We współczesnej polskiej literaturze fantasy nie brakuje bohaterów na bakier ze śmiercią. Rhezus Jakobsze, Hedaard Pągowskiego, mieszkańcy Czarnego Wygonu Dardy to trzy przykłady z ostatnich lat, które przychodzą mi na myśl. Nic dziwnego – można by pomyśleć – w końcu interesujący główny bohater to dobry start dla ciekawej książki. Nieśmiertelna postać różni się od przeciętnego rębacza, który musi dokładać starań, by śmierci umknąć – toteż można inaczej poprowadzić wątki i wrzucić bohatera w wir wydarzeń, z których zwykły śmiertelnik nie wyszedłby obronną ręką. Pozostaje też kwestia historii takich postaci, która na ogół jest niewiarygodnie bogata i stanowi przyczynek kolejnych kłopotów.

Taką też nieśmiertelną postać wprowadził Grzegorz Wielgus w swoim „Krzyżowcu”. Główny bohater jest Rycerzem, który brał udział w pierwszych wyprawach krzyżowych. Chcąc odpokutować za życie pełne przemocy, postanowił spędzić resztę swojego życia w odosobnieniu, w niewielkiej celi klasztornej. Śmierć jednak nie nadchodziła. Zamiast niej pojawił się głos, który naglił Rycerza do odbycia jeszcze jednej podróży do Ziemi Świętej. I w ten sposób wyruszamy razem z Rycerzem w drogę po przedziwnym, potwornym świecie mrocznych wieków. Jest to rzeczywistość, w której największe dziwactwo jest naturalne i przyjmowane ze spokojem, a żadne wynaturzenie nie budzi zdziwienia. Doświadczeni brutalnością codziennego życia, okrutnością wojny i bezwzględnością szalejącej zarazy ludzie skarłowacieli w swoim człowieczeństwie. Są zakątki, w których nikt nie jest prawdziwie żywy lub prawdziwie martwy, a walutą w nich są ludzkie palce. Rycerz przemierza tereny Europy w nadziei, że zdoła znaleźć transport do Jerozolimy, a na swojej drodze napotyka rozmaite stworzenia, potwory – których średniowieczne ziemie są pełne – oraz ludzi, a jedyne, czego nigdy nie odmawia, to walki, bez względu na to, czy chodzi o mordowanie niewinnych czy ich obronę.

„Krzyżowiec” jest niewątpliwie interesujący i ma ogromny potencjał. Pierwsze strony przywiodły mi na myśl skojarzenie z „Głosem Boga” Soboty, dlatego podchodziłam do książki z entuzjazmem i dobrym nastawieniem. Mamy tu mnóstwo rewelacyjnych fragmentów, krótkich wzmianek, jak i całych scen, które dowodzą niezwykłej wyobraźni autora. Są to prawdziwe perełki, które radują i zapadają w pamięć. Dzieje się tak jednak za sprawą całokształtu narracji. Rycerz jest niemy, może porozumiewać się wyłącznie na migi, dlatego dialogi są nieliczne. W większości przypadków mamy do czynienia z opisami podróży lub rozmyślaniami bohatera, niemało w tym akcji – która jednakże ginie w nużącej opowieści. Jak to Krzyżowiec stwierdził podczas przymusowego postoju: „Tylko w opowieściach o bohaterach przygoda trwa cały czas, nieprzerwana trywialną potrzebą odpoczynku, a opowiadający w kilku słowach zamyka dziesiątki pokonanych staj oraz mil. Nudna to rzecz dla słuchaczy, bo oni łakną tylko czynów wielkich, a te przecież trafiają się rzadko, przedzielone całymi dekadami życia”. Trudno się z tym nie zgodzić, z tego cytatu płynie jednak jeden wniosek: Rycerz nie jest bohaterem. Jego podróż od wydarzenia do wydarzenia ciągnie się jak wspomniane dekady i pomimo całego kunsztu autora jest nudna i męcząca. Styl jest piękny, pełen porównań, malowniczych opisów oraz ciekawostek historycznych, wszak podróż Rycerza wiedzie przez tereny, w których historia jest ciągle żywa, a przeszłość miesza się z teraźniejszością. Nie zmienia to jednak faktu, że popisów literackich jest po prostu za dużo. Książka w wydaniu papierowym ma 372 strony, elektronicznym – 434. Pod względem objętościowym jest całkiem przeciętna. Mamy tu jednak do czynienia ze ścianą tekstu, przez którą uda się przebić tylko cierpliwym. Lektura zajęła mi dużo więcej czasu niż powinna, bowiem nie da się z „Krzyżowcem” spieszyć. Trzeba poświęcić mu całą swoją uwagę i smakować zdania, które krok po kroku prowadzą nas razem z nieumarłym Rycerzem do Ziemi Świętej.

Pomimo niecodziennej postaci głównego bohatera i przygód, jakie go spotykają po drodze, próżno szukać tu dreszczyku emocji. Książka odpowiada definicji horroru, lecz jej celem zdecydowanie nie było przerażanie czytelników. Występujące w niej elementy grozy są nieliczne. Dodają za to aury tajemniczości i niesamowitości średniowiecznemu światu.

Wydanie jest ładne, pierwsze, co rzuca się w oczy na białej okładce, to czerwony krzyż, który z miejsca kojarzy się z krzyżem templariuszy. Przyjrzawszy się uważniej, widzimy tabernakulum z kości, upiorne estetycznie. To samo jest na tylnej okładce, tylko z innej perspektywy. Natomiast synopsis zawiera jeden z poważniejszych grzechów wydawcy: spoiler. Przyznać jednak trzeba, że niezmiernie trudno jest napisać coś o tej książce, żeby nie psuć frajdy ewentualnym czytelnikom. Długie rozdziały przedzielone są dwukolorowym krzyżem greckim, a numery stron ozdobione drobną grafiką; mała rzecz, a cieszy. Jest oszczędnie, ale elegancko, a do tego czytelnie. Literówki i błędy można policzyć na palcach jednej ręki.

„Krzyżowiec” początkowo budził we mnie ambiwalentne emocje. Każdy horror jest mile widziany, niemniej wydawnictwo Novae Res nie zasłynęło jak dotąd z wiekopomnych dzieł literackich. Było to moje drugie spotkanie z grozą spod ich szyldu i trzeba przyznać, że NR z tych prób wyszło obronną ręką, bowiem oba tytuły bez wahania poleciłabym innym czytelnikom. Trzeba jednak przyznać, że książka Wielgusa nie jest dla każdego. Jak już wspomniałam, wymaga cierpliwości i uwagi, lecz odwdzięcza się po stokroć interesującą historią. Jest to kolaż legend arturiańskich, mitu o Wiecznym Tułaczu oraz rozmaitych podań i przekazów doprawiony treścią historyczną; kolaż tworzący magiczny obraz i wartościową lekturę wyróżniającą się na tle innych debiutów.

Za egzemplarz dziękujemy wydawnictwu Novae Res.