Powiem wprost. Wkurza mnie, kiedy słyszę, że o tematyce zombie zrobiono już wszystko. To samo mówiono wcześniej o westernach, i co – spróbujmy wyobrazić sobie ten gatunek bez ostatnich filmów Tarantino. Wnioski? To nie podejmowane tematy są nudne i złe, tylko filmy. Reżyser Zombie expressu nie wynajduje na nowo koła, ale też nie wyważa otwartych drzwi. Z pewnością wpuszcza trochę świeżego, azjatyckiego powietrza (a niech będzie, że smogu) do zatęchłego wagonu zwanego apokalipsą zombie.

Wyobraźmy sobie, że znajdujemy się na zatłoczonym dworcu. Dostrzegamy właściwy peron i w ostatniej chwili wbiegamy do pociągu. Przeciskamy się na swoje miejsce, odkładamy bagaże i siadamy. „Czy aby wszystko zabraliśmy? Smartfon jest, dokumenty są”. Rozglądamy się po współpasażerach – jeden z nich słucha głośno muzyki. Pociąg rusza, zaraz będzie można iść do ubikacji, ale najpierw czekamy aż konduktor sprawdzi bilety. Znudzeni wyglądamy przez okno i obserwujemy ludzi machających na peronie. Zauważamy, że kilku z nich zaczyna zagryzać innych! Poszaleli? Wytężamy wzrok, żeby dojrzeć szczegóły, ale pociąg już wjeżdża do tunelu. Nie wiemy, że właśnie przed chwilą w całym mieście wybuchła epidemia śmiertelnego wirusa. Nie wiemy, że tuż przed odjazdem konduktor wpuścił do środka spóźnionego pasażera powoli zamieniającego się w krwiożercze zombie…

Jeżeli interesujecie się kinem grozy, prawdopodobnie słyszeliście o tym filmie już kilkakrotnie, możliwe, że pod różnymi nazwami. Jak się bowiem okazuje, polscy dystrybutorzy nie mają problemu wyłącznie z tłumaczeniem tytułów z Zachodu – jeszcze większe trudności sprawiają rodakom, nieczęste w końcu, produkcje z Azji. Najnowszy film Sang-ho Yeona ma w zasadzie kilka polskich nazw – na festiwalach reklamowany był jako Ostatni pociąg (dość niefortunnie, biorąc pod uwagę fakt, że niemiecki film o takim tytule opowiadał o Żydach wysłanych do Auschwitz), przy innych okazjach film nazywano Pociągiem do Busan (co w zasadzie było najbliższe oryginalnemu Busanhaeng, ang. Train to Busan), a nawet Pociągiem do Pusan, bo tak brzmi polska nazwa tej metropolii w Korei Południowej. Obecnie natomiast dominuje pretensjonalny, choć dość trafny tytuł, Zombie express i to pod nim właśnie można znaleźć film m.in. na pierwszym przeglądzie horrorów Fest Makabra odbywającym się w lutym i marcu tego roku, w kinach studyjnych w całej Polsce (pełną listę seansów znajdziecie na stronie http://www.festmakabra.pl/).

Akcja filmu Train to Busan (przyjmijmy, że będziemy używali tytułu anglojęzycznego) rozpoczyna się dość stereotypowo – główny bohater, Seok Woo (w tej roli Gong Yoo), finansista-pracoholik, daje się nakłonić swojej dziesięcioletniej córce, Soo-an (Soo-an Kim), aby w dniu jej urodzin pojechali razem pociągiem do Pusan, w którym mieszka matka dziewczynki. W międzyczasie, tuż po wyruszeniu ekspresu, poznajemy innych bohaterów, którzy w dalszej części filmu odegrają mniej lub bardziej znaczące role – pracowników szybkiej kolei krajowej KTX oraz oczywiście pasażerów: małżeństwo spodziewające się dziecka, drużynę nastoletnich bejsbolistów, dwie siostry w podeszłym wieku, bezdomnego, a także biznesmena.

Twórcy nie przeprowadzają w filmie żadnej rewolucji – jak można się domyślić, wkrótce po starcie pociąg wypełnia się zainfekowanymi podróżnymi, wielu bohaterów dołącza do hordy bezrozumnych zombie, a ratuje się jedynie kilka grupek ludzi, którym, dzięki niebywałemu szczęściu albo ogromnej chęci przetrwania, udaje się przedrzeć do odpowiednich wagonów. Mimo wszystko Train to Busan jest produkcją wciągającą, wręcz świetną w swoim gatunku. Pomijając jeden mankament – za który uważam zbytnie zamerykanizowanie treści scenariusza, szczególnie początkowych scen pierwszego aktu i ekspozycji głównych bohaterów – dzieło San-ho Yeona broni się, chciałoby się rzec, hitchcockowską sztuką budowania suspensu, realizmem przedstawionego świata oraz, co ciekawe, dobrze dawkowanym humorem.

