W Polsce mamy dziesiątki pisarzy na miarę Stephena Kinga, według marketingowców i recenzentów. Do króla horroru z Maine porównuje się niemal każdego autora, którego dzieła cieszą się popularnością; ewidentnie to najwyższa pochwała, biorąc pod uwagę pozycję Kinga. Nie ominęło to również Remigiusza Mroza. Znany ze swoich kryminałów, tym razem zmierzył się z nieznanym sobie gatunkiem. O swoich motywach mówi w posłowiu: chciał napisać opowieść, która jemu samemu zmrozi krew w żyłach i praca nad „Czarną Madonną” tak nadszarpnęła jego nerwy, że nigdy więcej nie podejmie się tego zadania. A jak sprawa wygląda z punktu widzenia czytelnika?

Kontrowersje atakują już na pierwszej stronie. Akcja ma miejsce w Polsce, w czasach współczesnych, a głównym bohaterem jest były ksiądz. Powoli układa sobie życie w cywilu; ma pracę, mieszkanie oraz narzeczoną, wiara zeszła nieco na dalszy plan. Wszystko jednak zostaje odwrócone do góry nogami przez jeden telefon w środku nocy. Okazuje się, że samolot, na pokładzie którego była Aneta – narzeczona Filipa – zniknął z radarów. Poszukiwania wraku nie dały rezultatów, maszyna rozpłynęła się w powietrzu. Co gorsza, nie była jedyna. To był początek problemów głównego bohatera; niepewność, związana z zaginionym samolotem, oraz nawiedzające go koszmary zmieniają jego życie nie do poznania.

Trudno było utożsamić mi się z postacią głównego bohatera. W przeciwieństwie do większości autorów, Mróz obrał na niego postać księdza, który zrzucił sutannę. Jest to element definiujący Filipa; w konfrontacji z tragedią, jaka go spotkała, nierzadko ucieka do przeszłego życia w poszukiwaniu odpowiedzi i pociechy. Przez to pojawiają się liczne zwroty łacińskie, którym brak przypisów. Większość wyjaśnia sam bohater swoim laickim przyjaciołom, część jednak należy samemu rozgryźć, co nadaje tajemnicom dodatkowego smaku i niejako angażuje czytelnika w ich rozwiązywanie. Filip zdobywa i odkrywa kolejne elementy układanki z pomocą Kingi, siostry Anety. Zamężna przyjaciółka jest dla niego nieocenionym wsparciem i źródłem pomysłów, na tym jednak nie kończy się jej rola. Autor ma dla czytelnika znacznie więcej niespodzianek.

Niewiele czytałam horrorów, które podejmowałyby temat opętania. Wydaje się, że ta tematyka jest zarezerwowana dla filmów, a książki ją omijają, bo jest za mało subtelna. Nie jest łatwo oddać grozę nadprzyrodzonych tortur, jakim poddawana jest osoba doświadczona przez złego ducha, lecz Mrozowi wyszło to świetnie. Od samego początku, najpierw delikatnie, później z rosnącą intensywnością opisuje rozwój sytuacji, aby doprowadzić do scen rodem z „Egzorcysty”. W połączeniu z niewymuszonym, płynnym stylem i sprytnymi cliffhangerami daje to lekturę, od której nie mogłam się oderwać. Trafiło się kilka karkołomnych konstrukcji językowych, które psuły odbiór, było ich jednak zaledwie kilka na całą książkę.

Tak jak wiele innych powieści Mroza, „Czarną Madonnę” wydała Czwarta Strona. W rezultacie jest to przyzwoicie sklejony egzemplarz, który ma drobne problemy przy okładkach, lecz podczas czytania nie łamie się. A skoro mowa o okładce – prezentuje się widowiskowo. Nawiązuje do obrazu „Czarnej Madonny”, a tuż pod Matką Boską z Dzieciątkiem przelatują dwa samoloty, których ślady krzyżują się pod kątem prostym. Niepokojąco przy tym przypominają odwrócony krzyż. Nazwisko autora wkomponowano w aureolę, przy czym napisy są jedynymi wypukłymi elementami okładki. Utrzymana w oszczędnym stylu, czerwono-czarnej kolorystyce, prezentuje się intrygująco i doskonale oddaje charakter książki. Treść natomiast podzielona jest na trzy części, z których każda ma złowróżbny łaciński tytuł, napisany prostą, powycieraną czcionką. Odstępy między liniami i marginesy są na tyle duże, że nie ma problemów z czytelnością i niezwykle prosto jest objąć wzrokiem bloki tekstu podzielone na liczne akapity.

Na taką książkę czekałam i bez wahania stwierdzam, że to najlepszy polski horror, jaki czytałam w tym roku. To wartka akcja, tajemnice, ponury, niepokojący, a momentami wręcz apokaliptyczny klimat oraz dojrzali bohaterowie. Jego lektura to była czysta przyjemność i mam cichą nadzieję, że Mróz nie spełni swoich gróźb i popełni coś jeszcze w tym gatunku.

O „Czarnej Madonnie” pisał także Piotr Borlik.