Resident Evil 7: Biohazard

producent: Capcom

wydawca: Capcom

wydawca PL: Cenega

Wymagania sprzętowe

Minimalne:

Intel Core i5-4460 2.70 GHz/AMD FX 6300 3.5 GHz, 8 GB, karta grafiki 2 GB GeForce GTX 760/Radeon R7 260x lub lepsza, Windows 7/8/8.1/10 64-bit

Rekomendowane:

Intel Core i7-3770 3.4 GH, 8 GB, karta grafiki 2 GB GeForce GTX 960/Radeon R9 280X lub lepsza, Windows 7/8/8.1/10 64-bit

          

   Nigdy nie byłem miłośnikiem gier z gatunku horroru. Owszem, w młodości grałem w „System Shock 2”, gdzie elementy grozy były powszechnie obecne, jednak nie dominowały. Po latach podjąłem próbę zmierzenia się z gatunkiem odpalając „Amnesia: The Dark Descent”, niestety model rozgrywki nie wciągnął mnie na tyle, by oderwać od grozy kinowej czy literackiej.

          Dlatego też spotkanie z „Resident Evil 7: Biohazard” potraktowałem jako skok na głęboką wodę. I jeśli mam być szczery, był to skok nad wyraz udany. Siódemka to kolejna odsłona mającej ponad 20 lat serii z gatunku survival horror, opowiadającej o wybuchach pandemii zombie, wywołanej przez złowrogą korporację Umbrella. Z każdą kolejną częścią cyklu widać wyraźnie odejście od grozy ku rozgrywce nastawionej na akcję. Teraz, wraz z siódmą częścią serii, producenci wracają do korzeni. I wywracają konwencję do góry nogami.

            Owszem, wiadomym jest, że „Resident Evil 7: Biohazard” mogła powstać częściowo dzięki wycofaniu się z placu boju Konami i geniusza gamingu Hideo Kojimy wraz z jego projektem „Silent Hills”, poprzedzonym demem „P.T.”. Ale nie tylko – pierwszoosobowy horror święci triumfy na scenie gier niezależnych (Indie) mniej więcej od czasu powstania wspomnianej we wstępie „Amnesii” czy kompletnie niezależnej „Slender: The Eight Pages”. Czym wyróżnia się ta nowa fala? Przede wszystkim imersją, wywołaną przez perspektywę FPP, a także poważnym traktowaniem gracza – zamiast prowadzenia za rączkę mamy skomplikowane zagadki bądź sekwencje autentycznie trudne. I wyobraźmy sobie, iż do jednego kotła wrzucamy nowatorskie podejście twórców z segmentu Indie i doświadczenie weteranów z japońskiej firmy Capcom. Co otrzymujemy?

            Właśnie „Resident Evil 7”. Fabuła jest tak prosta jak tylko można sobie wyobrazić – gracz wciela się w amerykańskiego everymana, który po rozstaniu z żoną (a potem jej zaginięciu) otrzymuje od kobiety tajemniczą wiadomość. Ukochana prosi aby odnalazł ją w zapomnianej, opuszczonej willi gdzieś na bagniskach w głębokim interiorze Luizjany. Ethan (postać sterowana przez gracza) spełnia to życzenie. Udaje się na miejsce, jednak nie spotyka tam małżonki, a jedynie ślady po ekipie filmowej tworzącej program zbliżony formułą do popularnych „Ghost Hunters”, pozornie opuszczoną, kolonialną willę i dziwaczne konstrukcje z metalu oraz zwierzęce szczątki, bardziej przypominające prymitywne konstrukcje ludów pierwotnych niż coś czego spodziewamy się po społecznościach w XXI wieku. Tyle mogę zdradzić z fabuły, każde słowo więcej będzie spoilerem.

            Jeżeli miałbym wskazać grę, która mogłaby zachęcić do wirtualnej rozrywki kogoś kto nigdy wcześniej nie miał z nią do czynienia, a jednocześnie – nie ma obaw w sięganiu po kino bądź literaturę grozy – to wskazałbym właśnie „Resident Evil 7”. Rozgrywka jest bowiem z jednej strony złożona, z drugiej – tak prosta jak to tylko możliwe. Przez większość czasu naszej podróży wszelkie interakcje ze światem wykonujemy za pomocą jednego klawisza, który odpowiednie działanie dobiera kontekstowo, inaczej względem każdej sytuacji. Nie znaczy to jednak, że rozgrywka jest prosta – wręcz przeciwnie. Dzięki takiemu rozwiązaniu mamy wiele możliwości podchodzenia do poszczególnych napotykanych problemów z jednej strony, z drugiej zaś nie gubimy się w „klawiszologii”. Jednak najważniejsze są właśnie nasze interakcje ze światem – gracz, mimo, iż w pewnym momencie rozgrywki otrzymuje broń, to realnie wciąż pozostaje bezbronny względem napotykanych niebezpieczeństw.