Choć przedsmak zombie-apokalipsy mamy już w pierwszej scenie filmu, w której widzimy zmartwychwstającego jelenia z bielmem na oczach, do pierwszej konfrontacji dochodzi tak naprawdę po dobrych dwudziestu minutach filmu – pozwoliło to twórcom nie tylko na wprowadzenie licznych postaci, ale przede wszystkim na zbudowanie napięcia. Widz wie więcej od bohaterów, obserwuje moment wejścia na pokład „zadżumionego szczura”, w związku z czym cały czas zadaje sobie pytania – kiedy wreszcie ta tykająca bomba wybuchnie? Którzy z bohaterów przeżyją (bo trzeba przyznać, że w tym filmie nie jest to tak oczywiste)? Oraz na pewno – jak zareagują ci wszyscy ludzie, z którymi utożsamia się widz?

I tutaj wracamy do wspomnianego wyżej realizmu. W większości hollywoodzkich horrorów oraz thrillerów zarówno świat, jak i bohaterowie, zarysowani są bardzo umownie. Gdy po raz kolejny widzimy naszpikowane CGI sceny pościgów oraz walk, zdajemy sobie sprawę z prezentowanego nam teatru fikcji, nieważne jak dobrze by on nie był skonstruowany. Tymczasem Południowokoreańczykom (dziwny twór słowny, ale jak najbardziej poprawny) udało się osiągnąć pewien pośredni stan, w którym wszystko w ramach filmu wydaje się odpowiednio wiarygodne. Pokazuje się nam z początku codzienną rzeczywistość mieszkańców Seulu (a nic by to nie zmieniło, gdybyśmy zamiast tego mieli Paryż, czy Warszawę), którzy stopniowo odkrywają straszliwą prawdę, często za pomocą smartfonów i Internetu. Reżyserowi bardzo zależało na tym, by widownia potraktowała fikcyjne społeczeństwo przedstawione na ekranie jako prawdziwe. I trzeba przyznać, że zadanie zostało bardzo dobrze wykonane – San-ho Yeon podkreślał w wywiadach, że filmowy wirus został zainspirowany wieloma klęskami, jakie w ciągu lat nawiedzały Koreę Południową, m.in. wirusowym schorzeniem dróg oddechowych MERS.

Liczni bohaterowie filmu w żadnym razie nie są papierowi, nawet ci, którym dano mniej „czasu antenowego”, wypadają bardzo konkretnie. Reżyser, a zarazem scenarzysta, oszczędził nam tu typowych dla złego kina akcji informatywnych dialogów, więc większości rzeczy o postaciach dowiadujemy się poprzez ich czyny oraz drobne gesty. Świetnie sprawdza się tu zarówno protagonista, Seok Woo, na zmianę irytujący i wzbudzający współczucie, a także wiecznie docinający głównemu bohaterowi Sang Hwa (Dong-seok Ma), który dzięki swej odwadze i ironicznemu usposobieniu jest chyba najbardziej sympatycznym pasażerem pociągu. Na osobne brawa zasługuje niewątpliwie najmłodsza członkini obsady, Soo-an Kim jej subtelne aktorstwo powinno wystrzelić z kapci każdego polskiego reżysera męczącego się z naszymi marnymi dziecięcymi odtwórcami. Nie obyło się, co prawda, bez klisz – momentami moralizatorskie zapędy twórców mogą wywołać niezamierzone uśmiechy wśród widowni, a charaktery niektórych postaci dałoby się skwitować słowami „praworządny dobry” albo „chaotyczny zły”, mimo to wartka akcja, okraszona wieloma zwrotami, w odpowiedni sposób nam to rekompensuje.

Sam pomysł na osadzenie akcji w pociągu nie został zaczerpnięty, jak można by przypuszczać, z filmu rodaka reżysera, Snowpiercer (2013, reż. Joon-ho Bong), w którym bohaterowie przemieszczają się koleją transkontynentalną, a z autopsji filmowca. San-ho Yeon podróżował pociągami KTX (Korea Train Express) i uznał, że umiejscowienie fabuły w popularnym środku komunikacji doda więcej autentyzmu. Trzeba tu pochwalić autora zdjęć, Hyung-deoka Lee, który za pomocą ciasnych kadrów i dynamicznych, wręcz reporterskich, ujęć doskonale wzmocnił poczucie klaustrofobii i osaczenia. Wrażenie robi również inteligentny, często skojarzeniowy, montaż Jin-mo Yanga oraz muzyka w wykonaniu Young-gyu Janga.

