Dowiedziałam się o tym filmie dawno, bo w 2015 roku. W rozmaitych katalogach podawano enigmatyczne informacje, ograniczające się do reżysera, obsady oraz krótkiego synopsisu: młody mężczyzna wyrusza do sanatorium, by sprowadzić swojego szefa. Trudno doszukać się w tym materiału na horror, niemniej nazwisko reżysera dawało nadzieję. Gore Verbinsky w końcu ma na swoim koncie kilka udanych produkcji, więc liczyłam na to, że “A Cure for Wellness” będzie interesującym widowiskiem.

 

Akcja filmu jest powolna, rozwija się bez pośpiechu. Tak jak zapowiedziano, głównym bohaterem jest młody mężczyzna o nazwisku Lockhart, który otrzymał zasadniczą dla przyszłości swojej firmy misję: sprowadzić jednego z członków zarządu z sanatorium. Szybko się okazuje, że to jeden z młodych wilków, bezlitosny karierowicz, który nie cofnie się przed niczym, aby zdobyć lukratywne stanowisko. To zdecydowanie antypatyczna postać. Trudno go polubić, gdy obserwujemy, jak odnosi się do swoich podwładnych i napotkanych na drodze ludzi, będących dla niego wyłącznie przeszkodą do osiągnięcia celu. Ten oto człowiek, nowojorczyk z krwi i kości, przekonany, że pieniądze rozwiązują wszystkie problemy, trafia do sanatorium położonego w Alpach Szwajcarskich. Ślepy na otaczające go piękno i nieczuły na uroki raju, jaki stworzono tam dla starszych, schorowanych ludzi, przystępuje do realizacji swojego planu. Szyki krzyżuje mu wypadek samochodowy. Po kilku dniach budzi się w sanatorium, z nogą w gipsie, i chcąc nie chcąc, musi poddać się leczeniu, nim będzie w stanie wyruszyć w dalszą drogę.

Ujęcia kamery są długie i spokojne, dzięki czemu sceny mają czas wybrzmieć, a widzowie – nasycić oczy rewelacyjnymi zdjęciami. Te zwracają na siebie uwagę od samego początku. Świetne wykorzystanie odbić, kolorystyka i kontrasty sprawiają, że film jest wizualną ucztą. Muzyka ma różne postaci – raz jest to piosenka nucona przez małą dziewczynkę, innym razem są to intrygujące instrumentale – stanowi wyłącznie uzupełnienie obrazu.

Film jest przesycony symboliką, a liczne sceny można interpretować na rozmaite sposoby. Wielokrotnie podczas seansu zadawałam sobie pytanie – kto tu jest szalony – główny bohater, czy wszyscy wokół? Film przywodzi na myśl “Wyspę tajemnic”, gdzie reżyser również bawi się z widzem, przeplatając rzeczywistość motywami rodem z najgorszych koszmarów. Sam Lockhart wątpi w swoje zdrowe zmysły i raz za razem przekonuje się, że jest w sytuacji bez wyjścia. Razem z nim eksplorujemy sanatorium, badamy tajemnice kuracji oraz legendę sprzed wieków, której ponury czar zdawał się zawisnąć nad tym urokliwym miejscem. Film ma ponad dwie godziny, co jest niespotykane w przypadku horrorów, niemniej daje to mnóstwo czasu na jego rozmaite interpretacje, w oczekiwaniu na finał. Sam zaś koniec jest… niewiarygodny. Zmienia odbiór filmu, sprawia wrażenie doklejonego na siłę i trudno się pogodzić z tym, że tak znakomita narracja znajduje swoją konkluzję w równie nędznym rozwiązaniu.

 

“A Cure for Wellness” jest niezaprzeczalnie pięknym filmem, a jednocześnie bardzo ryzykownym projektem, który nie spotkał się z uznaniem publiczności. Nic w tym dziwnego. Budowane przez niemal dwie godziny napięcie znajduje ujście w rozczarowującym finale, a całość pozostawia po sobie niesmak. Historia o sanatorium z ponurą przeszłością miała ogromny potencjał, szkoda, że nie został wykorzystany.