Kiedy miałem 14 lat, moim największym marzeniem było wydać powieść fantasy i stać się sławnym pisarzem. Byłem wręcz przekonany, że stanie się to już niedługo, wystarczyło tylko zostać odkrytym. Niedawno, jako Kasia Napierska, mogłem spełnić to marzenie – wystarczyło tylko zapłacić. Sława była w zasięgu ręki.

SŁOWEM WSTĘPU

Kasia Napierska, moje chwilowe alter-ego, oczywiście nie istnieje – została wykreowana na potrzeby eksperymentu, który przeprowadził już kiedyś pisarz i tłumacz Paweł Pollak. Zdecydowałem się powtórzyć go z dwóch powodów: po pierwsze, wspierałem się metodą naukową (Replikacją), mówiącą o tym, że każdy eksperyment powinien być transparentny i możliwy do powtórzenia, by udowodnić jego słuszność, po drugie zaś (i było to dla mnie dużo ważniejsze) – sam chciałem zweryfikować swoje przekonania co do Vanity Press. Osobiście, by nie bazować na tym, co mówią inni.

Czym jest Vanity Press? To nic innego jak forma samopublikowania swojej pracy – różniąca się jednak od innych tym, że mamy tu do czynienia z wydawcą, czy też „firmą wydawniczą” (wolę tak to nazywać), który oferuje autorowi skład, redakcję, korektę, uzyskuje numer ISBN, wysyła też egzemplarze obowiązkowe do bibliotek i można by powiedzieć, że czyni wszystko to, co wydawca czynić powinien, tylko, że… z pewnymi różnicami, do których zaliczają się zwykle:

– Brak promocji książki,

– brak selekcji merytorycznej wydawanych tytułów,

– niedbała redakcja i korekta tekstów,

– nałożenie na autora obowiązku opłacenia kosztów wydania.

Innymi słowy autor, który według romantycznej wizji miałby się znaleźć po wydaniu jego tekstów w pewnym „wybranym” gronie, znajduje się na poziomie, na którym równie dobrze mógłby swoje wypociny opublikować na jakimś blogu w sieci, w dodatku ma za tę wątpliwą przyjemność zapłacić z własnej kieszeni, raczej może zapomnieć o jakimkolwiek wynagrodzeniu (będzie więc stratny), zaś jego dzieło raczej nie będzie miało szans, by trafić do szerszej publiki – również z uwagi na brak promocji.

Nie wygląda na to, by takie działanie się opłacało. A jednak firmy oparte na tym modelu działają i mają się dobrze, znajdzie się też wielu, którzy będą ich bronić. Jak to możliwe?

To proste.

SIŁĄ VANITY PRESS SĄ SŁABOŚCI RYNKU WYDAWNICZEGO

Trzeba oddać sprawiedliwość wszystkim tym, którzy umierają z frustracji, w starciu z rynkiem wydawniczym. Początkujący autor nie może tutaj liczyć na rozgłos – nikt z szanujących się wydawców nie zainwestuje budżetu w wielką, rozdmuchaną promocję debiutanta. Zresztą, większość osób, które chcą zadebiutować tej szansy nie dostanie – z wielu powodów; po pierwsze, większość nadesłanych do wydawców tekstów będzie po prostu niskiej jakości. Inne zaledwie poprawnej. Jeszcze inne niezłe, ale przy konkurencji z tekstami dobrymi i bardzo dobrymi należącymi do wydawanych już autorów z dorobkiem, zwyczajnie blakną. Bardzo rzadko więc mamy do czynienia z takim odkryciem, jak na przykład Masłowska, której debiut doczekał się szybkiej ekranizacji, zaś sama autorka – sławy. Kolejnymi powodami będzie też to, że wydawcy mają zwykle w kolejce więcej książek do wydania, niż mogą wydać. Muszą wybierać. I wybierają głównie te, o których wiedzą, że będzie z nich jakiś zysk. Budżet nie jest z gumy. I jeszcze pozostaje warunek, że wydawca w ogóle odpisze – to też nie zdarza się zbyt często w przypadku autora bez nazwiska. Tekst może się zgubić, albo też… nikt nie będzie miał czasu, by autorowi odpisać. Czas przecież to pieniądz.

Większość początkujących autorów musi zadowolić się długim budowaniem nazwiska, wiecznym dobijaniem się do wydawnictw, brakiem większych perspektyw, ciągłą obecnością w co najwyżej fanowskich i małych wydaniach wśród przyjaciół i znajomych w niedoli i zapomnieniem o jakichkolwiek pieniądzach w związku ze swoją ciężką, długą i niewdzięczną (a jednak ukochaną) pracą. W nagrodę, jeśli się im uda, trafią na rynek, który jest mały (mówiąc prościej: prawie nikt nie czyta) i wielką sławę oferuje nielicznym spośród nielicznych. Ale aby się tam znaleźć, najpewniej poświęci się temu całe lata, jeśli nie dziesięciolecia, patrząc od pierwszych prób.

