Szczerze się przyznaje: nie przeczytałem jeszcze „Pokłosia”. Prędzej lub później nadrobię zaległość w lekturze, jako że ta antologia zawiera teksty kilku autorów, których wcześniejsze dokonania mnie zainteresowały. Skromne bo skromne, ale nawet dwa dobre opowiadania są już wystarczającym dla mnie powodem, aby zapamiętać nazwisko ich twórcy. Skoro nie dane mi było przeczytać książki, to postanowiłem zapoznać się z jej recenzjami.

Pierwszą wysłuchałem. Pojawiała się ona jako odcinek bardzo rzetelnego podcastu, a mianowicie Radia SK. W ten oto sposób trafiłem na wypowiedź, która zawiera pewien cholernie charakterystyczny zwrot, odnoszący się do percepcji polskiej literatury  grozy. Autor recenzji powiedział mianowicie: „jest mi bardzo nie po drodze z polskim horrorem (…)” i dalej  „ja staram się śledzić co się dzieje w środowisku polskiej grozy, ale czytam tego nie wiele”.  Generalnie, recenzent nie ma najlepszego zdania o polskim horrorze, przyznając się jednocześnie że z twórczością znanego rodzimego pisarza (S. Darda) ma „znikomy kontakt”.

Dlaczego napisałem, iż jest w tej wypowiedzi „zwrot charakterystyczny?” Bowiem dość często spotykam się z krytycznymi wypowiedziami o polskiej literaturze grozy – taktowanej jako całość – formułowanymi z zastrzeżeniem, iż autor tychże wypowiedzi „czyta nie wiele”.  Albo zgoła nic. Dwa lata temu na blogu W Świecie Słów, w cyklu Kulisy Polskiego Horroru pojawiał się wywiad z Mateuszem Kopaczem. Redaktor hplovecraft.pl mówił:  „szczerze mówiąc, moje oczekiwania rozjeżdżają się w stosunku do tego, co wydają obecnie pisarze horroru w Polsce. A ściślej do tego, co wydawali jeszcze parę lat temu, bo od mniej więcej takiego czasu niemal nie czytam polskiej grozy”. I dalej „(…) horror w Polsce wnosi niewiele oryginalności czy artyzmu do dziedzictwa tego typu literatury w naszym kraju, nie mówiąc już o całym globie. Mam wrażenie, że nasi pisarze zamknęli się trochę w kole wrażliwości filmowej i próbują w literaturze tworzyć namiastkę tego, co oferuje amerykański komercyjny horror kinowy”.

Polski horror jest zły, a nieliczne wyjątki potwierdzają tylko regułę: jesteśmy bandą grafomanów. Niewiele lepsi są fani. Rok temu w serwisie Pop Moderna ukazała się  recenzja „Powrotu”. Jan Bińczycki, pisał w niej:  „zbiór opowiadań grozy Wojciecha Guni może przynieść satysfakcję, nawet jeśli nie ma się w szafie bluzy z logo Sabaton, długich, tłustych włosów spiętych w kitkę i poglądów zbliżonych do tych Kongresu Nowej Prawicy”. O ile przytoczone powyżej uwagi odnoszące się do  literatury nieco mnie zasmuciły, o tyle charakterystyka jej fanów po prostu mocno wkurwiała. Członkom fandomu zostały przypisane paskudne poglądy i odrażające (te tłuste włosy!) cechy fizyczne. Ja jestem fanem polskiej fantastyki, w szczególności fantastyki grozy, a przecież lewacka szuja ze mnie, przaśnego power metalu nie znoszę, coraz większa  łysina pożera fryzurę o długości kilku milimetrów. Gdyby pan Bińczycki łaskawie zainteresował się środowiskiem któremu lekką ręką przypiął łatkę, to by się przekonał, że nie jestem wyjątkiem. Cóż, jest nadzieja, recenzja kończy się wyznaniem autora, że jeśli Gunia nie wniesie walorów swojej prozy do głównego nurtu to „trzeba będzie rozważyć (…) częstsze wizyty na okołohorrorowych imprezach”.

Tych opinii nie sposób zlekceważyć, ani potraktować ich jako pospolitego hejterstwa. Radio SK to znakomicie prowadzony podcast, zresztą pionierski w Polsce. Równie pionierski jest serwis HPL.pl, współtworzony przez Mateusza.  Obie inicjatywy to kopalnie informacji, w dziedzinach których dotyczą są bezkonkurencyjne. Gdyby ktoś szukał informacji na temat Kinga lub Lovecrafta, obie bez wahania polecam. Podobnie Jan Bińczycki, przecież literackim ignorantem nie jest.

