Pierwsze miejsce w podsumowaniu roku Okiem na Horror (http://okiem-na-horror.blogspot.com/2017/12/najlepsze-horrory-2017-roku.html). Masa pozytywnych, jeśli nie entuzjastycznych opinii, wśród czytelników grozy. Zimowe klimaty słowackich Tatr, idealnie pasujące do długich wieczorów, podczas których lepiej czytać o błądzeniu po ciemnym, mroźnym lesie niż samemu wyściubiać nos na zewnątrz. Nic, tylko czytać i dołączyć do grona wielbicieli Strachu. Czy jednak na pewno jest aż tak dobrze?

Jożo Karsky po latach wraca do rodzinnego miasteczka, gdzie czeka na niego puste mieszkanie rodziców oraz masa wspomnień, od których najchętniej by uciekł. W pierwszej chwili historia przypomniała mi Autostradę ze zbioru Łukasza Orbitowskiego Wigilijne psy. Zarówno u autora Strachu, jak i u autora Wigilijnych psów główny bohater wraz z przyjaciółmi przeżył coś niezwykłego w młodzieńczych latach, a następnie uciekł z rodzinnego miasta i odciął się od korzeni, by po latach wrócić i zmierzyć się z demonami przeszłości. U Orbitowskiego jednak sam powrót oraz związane z nim emocje przedstawione są głębiej. Bohater Strachu po prostu wraca, na samym początku zabrakło mi opisu przeżywanych przez niego silniejszych emocji. Całe szczęście na kolejnych stronach było już tylko lepiej.

Koszmar z przeszłości powraca. W sąsiedztwie zaczynają znikać kolejne dzieci. Mieszkańcy zbierają się, by przeczesać okoliczne lasy, choć zdają sobie sprawę, że przeżycie nocy w temperaturze oscylującej w okolicach minus trzydziestu stopni graniczy z cudem. Dla głównego bohatera jednak nie niska temperatura jest przeszkodą, a sam las i czające się w nim niebezpieczeństwo.

– Janko, Janko – krzyczeli wszyscy, odpowiadało jednak tylko słabnące echo.

Nie krzyknąłem ani razu, nie chciałem, żeby las mnie rozpoznał. Wiedziałem, że czeka i w milczeniu obserwuje intruzów, którzy się do niego wdarli.

 

Główny bohater nie chce wracać do przeszłości, lecz ta nie pozostawia mu wyboru. Powracają nerwowe tiki z młodości, widok dawnych znajomych otwiera na pozór zabliźnione rany.

Ota milczał, wiedział, że w domu już nie porozmawiamy. Do garażu natomiast nie zeszlibyśmy już za żadne skarby świata. Wspomnienia, które w nim ożywiliśmy, musiały na powrót zapaść w drzemkę, żeby można tam było oddychać.

Tu przechodzimy do tego, co w książce najlepsze. Choć jest to jednowątkowa historia, autor w jej dalszej części potrafi dozować emocje i opisywać je w oryginalny sposób, dzięki czemu czytelnik ani przez chwilę nie odczuwa dłużyzn z pierwszych stron. Tytułowy strach coraz głębiej wnika w umysł bohatera, uzmysławiając mu, że o kolejnej ucieczce nie może być mowy.

Poczucie bezpieczeństwa stało się złudne, ściany były jak muszla, do której wpełza ślimak, gdy od przejeżdżającego auta trzęsie się ziemia. Może przez chwilę czuje się bezpiecznie, ale muszla nie powstrzyma nadjeżdżających opon. Jeśli stanie im na drodze, już po chwili słychać tylko cichy chrupot i po wszystkim. Tak się czułem – że stoję czemuś na drodze.

Wbrew pozorom Jozef Karika przekonał mnie nie samą historią czy klimatem, ale zachowaniem głównego bohatera i podejmowanymi przez niego decyzjami. W większości książek – o zgrozo – gdy protagonista dowiaduje się o skrzynce głęboko ukrytej w pralni, zapomina o niej i wraca dopiero w kluczowej dla historii chwili. Jożo Karsky nie jest takim imbecylem i zdroworozsądkowo od razu bierze się do roboty. Drobnym minusem nazwałbym zbyt częste powtarzanie zebranych informacji, ale rozumiem, że w ten sposób autor przedstawiał dedukcję głównego bohatera.

Niestety, Karsky raz mnie zawiódł.

Rzucałem się na szybę jak opętany. Pękała, kruszyła się, ale opuszczone żaluzje tłumiły moje uderzenia.

Huk stawał się nie do zniesienia, kuliłem się, jakby głowę od środka rozpierał mi jakiś odważnik, miałem wrażenie, że czuję krew wyciekającą z uszu. W panice bezsensownie powtarzałem ten sam ruch, mimo że nie przyniósł żadnego efektu. Dopiero po chwili doznałem olśnienia – szyba wprawdzie w końcu pęknie, ale jeśli wybiegnę z mieszkania drzwiami, będzie szybciej. Co więcej, nie zabiję się przy upadku z drugiego piętra.

Kto by pomyślał, żeby zamiast próbować zbić szybę po prostu wyjść drzwiami…

Rzeczą, która również rzuciła mi się w oczy, jest nieco rwana narracja. Rozumiem, że sceny dynamiczne wymagają krótkich zdań i akapitów, ale w Strachu rzeczą normalną jest kilkanaście nowych akapitów (nie licząc dialogów) na stronę, co momentami utrudniało czytanie.

Nie zmienia to faktu, że wszystkie minusy bledną dzięki klimatowi mroźnych gór i wszechobecnego strachu oraz dzieciom z papieru – tym określeniem Karika kupił mnie i cokolwiek by się nie działo, doczytałbym książkę do końca.

O samej końcówce trudno pisać tak, by nie zdradzić istotnych szczegółów. Napiszę tylko, że poczułem się nieco oszukany. Nienawidzę historii, w których okazuje się, że wszystko, co czytaliśmy, było snem, wytworem chorej wyobraźni lub halucynacją. Spokojnie, tutaj nie ma takich tanich zagrywek, ale za to występuje drugi „grzech” – przekłamane myśli głównego bohatera. Więcej nie powiem. Niech każdy przeczyta i wyrobi sobie własne zdanie. A warto, bo książkę czyta się rewelacyjnie.

O Autorze

Piotr Borlik (ur. 1986 r. w Bydgoszczy) – pisarz, redaktor. Podróże po całej Polsce w trakcie wykonywania zawodu trenera i szkoleniowca umożliwiły mu rozwijanie literackich pasji, dzięki czemu debiutował opowiadaniem „Matko moja!” nagrodzonego tytułem Opowiadania Miesiąca w czasopiśmie Chimera. Od tamtego czasu uzyskał na koncie zdecydowanie więcej publikacji, także w antologiach (między innymi pod jego redakcją), a na czerwiec 2017 roku planowane jest wydanie jego debiutanckiej powieści „Teatr lalek” nakładem wydawnictwa Videograf. Najczęściej można spotkać go zaczytanego w powieściach grozy, choć jak sam wspomina, ceni każdy rodzaj literatury, zwracając szczególną uwagę na polskich autorów. Prywatnie jest mistrzem Holandii oraz zajął trzecie miejsce w otwartych mistrzostwach Czech w grach logicznych. Pełna lista publikacji oraz więcej szczegółów dostępne na stronie: www.piotrborlik.pl

Podobne Posty

  • Agnieszka Brodzik

    Aż się boję, co mnie czeka w finale, skoro już początek i środek uważam za bardzo złe…