Po co więc się starać? Po co wybierać trudniejszą drogę, jeśli istnieją wydawcy, którzy już teraz, na początku rozwijają czerwony dywan (i chcą przy okazji zbić na łatwowiernych trochę kasy)?

Dla mnie także nie ma tu łatwej odpowiedzi. Nie dla pieniędzy, to jasne. Nie dla sławy – bo tej też będąc pisarzem nie uzyska się wiele. Jedyną myślą, która pojawia mi się teraz jest: dla potwierdzenia własnej wartości.

Ktoś mógłby zapytać, czy to, że muszę szukać potwierdzenia własnej wartości, oznacza, że jej nie znam. Myślę, że każdy autor, który ma jakieś doświadczenie, ma pewne pojęcie o swoich możliwościach – ale to właśnie ostra selekcja i ciężkie warunki sprawiają, że sukces smakuje tak słodko. Wydawanie jest jeszcze bardziej satysfakcjonujące, niż pokonanie bossa w Dark Souls – i o to w tym chodzi. W pisaniu – o to, by pisać i by wyciągnąć sobie to wszystko z głowy, nim się zwariuje, a w wydawaniu o satysfakcję, jaką trudno znaleźć gdzie indziej. Że dokonało się czegoś może nie wielkiego, ale dla wielu naprawdę niemożliwego.

Dlaczego miałbym jako pisarz pozwolić sobie na sprowadzenie siebie i tego, co jest jedną z najważniejszych rzeczy, jaką robię w życiu do czegoś łatwego, łatwo osiągalnego, ostatecznie zapomnianego i potraktowanego jak śmieć?

Bo łatwa droga jest synonimem mojej próżności?

VANITY TO ZNACZY PRÓŻNOŚĆ

Te moje rozważania są oczywiście pełne idealizmu, ale nie wyobrażam sobie wybierania łatwych dróg próżności. Taką drogą poszła jednak Kasia Napierska, wykreowana przeze mnie pisarka chcąca po prostu wydać swoją powieść fantasy.

Pomogłem Kasi trochę. Dałem jej swoje własne opowiadania – pisane z zupełną powagą i na serio, kiedy miałem jakoś 14-15 lat. Rzecz nazywała się „Gramstory” – publikowałem to na moim blogu na gram.pl i zyskałem całkiem dużo czytelników. Szczerze mówiąc, to właśnie „Gramstory” – historia fantasy forumowiczów gram.pl (serdecznie Was wszystkich pozdrawiam) dała mi sił, bym pisał dalej i więcej. Szczerze mówiąc, nawet trochę za dużo, bo w późniejszym etapie udałem się z tymi tekstami na forum literackie Fahrenheita, gdzie nakrzyczałem na paru świetnych pisarzy, że nie rozumieją mojej „weny” – z tego też miejsca serdecznie im macham, gdyby nie to, że obiliście mnie wtedy słowami, nie wiem, jak by cała sprawa się skończyła.

Wracając do Kasi, „Gramstory” przyda się znów do czegoś. Kasia, myśląc, że popełniła arcydzieło, wysyła te teksty do paru wydawnictw, wierząc, że będzie pisarką. Dla jasności, przytoczę fragment tego dzieła:

żwir zachrzęścił pod okutymi metalem butami Cedricka. Staną na szczycie wzgórza i przenikliwie popatrzył się na miasto. Leżało tuż pod wzgórzem a szyby w oknach domostw odbijały srebrne światło gwiazd.

Cedricek wciągną orzeźwiająco chłodne powietrze nocy. Miał na sobie ciemną szatę wiedźmina a przy boku nosił miecz. W prawej ręce dzierżył długą dębową laskę którą się podpierał. Miasto do którego podążał nazywało się forum. Było największe ze wszystkich miast w gram.pl . oprócz niego było jeszcze jedno wielkie miasto. Oprócz tych dwóch miast były jeszcze wsie w których mieszkali użytkownicy. Legendy głosiły ze istnieje jeszcze trzecie miasto ,,CDP” miasto stworzycieli. Tam, ponoć mieli wstęp tylko niebiescy i od czasu do czasu czerwoni. Zwykli czarni mieszkańcy mogli tylko opowiadać o nim bajki.

Cedricek zszedł pod bramy miasta i dokładnie im się przyjrzał. Okute magicznym metalem i wręcz niezniszczalne strzegły stolicy jak skarbu. We wnącz podobno oprócz zwykłych domów i karczem tkwiły prawdziwe cuda. Można z stamtąd było się udać praktycznie wszędzie. Był podobno wielki budynek który miał nazwę IRC. ponoć nam wszyscy mieszkańcy spotykali się kiedy chcieli i radzili narożne tematy.

