H.P. LOVECRAFT
PRADAWNY LUD

(W TŁUMACZENIU RADOSŁAWA JAROSIŃSKIEGO)

 

(Opowiadanie to zostało znalezione w liście, jaki Lovecraft napisał do Donalda Wandrei, amerykańskiego pisarza fantasy, sf i weird fiction, 3 listopada 1927 roku. Tytuł, „The Very Old Folk” został nadany przez wydawców – przyp. Stonawski)

Działo się to późnego popołudnia, lub o płomiennym zachodzie w małym prowincjonalnym miasteczku Pompelo, u stóp Pirenejów w Hiszpańskim Citeriorze1. Musiało to być w latach zmierzchu republiki, bowiem prowincja była jeszcze zarządzana przez prokonsula senatu, zamiast pretoriańskiego legata Augusta i był to pierwszy dzień przed Kalendami listopadowymi2. Różane wzgórza na północ od miasteczka mieniły się szkarłatem i złotem, a zachodzące słońce lśniło czerwono i tajemniczo na nieociosanym kamieniu, otynkowanych budynkach zakurzonego forum i drewnianej palisadzie wokół areny, oddalonej nieznacznie na wschód. Grupy obywateli – Rzymskich kolonistów o szerokich czołach,  kędzierzawych zromanizowanych tubylców, wraz z rzucającymi się w oczy mieszańcami obu nacji, jednakowo przyodzianymi w tanie wełniane togi – oraz kilku zakutych w hełmy legionistów i okutanych w niewyprawione płaszcze, czarnobrodych przedstawicieli plemion wszechobecnych Basków – wszyscy stłoczeni byli na kilku wybrukowanych ulicach i forum; poruszeni przez jakiś nieokreślony, nienazwany niepokój.

Właśnie wysiadłem z lektyki, którą Illyriańscy3 słudzy zdawali się w pośpiechu przynieść prosto z Calagurris, przez Ebro na samo południe. Wyglądało na to, że byłem aprowincjonalnym kwestorem4 o imieniu L. Celiusz Rufus i zostałem wezwany przez prokonsula, P. Skryboniusza Libona, który przybył z Tarragony kilka dni wcześniej. Żołnierze należeli do piątej kohorty XII-go legionu, pod dowództwem  trybuna wojskowego Sex. Aselliusza; jak i legata całego regionu, Cn. Balbutiusa, także przybyli z Calagurris, gdzie stacjonował na stałe.

Przedmiotem spotkania była groza, która zalęgła się na wzgórzach. Cała ludność miasteczka była przerażona i błagała o obecność kohorty z Calagurris. Była straszna pora jesieni i dzicy ludzie z gór czynili przygotowania do przerażających ceremonii, o których pogłoski krążyły w mieście. Byli bardzo starym ludem, który zamieszkiwał wyżej na wzgórzach i mówił krzykliwym językiem, którego nie rozumieli Baskowie. Ich widywano rzadko; lecz kilka razy do roku zsyłali małych, żółtych, skośnookich wysłańców (którzy wyglądali jak Scytowie5), by za pomocą gestów prowadzili handlowali z kupcami. Każdej wiosny i jesieni odbywali swoje bezecne rytuały na wzgórzach, a ich wycia i płonące ołtarze wzbudzały grozę pomiędzy osadami. Zawsze o tej samej porze – noc przed Kalendami Maja i noc przed Kalendami Listopada. Ludzie z osady znikali tuż przed tymi nocami i nigdy więcej o nich nie słyszano. Plotkowano, że rodzimi pasterze i rolnicy nie byli źle usposobieni w stosunku do starego ludu – ale kilka słomianych chałup było zawsze pustych przed północą w czasie tych dwóch odrażających Sabatów.

