Suchocka nie napisała horroru. To mocno erotyczna, wampiryczna powieść skupiająca się na homoerotycznych relacjach, osadzona w estetyce grozy. I – jako taka – nie powinna mi się podobać. 

Tymczasem już pierwsza powieść Agaty Suchockiej, wydana przez wydawnictwo Initium, wywarła na mnie pozytywne wrażenie. W „Daję ci wieczność” Akt. I, poznałem historię młodego Armagnaca Jardineux, który w drugiej połowie XIX wieku wciągnięty został w mocno erotyczną relację z Lotharem Mintze i – pośrednio – obserwującym wszystko, tajemniczym lordem Edgarem Huntingtonem. Druga książka Suchockiej rozgrywa się już w XXI wieku i to nie Jardineux, a Mintze jest jej bohaterem. Kto przeczytał część pierwszą – wie dlaczego. 

Tak, jak i w przypadku części pierwszej, tak i tutaj trudno mi mówić o tej książce, jako o powieści grozy. Groza – w swoich założeniach – ma wzbudzać niepokój i strach. Powieść Suchockiej wzbudza pożądanie i niezdrową ciekawość. Tak naprawdę nie zmieniłoby się to, gdyby jej bohaterami byli zwykli ludzie, nie zaś „Łowcy”, jak u Suchockiej nazywają się wampiry. 

Nie będę jednak utrzymywał, że krwiopijcy są tutaj złym wyborem. Niepohamowana żądza, przemoc, dzikość i łamanie tabu to są wampirze atrybuty. Jeśli dotyczy to ich jestestwa – polowań i wysysania życia, to czemu nie miałoby to tyczyć się całej wampirzej istoty? Nie Suchocka zresztą jako pierwsza tę zależność wykorzystała – ileż erotyzmu miał filmowy Dracula, wgryzający się w kobiece szyje? Wątki homoseksualne sugerowała już Anne Rice, do której twórczości Suchocka mocno nawiązuje i której oddaje hołd. To, co polska autorka dodaje od siebie, to pójście po prostu o krok dalej, niż jej poprzednicy – jej literatura jest naprawdę mocno erotyczna i sugestywna. 

W tym tkwi zresztą siła Suchockiej. Fabuła obu książek, chociaż nie mam jej nic do zarzucenia w kwestii dziur logicznych na przykład, nie jest bardzo skomplikowana. Jest prosta – te książki ma się czytać po prostu miło i… przyjemnie. 

I tu muszę się zatrzymać, by powiedzieć, że jestem zwyczajnym, heteroseksualnym facetem. Nie oznacza to (jak u wielu facetów, którzy deklarują bycie hetero), że nadzy mężczyźni uprawiający ze sobą seks mnie obrzydzają. Są po prostu dla mnie aseksualni, co zwykle wywołuje pewien dyskomfort, kiedy coś, co powinno wywołać reakcję, jej nie wywołuje.

Ten osobisty wtręt był potrzebny, by nadać kontekst temu, co chcę powiedzieć teraz – z jakiejś nieznanej mi przyczyny, będąc świadkiem scen, które Suchocka opisuje, nie odczuwam tego dyskomfortu, mimo, że w większości przypadków biorą w nich udział dwaj mężczyźni. Więcej – autorka potrafi sprawić, by mi się te sceny podobały w odpowiedni dla nich sposób.

Postawię więc czytającemu otwarte pytanie – czy pisarka, która przychodzi do czytelnika z tematyką, która średnio go interesuje i nie jest jej odbiorcą, a jednak potrafi go swoim pisaniem do niej przekonać, ba, wywołać reakcje, o które sam by siebie nie podejrzewał,  jest warta uwagi? 

I tym pytaniem zakończę.