Nie rzadko zjawiali się tam niebiescy oraz czerwoni gawędząc o tym i owym. To było magiczne miejsce. Ponoć każdy z mieszkańców muguł tam założyć swój własny dom rozmów zwany potocznie ,,TEMATEM”. Cedricek miał też tam parę domów lecz nigdy jeszcze w nich nie był. Owszem wypowiadał się, dyskutował z innymi ale poprzez posłańca.

A teraz miał tam wejść o zobaczyć jak to naprawdę wygląda.

Zmusiły go do tego okoliczności.

Blisko rok temu banda wrogów ludu napadła na jego spokojna wieś i obrabowała ja doszczętnie. Cedricek jako jedyny przeżył a do tego czasu stał się przodownikiem i muguł wreszcie zadbać o siebie.

Brama była zamknięta. Nie spodziewał się że zawita tutaj po zmroku. Będzie mysiał poczekać do rana. Nagle w mieście rozbłysła niebieska łuna.

Cedricek drgną. Spojrzał w niebo i zobaczył cień lecącego człowieka. Naglę nocną ciszę przerwał głos…

WYNOŚ SIĘ STĄD! PRZYNOSISZ CHAŃBĘ NASZEMU KRAJU!!!

 

Całość ma ponad 100 stron A4, ponad 313 000 znaków ze spacjami. Słusznej grubości książka. Dodatkowo, formatowanie sprawia, że tekst czasami wygląda… koszmarnie.

Ale Kasia, nie przejmując się tym, wysyła swoje wypociny i trzyma kciuki. Być może, gdyby ktoś powiedział jej jak jest, przysiadłaby dalej nad swoim warsztatem i po latach stała się Katarzyną, która zaczęłaby odnosić pierwsze sukcesy. Ale te są tak naprawdę o krok, wystarczy przecież, że zapłaci. Ile?

Kasia wysłała swoje propozycje 24 kwietnia 2017 roku. Pierwszy mail, jaki dostała już 25 kwietnia tego samego roku, bardzo ją zasmucił – mnie z kolei dał nadzieję. Wydawnictwo Psychoskok wyraźnie zaznaczyło, że książka nie może zostać wydana w takim stanie, jak jest teraz. Odpowiedź zaś była rzeczowa, poważna i traktująca autorkę z szacunkiem.

Jednak tego samego dnia Kasia otrzymuje też wiadomość od Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro – tu, chociaż nadal informacja zwrotna mówi o błędach, wydawca może już się podjąć redakcji, korekty i wydania – ta przyjemność to „tylko” 3500 zł – co ciekawe, autor otrzymuje 20% i 40% od egzemplarza książki, co jest propozycją naprawdę świetną – nie tylko dla początkującego autora, ale dla autora w ogóle. Pytanie jeszcze – ile takich egzemplarzy zejdzie.

Jednak nim Kasia zdąży się zastanowić, już następnego dnia dostaje kolejne oferty. Wydawnictwo WITANET na wstępie przeprasza, że tak długo Kasia musiała czekać na ich odpowiedź (faktycznie, dwa dni to kupa czasu, konkurencja przecież nie śpi), potem zaś już przechodzi do sedna:

Uważamy, że przedstawiona przez Panią książka jest bardzo interesująca. To ciekawa propozycja. Książka ma ogromne szanse spełnić oczekiwania czytelników. Język przystępny i przyjemny w odbiorze. Uważamy, że Pani książka ma potencjał i dlatego podjęliśmy decyzję o gotowości wydania jej.”

Ile za taką „książkę z potencjałem” ma zapłacić Kasia? Już za 100 egzemplarzy cena ta wyniesie 3600 zł (to 36 zł od egzemplarza) – ale co to znaczy 100 egzemplarzy? Tyle kupi przecież sama rodzina Kasi, więc za 200 więc Kasia musi już zapłacić 4000 zł. Całe szczęście, że ebook jest gratis, bo Kasia zaraz zeszłaby na zawał.

Tego samego dnia odpisuje również wydawnictwo POLIGRAF. Tutaj przynajmniej się nie cackają, do rzeczy przechodzą już w pierwszym zdaniu:

„(…)dziękujemy za przesłany materiał Pani książki. Chętnie nawiążemy współpracę w zakresie jej wydania i dystrybucji. Na podstawie tekstu przygotowałam kalkulację wydania książki.”

Koszty?

Koszt wydania pierwszych 300 egz.: 7350 zł;
Wydanie następnych 300 egz.: 2950 zł.
 
Koszt wydania pierwszych 500 egz.: 8700  zł;
Wydanie następnych 500 egz.: 4050 zł.
 