Tego roku  groza była większa, ponieważ ludzie wiedzieli, że gniew starego ludu zawisł nad Pompelo. Trzy miesiące wcześniej pięciu małych, skośnookich handlarzy zeszło ze wzgórz i w bójce na targu trzech z nich zostało zabitych. Pozostała dwójka wróciła bez słowa do swoich gór – i tej jesieni ani jeden osadnik nie zniknął. Była jakaś groźba w tej nietykalności. Nie było w obyczaju starego ludu oszczędzanie swoich ofiar na Sabat. Było zbyt dobrze, by było wszystko w porządku i osadnicy byli przerażeni.

Od wielu nocy rozlegało się głuche bębnienie na wzgórzach i w końcu edyl6 Tib. Annausz Stilpo (pół krwi tubylec) posłał do Balbutiusa w Calagurris po kohortę, żeby stłumiła Sabat tej strasznej nocy. Balbutius beztrosko odmówił, opierając się na tym, że obawy ludności są nieuzasadnione i że odrażające rytuały ludu ze wzgórz nie są sprawą Rzymu, do momentu kiedy nie są zagrożeni jego obywatele. Ja jednakże, wydając się bliskim przyjacielem Balbutiusa, nie zgadzałem się z nim; stwierdziwszy, że wniknąłem głęboko w mroczną zapomnianą wiedzę, wierzyłem że stary lud jest w stanie sprowadzić prawie każdą nieznaną zgubę na miasteczko, które w końcu było jednak Rzymską osadą, zamieszkiwaną przez sporą liczbę obywateli. Matka narzekającego edyla, Helwia była czystej krwi Rzymianką, córką M. Helwiusza Cinny, który przybył wraz z armią Scypiona. Wysłałem przeto niewolnika – bystrego małego Greka o imieniu Antipater – do prokonsula z listami i Skryboniusz przychylił się do mojej prośby i rozkazał Balbutiusowi wysłać piątą kohortę, pod wodzą Aselliusa do Pompelo; wejść na wzgórza o zmierzchu w przeddzień listopadowych Kalend i stłumić jakiekolwiek niezwykłe orgie, które tam miały miejsce – przywodząc tylu więźniów, ilu jest w stanie zabrać do Tarraco na najbliższy sąd pretora7. Balbutius, jednakowoż, zaprotestował, więc nastąpiła dalsza korespondencja. Pisałem tyle do prokonsula, że zainteresował się poważnie i postanowił osobiście zbadać źródło strachu.

W końcu przybył do Pompelo ze swoimi liktorami8 i orszakiem; a na miejscu nasłuchał się wystarczająco dużo pogłosek, by wielce się zszokować i wstrząśnięty obstawał stanowczo przy swoim rozkazie wytrzebienia sabatu. Pragnąc naradzić się z kimś kto studiował temat, rozkazał mi towarzyszyć kohorcie Aselliusa. Balbutius przybył także, by naciskać na zmianę rozkazu, gdyż był przekonany, że drastyczna akcja militarna może wzniecić  niebezpieczne niepo-koje pomiędzy obydwoma plemionami Basków i osiedleńcami.

Więc byliśmy tu wszyscy w mistycznym świetle zachodu na jesiennych wzgórzach – stary Skryboniusz Libo w swojej todze praetexta9 o pomarszczonej sokolej twarzy i lśniącej, łysej głowie, połyskującej złotym światłem, Balbutius w świecącym hełmie i pancerzu, o policzkach niebieskawych po zgolonym zaroście, ściągniętych w konsekwentnym, zawziętym oporze, uśmiechający się drwiąco młody Aselliusz w wypolerowanych nagolennikach,  oraz ciekawski tłum mieszkańców miasteczka, legionistów, człon-ków plemion, chłopów, liktorów, niewolników i służby. Ja sam nosiłem zwykłą togę i nie wyróżniałem się niczym szczególnym. Wszędzie zalągł się strach. Miastowi i wiejscy ludzie zaledwie ośmielali się mówić na głos, a ludzie ze świty Libona, który prze-bywał tu już tydzień, wydawali się opanowani uczuciem nieokreślonego lęku. Stary Skryboniusz sam wyglądał bardzo po-ważnie, a ostre głosy nas, później przybyłych wydawały się mieć w sobie coś osobliwie niewłaściwego, jak w miejscu śmierci albo w świątyni jakiegoś tajemniczego boga.

