Przyznam, że debiutancki tomik opowiadań Damiana Zdanowicza nieco mnie przerósł. Wiele osób, których gust bardzo szanuję, pisało i mówiło o „Kamienicy Panny Kluk” wiele dobrego (od autora entuzjastycznego wstępu do książki – Wojtka Guni, począwszy), do mnie jednak zbiór nie przemówił tak mocno. Nie to, żebym się całkiem zraził, były naprawdę wspaniałe momenty, ale z biegiem stron pozytywne emocje ustępowały konsternacji. Pisząc wprost – na moje oczekiwania było w „Kamienicy Panny Kluk” za dużo wystylizowanego weird fiction, za mało zaś „zwykłego” horroru. Gdyby przyjąć, że w weird fiction istnieją dwa odłamy, jeden, gdzie nacisk kładziony jest bardziej na wzbudzanie grozy (Poe, Lovecraft) i drugi, skupiony na uczuciu egzystencjalnego niepokoju (Schulz, Kafka), to Zdanowiczowi na pewno bliżej do tej drugiej grupy.

O ile zatem w gronie „pessimisticznych” fanów współczesnego weirdu debiut Zdanowicza spotkał się z bardzo gorącym przyjęciem, powstaje pytanie, czy „Kamienicy Panny Kluk” udało się wychynąć z tej niszy, jak to ma miejsce np. z Gunią (zwłaszcza we wspaniałej „Nie Ma Wędrowca”). W mojej ocenie nie całkiem. Tam, gdzie Gunia, wciąż będąc wiernym estetyce podgatunku, potrafi nagle wbić czytelnika w glebę, tam Zdanowicz zbyt często niepotrzebnie „odstawia nogę”. A przecież wtedy, kiedy decyduje się na odrobinę fabularnego mięsa, bywa naprawdę fascynująco.

Już samo tytułowe opowiadanie – może najlepsze w całym tomie, jest naprawdę niesamowite, łączące nastrój kafkowskiego „Procesu” ze współczesnym, przez chwilę wręcz barkerowskim horrorem – (świetna jump scena z sypialni). Kapitalnie też rozwija się, nabierając na przestrzeni dwu połączonych opowiadań grozowej mocy, koncept „koszmarnych magazynów”. Granice horroru udanie penetruje „Triangulacja Dr Pałysa” – sama inicjująca kolejny, poświęcony „bladym horrorom”, podcykl opowiadań. W ogóle idea wzajemnego przenikania się sąsiadujących ze sobą tekstów, uzupełnianie i rozwijanie w nich wspólnej historii, to doskonały pomysł.

Inne opowiadania wydały mi się niestety dużo mniej efektowne. Nie wyłapałem, dokąd zmierzała proza poetycka „Nawiedzenia Umarłych”. Podobnie umknął mi przekaz cyklu „nocnych telefonów”. Z kolei obowiązkowe dla estetyki nurtu opowiadanie zbudowane na schulzowskiej figurze Dominującego Ojca wydało mi się męczące. Szkoda także świetnie się zapowiadającego „Zbierali się w piwnicy”, które nie znalazło odpowiednio fascynującego finału. Ciężko i bez satysfakcji przegryzałem się przez gęste metafory „Wzgórza”.

Tak naprawdę nie bardzo czuję się uprawniony do oceniania „Kamienicy Panny Kluk” – to książka adresowana trochę do innego czytelnika, powinienem więc pewnie skorzystać z okazji i pomilczeć. By móc ocenić prozę tak mocno gatunkową trzeba mieć aparat pojęciowy i świadomość gatunku, której mi wyraźnie brakuje. Mam jedynie „ochlokratyczne” prawo czytelnika, który po prostu kupił i przeczytał książkę. Kierując się tym zatem prawem polecam debiut Damiana Zdanowicza tylko osobom świadomym estetyki i kanonów weird fiction oraz odważnym czytelnikom poszukującym wyzwań i przygód intelektualnych. Z perspektywy „zwykłego” fana grozy „Kamienica” to dość ciężkie wyzwanie – więcej akcji bezpośredniej i prostych chwytów typowych dla horroru pewnie poprawiłoby mój odbiór.

PS.
Stefan Grabiński debiutował tomikiem opowiadań „W Pomrokach Wiary”. One z jednej strony zapowiadały wielki talent, z drugiej jednak były, same w sobie, średnio udane. Autor zbyt zapamiętale szukał swego własnego sposobu pisania, siląc się na piętrowe, rokokowe przenośnie i nadmiernie poetyzując swój styl. Za tymi młodopolskimi ornamentami trochę ginęły świeże pomysły i rozwiązania. Lektura „Kamienicy Panny Kluk” wzbudziła we mnie podobne skojarzenia. Być może lada chwila, może już w kolejnej książce, styl Zdanowicza wyewoluuje i w rezultacie przyniesie emocje podobne tym, które we współczesnej grozie przynoszą Danielewski, Saramonowicz, Gunia czy sam wielki Ligotti.