wyniku wielkiego kataklizmu w 1692.

A skoro już mowa o miastach, któż nie słyszał o Atlantydzie?