Weszliśmy do pretorium i odbyliśmy poważną rozmowę. Balbutius podtrzymywał swoje obiekcje i miał poparcie w osobie Aselliusza, który zdawał się mieć wszystkich tubylców w najwyższej pogardzie, jednocześnie uznając podjudzanie ich za niewskazane. Obydwaj żołnierze utrzymywali, że lepiej pozwolić sobie na narażenie się mniejszości kolonistów i cywilizowanych tubylców przez bezczynność, niż zrazić prawdopodobną większość plemion i chłopów, tłumiąc przerażające rytuały.

Ja, z drugiej strony, ponowiłem swoje żądanie działania, i zaoferowałem towarzyszenie kohorcie w każdej ekspedycji, którą podejmie. Zaznaczyłem, iż barbarzyńscy Baskowie byli w najwyższym stopniu niespokojni i nieprzewidywalni, tak że starcie z nimi jest prędzej czy później nieuniknione, jakiegokolwiek działania byśmy nie podjęli, a nie okazali się w przeszłości groźnymi przeciwnikami dla naszych legionów. Nie do pomyślenia jest, aby przedstawiciele Narodu Rzymskiego cierpieli barbarzyństwa  kolidujące z wytycznymi, od których zależy sprawiedliwość i prestiż Republiki. Także, z drugiej strony, pomyślna administracja prowincji zależy w głównej mierze od bezpieczeństwa i dobrej woli  elementu cywilizowanego, w rękach którego spoczywa lokalny aparat handlu oraz koniunktura, i w którego żyłach w znacznym stopniu płynie nasza rzymska krew. Oni, choć stanowią liczebną mniejszość, są elementem stabilizującym, na którego trwałości można polegać i współpraca z którym powinna najmocniej wiązać prowincje z Imperium Senatu i Ludem Rzymu. To wreszcie obowiązek i pożytek udzielić im pomocy należnej rzymskim obywatelom; nawet (tutaj rzuciłem sarkastyczne spojrzenia na Balbutiusa i Aselliusa) za cenę drobnych niedogodności, wysiłku oraz małej przerwy w grze w kości i walkach kogutów w obozie w Calagurris. Co do tego, że nad Pompelo i jego mieszkańcami zawisło realne niebezpieczeństwo, nie miałem, dzięki mojej wiedzy, żadnych wątpliwości. Przeczytałem wiele zwojów z Syrii, Egiptu, i ukrytych miast Etrurii, rozmawiałem wreszcie z krwiożerczym kapłanem Diany Aricina w jej świątyni w lasach otaczających Lacus Nemorensis10. Możliwe jest sprowadzenie z gór przez taki sabat wstrząsającej zagłady; zagłady, która nie powinna mieć miejsca na terytorium ludu rzymskiego a folgowanie orgiom, o których wiadomo, że dominują na Sabatach, niezbyt jest w zgodzie z obyczajami naszych przodków którzy, za czasów konsula A. Postumiusa, kazali stracić tak wielu rzymskich obywateli za praktykowanie Bachanalii – sprawa została nawet upamiętniona przez Senatus Consultum de Bacchanalibus11, wyryty w brązie i wystawiony na widok publiczny. Czas działać zanim rytuały wywołają coś, z czym żelazo Rzymskiego pilum12 mogłoby sobie nie poradzić, a rozpędzenie Sabatu nie powinno przerastać sił pojedynczej kohorty. Uczestników powinno się aresztować, a oszczędzenie większości zwykłych widzów znacząco zmniejszyłoby  wzburzenie, które zapanowało by wśród lokalnej ludności. W skrócie, zarówno prawo i polityka wymaga zdecydowanej akcji; i nie mogłem mieć co do tego wątpliwości, że Publiusz Skryboniusz, mając na względzie honor i zobowiązania ludu rzymskiego, powinien obstawać przy swoim planie wysłania kohorty, której będę towarzyszył, mimo obiekcji Balbutiusa i Aselliusa – przemawiających zaiste bardziej jak prowincjusze niż Rzymianie –  a powinni uważać za stosowne propagowanie i popieranie tego planu.