Koszt wydania pierwszego 1000 egz.: 10650 zł;
Wydanie następnego 1000 egz.: 5500 zł.

Na tym etapie musiałem się zastanowić: czy tata Kasi pracuje w korporacji i zarabia jak większość obywateli w naszym kraju, czy też jest szefem banku i nie lepiej, by Kasia poprosiła go po prostu o kupienie całego wydawnictwa. Kasia nie ma jednak łatwego życia – jej rodzice wiążą koniec z końcem. Jakoś. Ale koszt ponad 10 000 zł to jednak znaczne obciążenie domowego budżetu.

Kasia postanawia poczekać – może ktoś jeszcze odpisze? Póki co, większość wydawców, do których wysłała swoje dzieło, zdążyła już odpisać.

Dopiero 2 maja dostaje odpowiedź od wydawnictwa ASTRUM.

„witam,książkę może Pani wydać w naszym projekcie

wydaj z nami książkę dotując jej wydanie.

Średnie dotacje zaczynają się od kwoty 5000 zł

Jeśli dysponuje Pani taką kwotą, prześlę szczegóły.

Wszelkie sprawy współpracy porządkuje umowa.

Pozdrawiam”

Konkretnie i bez ozdobników. Kasia zapewne by się ucieszyła, ale postanowiłem, że już dosyć. Umarła. Na zawał. Jej życie i tak było pasmem udręk. Poza tym… raczej nie wiem, czy udałoby się jej zrealizować swoje marzenie. Bycie pisarzem jest po prostu za drogie.

TRUDNIEJSZA DROGA WCALE NIE JEST GORSZA

Ten tekst nic nie zmieni – jestem wręcz tego pewien. Co więcej, nie mam prawa nikomu mówić, co ma robić ze swoimi własnymi pieniędzmi. Jeśli ktoś uważa, że dobrze poczuje się jako pisarz, płacąc za wydanie swojej własnej książki – nic mi do tego. Więcej – wśród autorów, którzy publikują dzięki Vanity na pewno może trafić (i jak pokazują nieliczne przykłady – trafia) się taki, którego teksty będą warte uwagi. Życzę mu wtedy z całego serca, by wśród innych, mniej wartych i przy zerowej promocji, został dostrzeżony przez poważnego, dużego wydawcę. Z drugiej strony warto pamiętać o tym, że w zasadzie codziennie na rynek wchodzi naprawdę sporo nowych tytułów – liczba czytelników jest skończona. Liczba ich czasu także. Liczba osób, do których dotrze książka z kraju, w którym język angielski nie jest głównym językiem, nie jest też zbyt duża. Po chłopsku sobie kalkulując, wychodzi mi, że wydając przy pomocy Vanity Press, tylko pozornie zwiększyłbym swoje szanse wydawnicze – w rzeczywistości zmniejszyłbym możliwości dotarcia do czytelnika, a jeśli nawet – przy braku dobrej redakcji czy korekty, mógłbym go nawet zniechęcić.

Oczywiście, brak dobrej redakcji nie jest tylko domeną „firm wydawniczych”. A jednak intuicja (podparta ludową mądrością bajek z dzieciństwa) podpowiada mi, że ta łatwiejsza, bardzo jasna, zachęcająca wręcz droga, może się okazać bardziej zdradliwa, niż najeżona przeciwnościami kręta ścieżka.

Zwolennicy Vanity Press mają swoje argumenty – i w wielu przypadkach są to argumenty celnie punktujące rynek wydawniczy, który wcale nie jest silny i mocny, a raczej powiedziałbym, że walczy o przetrwanie.

A jednak mimo tych wszystkich przeciwności, nie chciałbym płacić za to, że pracuję. Vanity nie oznacza dla mnie tylko próżności, ale również upodlenie.

 

Więcej (i bardziej merytorycznie) o Vanity Press napisał redaktor Marcin Zwierzchowski, do którego artykułu odsyłam.

O Autorze

Michał Stonawski (ur. 1991 r. w Krakowie) - Redaktor naczelny lubiegroze.pl. Autor beletrystyki, publicysta, krytyk literacki. Debiutował w 2010 roku opowiadaniem "Wyrok" w antologii "Horyzonty Wyobraźni 2010". Od tego czasu opublikował ponad trzydzieści opowiadań tak elektronicznie, jak i na papierze (ostatnio: "Cisza" w "Nowej Fantastyce"). Aktywny członek fandomu fantastyki, organizator i koordynator eventów literackich, w latach 2014-2016 współorganizator Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Na 2017 rok planowana jest premiera książki "Mapa Cieni: Kraków", której jest pomysłodawcą, redaktorem i współautorem. Ostatnio próbuje swoich sił jako Game Developer - wiceprezes Alrauna Studio. Kontakt: mstonawski@gmail.com

Podobne Posty