Sprawa wydaje się o tyle dziwna, że jeśli wziąć jakąkolwiek wypowiedz przedstawiciela środowiska twórców i działaczy polskiej grozy, obraz naszej ukochanej niszy jawi się zgoła inny. Polski horror ma się świetnie, ukazuje się dużo wartościowych pozycji a lada chwila zawędrujemy na szczyty list bestsellerów. No więc jak to jest? Krytycy polskiej grozy, maja na to gotową odpowiedź. Ot, towarzystwo wzajemnej adoracji klepie się po plecach. Koledzy chwalą swoje teksty, rozpływając się w zachwytach nad zajebistością polskiego horroru. Mógłbym tutaj przytoczyć kilkanaście przynajmniej wypowiedzi z rożnych portali, mediów społecznościowych, a także opinii przekazywanych mi prywatnie.

Mamy więc trzeci element układanki: do obrazu polskich horrorów jako marnych klisz kiepskich filmów, fana horroru jako „kuca” zakochanego w JKM i Sabatonie, dochodzi opinia o środowisku twórców jako grupie zachwycanych sobą kolesi, obłudnie podlizujących się sobie nawzajem.

Tak nas, kochani fani polskiego horroru, widzą inni.

I sprawa dziwna przestaje być dziwna, a zaczyna być jasna.

Kluczowym wydaje mi się ten trzeci, ostatni element. Dużo łatwiej ocenić polski horror jako grafomanie, nawet go nie czytając, jeśli jego twórcy są niewiarygodni. A jesteśmy niewiarygodni, moim zdaniem. Już wyjaśniam o co mi chodzi.

Przygotowując się do tego tekstu zrobiłem sobie przegląd  recenzji polskich książek grozy. I w większości są to recenzje pozytywne. Można je podzielić na dwie grupy. Do pierwszej naleźć będą wszelkie opinie blogerek książkowych. Te wszystkie „recki” na „blogaskach”. Znane wam pewnie klimaty: wiecznie szczęśliwe z powodu stosiku książek egzaltowane panienki wychwalające za egzemplarz recenzencki wszystko, co im wydawnictwo podeśle. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie przyłączam się do chóru głosów potępiających blogerki książkowe, widzących w nich zagrożenie dla kultury. Ja do tego środowiska mam ogrom sympatii*, jednak też sporo dystansu i nie biorą tych wszystkich pozytywnych opinii poważnie.

Druga grupa przychylnych recenzji polskiej grozy, to  teksty osób ze środowiska, które najczęściej same piszą. Czasem mniej, czasem więcej. Zarzuty, iż tworzymy kółko wzajemnej adoracji wydają mi się naturalne. Oczywista sprawa, jeśli jeden pisarz napisze recenzję swojego kolegi, który również recenzuje, to będzie on oczekiwał tego samego. Jeśli więc ta pozytywna „odwzajemniona” recenzja faktycznie się pojawia, to jak wyglądamy? Czy więc pomogłoby, gdybyśmy wobec siebie nagle zaczęli być wściekle krytyczni?

A gdzieżby.

Wtedy do środowiska przyległaby opinia bandy zawistników, gnojących zawzięcie rywali. Zamiast towarzystwa wzajemnej adoracji, byłoby stado wściekłych psów, wzajemnie się gryzących. Jeśli pisarz chwali kolegę, to jest podejrzenie że się podlizuje. Jeśli  krytykuje kolegę, to jest podejrzenie, że kosi konkurencję.

I teraz będzie prośba do krytyków – tych, którzy mają kompetencje: wiedzę, umiejętności i doświadczenie.

Krytykujcie!

Zbijcie nas merytorycznymi zarzutami. Zmaltretujcie nasze powieści i opowiadania  wykazując wszystkie ich braki.  Zróbcie wiwisekcje…. ale róbcie to z głową. Krytykujcie literaturę, a nie swoje wyobrażanie o niej. Formułujcie opinię o gatunku na podstawie jego aktualnej kondycji a nie wspomnień z przypadkowymi zetknięciami X lat wcześniej.  A przed wszystkim: ostrożnie z generalizacjami. Polski horror jest zbyt różnorodny pod względem jakości, stylistyki, treści  i celu, któremu ma służyć. Coraz trudniej będzie go zamknąć w jednej, krótkiej opinii: „polski horror jest….”.

„….bardzo różny” – już teraz tyle tylko można o nim powiedzieć. Cała reszta musi się odnosić do poszczególnych książek poszczególnych autorów.

*Mój stosunek do blogerek książkowych idealnie wyraził Michał Ochnik w „Odzie do blogerek książkowych”, którego pozwoliłem sobie sparafrazować. Proszę wygoglować i przeczytać, świetny tekst!