Słońce chyliło się ku zachodowi, a całe wyciszone miasto  zdawało się  być pogrążone w nierealnym, złym uroku. Wtedy P. Scribonius, prokonsul odpisał zgodę na moje słowa i przydzielił mnie do kohorty jako tymczasowego centurio primipilusa13; Balbutius i Asellius zgodzili się, pierwszy łaskawiej niż drugi. Jak tylko zmrok spadł na dzikie jesienne stoki, z góry spłynął straszny rytm miarowego, potwornego bicia bębnów. Kilku legionistów wystąpiło strachliwie, lecz ostre rozkazy sprowadziły ich z powrotem do szeregu i cała  kohorta wkrótce pociągnęła na otwartą równinę na wschód od areny. Sam Libo, jak również Balbutius, nalegali by towarzyszyć kohorcie; ale poważną trudnością okazało się znalezienie rodzimego przewodnika, który by wskazał ścieżki w górach. W końcu młodzieniec o imieniu Vercellius, syn rodowitych Rzymskich rodziców, zgodził się zaprowadzić nas ścieżką przez podgórze. Rozpoczęliśmy  marsz tuż po zmroku, mając po lewej ręce  cienki, srebrny sierp drżącego nad lasami młodego księżyca. To, co zaczęło nas najbardziej niepokoić, to fakt, że sabat właśnie na dobre się rozpoczął. Słuchy o nadchodzącej kohorcie musiały dotrzeć na wzgórza, a nawet brak informacji o ostatecznej decyzji nie mógł uczynić plotek mniej alarmującymi – jednak słychać było złowrogie bębny z zamierzchłej przeszłości, jak gdyby celebranci mieli swoje powody, by pozostać biernymi, niezależnie od maszerujących przeciwko nim wojsk Ludzi z Rzymu. Dźwięk przybrał na sile, kiedy weszliśmy we wznoszący się wąwóz pomiędzy wzgórzami. Strome zadrzewione zbocza otaczały nas ciasno z każdej strony, a w świetle naszych migotliwych pochodni jawiły się fantastyczne i dziwaczne pnie drzew. Wszyscy byli pieszo, wyjąwszy Libona, Balbutiusa, Aselliusa, dwóch lub trzech centurionów i mnie, a na tym odcinku droga stała się zbyt stroma i wąska, tak że ci, którzy mieli konie byli zmuszeni je zostawić. Oddelegowano także oddział dziesięciu ludzi, żeby ich strzec, chociaż nie spodziewano się żadnych złodziejskich band w tak straszliwą noc. Raz na jakiś czas wydawało nam się, że w pobliskim lesie zauważamy jakieś przyczajone sylwetki, a po półgodzinnej wspinaczce stroma i wąska droga stała się dla takiej liczby ludzi – w sumie ponad trzystu, – nader ciężka i trudna. Wtem, zupełnie nagle, usłyszeliśmy z dołu przerażające dźwięki. Dochodziły od uwiązanych koni – które wyły, nie rżały,  ale wyły… w dole nie było żadnego światła, żadnego odgłosu ludzkiej obecności, nic co by wskazywało na powód ich zachowania. W tej samej chwili ogniska oświetliły wzgórza z przodu, terror zdawał się przyczaić zarówno przed, jak i za nami. Szukając młodego Vercelliusa, naszego przewodnika, znaleźliśmy tylko zmięte ciało nurzające się w kałuży krwi. W ręku trzymał wyrwany z pasa D. Vibulanusa, subcenturiona krótki miecz, a na jego twarzy odcisnęło się takie przerażenie, że najtęźsi weterani zbledli na ten widok. Zabił sam siebie kiedy usłyszał wrzask koni… on, który urodził się i żył w tym rejonie, wiedział co ludzie szepczą o wzgórzach. Wszystkie pochodnie zaczęły ciemnieć, a jęki przerażonych legionistów mieszały się z nieustannym rykiem uwiązanych koni. Powietrze ochłodziło się wyczuwalnie, dużo gwałtowniej niż jest to zwyczajne w końcu listopada i wyglądało na wzburzone przez straszliwe falowanie, którego nie mogłem nie skojarzyć z uderzaniem potężnych skrzydeł. Cała kohorta stanęła w miejscu i w świetle gasnących pochodni patrzyłem na coś, co jak mi się wydawało, było fantastycznymi cieniami na niebie obrysowanymi przez widmową poświatę Via Lactea 14,  przepływającą przez Perseusa, Cassiopeie, Cepheusa, i Cygnusa 15. Nagle wszystkie gwiazdy zostały zmazane z nieba – nawet jasny Deneb i nad nim Wega, i samotne Altair i Fomalhaut za nami. I kiedy pochodnie wymarły wszystkie jednocześnie, nad porażoną i wrzeszczącą kohortą pozostały tylko nieprzychylne i straszne ognie ołtarzy na wyniosłych wzgórzach; piekielne i czerwone, teraz podkreślające oszalałe i skaczące sylwetki kolosalnych bezimiennych bestii, o jakich Frygijski kapłan ani babka z Kampanii nawet nie szeptali w niewyobrażalnych i tajemnych opowieściach. Nad pogrążonym w mrokach nocy zgiełkiem ludzi i koni, demoniczne dudnienie przybrało na sile, podczas gdy lodowaty wiatr wstrząsająco świadomie i nieuchronnie spłynął z przestrzeni i owinął się wokół każdego człowieka z osobna, aż cała kohorta walczyła i wrzeszczała w mroku, jakby chciała odegrać los Laokoona16 i jego synów. Tylko stary Scriboniusz Libo wyglądał na zrezygnowanego. Wykrztusił te słowa pośród wrzasków, a ich echo ciągle rozbrzmiewa w moich uszach. „Malitia vetus – malitia vetus est … venit … tandem venit …”17