            Groza to najważniejszy czynnik wyróżniający siódmą część serii z mrowia podobnych produkcji. Twórcy nie epatują tanim strachem ani makabrą, a wręcz przeciwnie – częściej nie dzieje się nic strasznego niż ekran wypełniają kolejne makabreski. Jest to ten rodzaj horroru, który sprawdza się najlepiej – groza podskórna, nieokreślona, sprawiająca, że zasadniczą pracę wykonuje nasza psychika. Owszem – zdarzają się tu i tzw. jump-scares i momenty, kiedy gra prezentuje graficzne obrzydliwości (o jakości grafiki pomówimy za chwilę) jednak są one dawkowane oszczędnie, na tyle, że robią realne wrażenie zamiast znieczulać. Co więcej – twórcy nie lękają się inspiracji kulturowych. Jest więc „Resident Evil 7” bliższe literaturze Cormaca McCarthy’ego niż „Teksańskiej Masakrze Piłą Mechaniczną” (choć i nawiązanie do niej jest obecne). Bardziej przeraża ludzkie zezwierzęcenie, świadomość, iż między ludzką wzniosłością a prymitywną, barbarzyńską animalistyką znajduje się jedynie cienki, łatwy do zdrapania naskórek cywilizacji. Jeśli dodamy do tego inspirację Lovecraftem, a także czynnik nowy, coraz bardziej popularny we współczesnych serialach kryminalnych, mianowicie mieszankę elementów crime fiction i horroru – otrzymamy niesamowitą mieszankę wątków i motywów.

            Mówiąc o grze nie sposób przejść obojętnie obok tematu grafiki. Na chwilę obecną jest to najładniejsza gra dostępna na Playstation 4 czy X-Box One, choć pojęcie „ładności” ma tu znaczenie cokolwiek przewrotne. To co ujrzymy w tytule bywa obrzydliwe, odstręczające, podłe. Z drugiej jednak strony „Resident Evil 7” została zaprezentowana tak kunsztownie, iż iluzja, że oglądamy wysokiej jakości obraz kinowy aniżeli grę jest niemal totalna. Tekstury, modele postaci, przedmiotów – wszystko zaprojektowano i wykonano naprawdę bezbłędnie! To samo można powiedzieć o dźwięku, choć trzeba przyznać, iż jest go bardzo niewiele. Jednym z narzędzi stosowanych przez twórców w budowie nastroju grozy jest cisza.

            „Resident Evil 7” to dzieło bez wątpienia wybitne i to pod każdym względem. Po grę może sięgnąć zarówno doświadczony weteran jak i ktoś, kto nigdy nie pasjonował się gamingiem. Wgryzając się w tytuł szybko przekonujemy się, iż oferuje on coś więcej niż strach i ciekawą rozgrywkę. To doświadczenie intelektualne, zmuszające do refleksji nad kondycją tej marnej łupiny, jaką niejednokrotnie okazuje się istota ludzka, zderzona ze zwierzęcym światem barbarzyństwa – także tego odzianego w maskujące szaty nauki.

 

Korekta: Marta Sobiecka 

Arkady Saulski – rocznik 1987, urodzony w kraju bez ryngrafów i szabel. Absolwent Akademii Marynarki Wojennej. Obecnie dziennikarz ekonomiczny, wcześniej korespondent zagraniczny z Parlamentu Europejskiego, jeszcze wcześniej ogrodnik. Autor powieści „Czarna Kolonia” i „Wilk”, oraz kilkunastu opowiadań publikowanych między innymi w Nowej Fantastyce, Frondzie, Pressjach, Teologii Politycznej.

O Autorze

Michał Stonawski (ur. 1991 r. w Krakowie) - Redaktor naczelny lubiegroze.pl. Autor beletrystyki, publicysta, krytyk literacki. Debiutował w 2010 roku opowiadaniem "Wyrok" w antologii "Horyzonty Wyobraźni 2010". Od tego czasu opublikował ponad trzydzieści opowiadań tak elektronicznie, jak i na papierze (ostatnio: "Cisza" w "Nowej Fantastyce"). Aktywny członek fandomu fantastyki, organizator i koordynator eventów literackich, w latach 2014-2016 współorganizator Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Na 2017 rok planowana jest premiera książki "Mapa Cieni: Kraków", której jest pomysłodawcą, redaktorem i współautorem. Ostatnio próbuje swoich sił jako Game Developer - wiceprezes Alrauna Studio. Kontakt: mstonawski@gmail.com