I wtedy się obudziłem. To był najbardziej plastyczny sen jaki miałem od lat, rysował się w mej podświadomości, długo nietknięty i zapomniany. O losie tej kohorty nie ma żadnych zapisów, ale miasto w końcu ocalało – z encyklopedii można się dowiedzieć o przetrwaniu Pompelo do dnia dzisiejszego, pod nową Hiszpańską nazwą Pampeluna…

Yrs for Gothick Supremacy –

C . IVLIVS . VERVS . MAXIMINVS.

 

TŁUMACZ:

Radosław Jarosiński – Rocznik 1977, zamiłowanie literackie w grozie trącącej już nieco myszką. 

Mól książkowy i kinoman, najchętniej jednak z domowego fotela.
Poza tym człowiek renonsensu  – interesuje się dosłownie wszystkim.

 

 

 

 


  1. Rzymskim zwyczajem, w roku 197 p.n.e., w Hiszpanii ustanowiono dwie prowincje – Citerior (Hiszpania Bliższa) oraz Ulterior (Hiszpania Dalsza)

  2. Kalendy (łac. Kalendae) – w kalendarzu rzymskim pierwszy dzień każdego miesiąca. W pierwotnym kalendarzu księżycowym mianem Kalendae określano pierwszy dzień po nowiu, czyli ten dzień, w który po zapadnięciu zmroku księżyc powinien znowu stać się widoczny. Oznaczało to początek nowego miesiąca.

  3. Illyrianie – jeden z ludów bałkańskich

  4. Kwestor (łac. Quaestor) w starożytnym Rzymie, w początkach republiki, urzędnik sprawujący funkcję sędziego śledczego oraz oskarżyciela publicznego w sprawach karnych.

  5. Koczownicze ludy irańskie wywodzące się z obszarów pomiędzy Ałtajem a dolną Wołgą, zamieszkujące od VIII w. p.n.e. północne okolice Morza Czarnego.

  6. Edyl (łac. aedilis – l.mn. aediles) – urzędnik w antycznym Rzymie w okresie republiki. Sprawował nadzór nad porządkiem i bezpieczeństwem miasta, pracami publicznymi, dostawą zboża i odpowiednim zaopatrzeniem igrzysk.

  7. W czasach republiki pretor był (od 367 p.n.e.) wybieralnym urzędnikiem (kadencja – 1 rok), który sprawował władzę sądowniczą, zastępował nieobecnych konsulów (pretor urbanus).

  8. Liktorzy stanowili osobistą ochronę urzędników, później zaczęli pełnić funkcje reprezentacyjne.

  9. Toga praetexta łac., toga (z pasem purpurowym) wyższych urzędników rz. i chłopców.

  10. Lacus Nemorensis – Jezioro kraterowe w Górach Albańskich, na płd. od Rzymu

  11. dekret senatus consultum de Bacchanalibus, zakazywał odbywania Bachanaliów na terenie Italii i wszystkich sprzymierzonych z nią państw, po tym jak wyszły na jaw wyuzdane orgie ku czci Bahusa. W stan oskarżenia postawiono siedem tysięcy osób (w samym tylko Rzymie trzy tysiące), wiele z nich skazano na okrutną śmierć.

  12. Pilum (łac. oszczep, l.mn. pila) to broń biała – oszczep najprawdopodobniej pochodzenia etruskiego lub samnickiego, udoskonalony i używany przez Rzymian w całym okresie istnienia państwa Rzymskiego.

  13. Centurio (centurion) niższy oficer, dowódca centurii, najmniejszej jednostki taktycznej legionu. W pierwszej kohorcie I centurią dowodził primus primipilus,

  14. Via Lectea – (hiszp.) Droga Mleczna

  15. Perseus, Cassiopeia, Cepheus, i Cygnus – gwiazdozbory Perseusza, Kasiopei, Cefeusza i Łabędzia.

  16. Laokoon – według Wergiliusza, syn Antenora czy też Akoitesa, kapłan Tymbrajskiego Apollina, ostrzegał Trojańczyków o niebezpieczeństwie, jakim był drewniany koń, i z tego powodu został wraz z dwoma synami zabity przez dwa ogromne morskie węże nasłane nań przez zagniewanych bogów.

  17. „Gniew pradawnych … to gniew pradawnych … stało się… nareszcie się stało…”

O Autorze

Michał Stonawski (ur. 1991 r. w Krakowie) - Redaktor naczelny lubiegroze.pl. Autor beletrystyki, publicysta, krytyk literacki. Debiutował w 2010 roku opowiadaniem "Wyrok" w antologii "Horyzonty Wyobraźni 2010". Od tego czasu opublikował ponad trzydzieści opowiadań tak elektronicznie, jak i na papierze (ostatnio: "Cisza" w "Nowej Fantastyce"). Aktywny członek fandomu fantastyki, organizator i koordynator eventów literackich, w latach 2014-2016 współorganizator Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Na 2017 rok planowana jest premiera książki "Mapa Cieni: Kraków", której jest pomysłodawcą, redaktorem i współautorem. Ostatnio próbuje swoich sił jako Game Developer - wiceprezes Alrauna Studio. Kontakt: mstonawski@gmail.com

Podobne Posty