Pomimo niewielkiego budżetu (9 milionów dolarów) specjalistom od efektów specjalnych i charakteryzatorom udało się stworzyć stosunkowo przekonywujący (i w pewnym sensie zabawny) wizerunek „żywych trupów”. Nie są to powolne, rozkładające się zombiaki pożerające ciała ofiar, ale energiczne, przypominające wściekłe zwierzęta, bezmózgie karykatury ludzi, których jedynym celem jest zarazić wirusem kolejną osobę. I właśnie to, a nie paskudnie wykrzywione gęby i poskręcane ciała zombiaków, wzbudza w filmie największe przerażenie – strach bohaterów przed byciem ugryzionym i wykluczonym ze społeczeństwa żywych. Apokalipsa zombie nie jest główną pożywką tego filmu, a jedynie metaforą, dzięki której reżyser interesująco zestawia ludzi z różnych środowisk w skrajnie stresujących sytuacjach i testuje ich wytrzymałość oraz zdolność odczuwania empatii.

Idea stworzenia historii o grupie ludzi w opałach ma swój początek w opowiadaniu Stephena Kinga „Mgła”, gdzie uwięzieni w supermarkecie bohaterowie zmagają się ze strachem i własnymi słabościami. W Train to Busan jest podobnie – skrywane na co dzień wady i uprzedzenia wylewają się z bohaterów. Pojawia się problem zdefiniowania człowieczeństwa – czy człowiekiem jest osoba gotowa przeżyć za wszelką cenę, czy taka, która obdarzona jest współczuciem dla innych? Jakie cechy pozwalają nam uratować siebie i bliskich przed masowym szaleństwem i dehumanizacją? Do tego dochodzi pytanie, szczególnie popularne w ambitnej science fiction, o przyczyny sytuacji w kraju opanowanym chaosem – bohater rozmawiający przez telefon z podwładnym zastanawia się razem z nim, czy mogli przyczynić się do rozprzestrzenienia zarazy. Wszystko to sprawia, że koreański horror nie jest zwykłym „akcyjniakiem” ze scenami rodem ze slasherów i kina gore. Po prawdzie, bardzo drastycznych obrazów mamy tutaj jak na lekarstwo, choć twórcy nie szczędzą nam zapierających dech w piersiach scen, jak fala ciał zombie przelewająca się przez wagony i perony oraz mrożących krew w żyłach chwil, jak ta, w której bohaterowie czołgają się po ciemku przez wagon pełen żywych trupów.

Dla Sang-ho Yeona Train to Busan jest i zarazem nie jest filmowym debiutem. Chociaż ma on w swoim dorobku kilka pełnometrażowych animacji (w tym nagradzany Król świń i Saibi), dopiero od niedawna zajmuje się kinem aktorskim. Co ciekawe, miesiąc przed pierwszym pokazem Busanhaeng w Cannes (13 maja 2016) swoją premierę miał jego animowany, półtoragodzinny prequel, Seoul Station, którego akcja rozgrywa się dzień przed wydarzeniami z filmu. Jego fabuła skupia się na ubogiej parze i bezdomnych mieszkańcach dworca kolejowego w stolicy Korei Południowej, którzy jako pierwsi zostają zarażeni. Brak pomocy ze strony społeczeństwa prowadzi poniekąd do eskalacji wirusa. Pierwszy film o zombie Sang-ho Yeona można uznać za ciekawszy w kontekście społeczno-politycznej krytyki, nie zdobył on jednak tak dużej popularności jak drugi, prawdopodobnie przez znacznie mniej komercyjny charakter, dużo mroczniejszy klimat i nieco gorzej zarysowanych bohaterów.

W ciągu pierwszych pięciu dni od międzynarodowej premiery Train to Busan zarobił 34 miliony dolarów (czyli więcej niż trzykrotność samego budżetu filmu). Wkrótce potem produkcja Sang-ho Yeona pobiła rekord w jego rodzimym kraju, zdobywając ponad dziesięciomilionową widownię (co statystycznie oznacza, że co piąty mieszkaniec Korei Południowej obejrzał ten film!). Obecnie boxoffice produkcji wynosi ponad 87 milionów dolarów, ale jego kinowa przygoda jeszcze się nie skończyła – od niedawna można go zobaczyć w Polsce, Niemczech, Danii i krajach Ameryki Południowej. W grudniu zeszłego roku fani filmu dowiedzieli się, że dystrybutor, Next Entertainment World, ogłosił, że Gaumont, najstarsza francuska wytwórnia filmowa, wykupiła od nich prawa do nakręcenia remake’u z hollywoodzką obsadą. Cóż, oczekiwania są ogromne, choć osobiście jestem bardzo sceptyczny i z o wiele większą uwagą wypatruję kolejnego filmu San-ho Yeona, który wspominał, że ma kilka pomysłów na sequele. W sieci od kilku miesięcy roi się od plotek co do możliwości rozwoju historii nowego koreańskiego uniwersum oraz co do aktorów, którzy mogliby zagrać w kontynuacji. Warto jednak uzbroić się w cierpliwość i wierzyć w to, że i następnym razem reżyser Train to Busan nas nie zawiedzie, obojętnie czy jego kolejnym dziełem będzie historia o zombie, animacja, czy coś zupełnie nowego.

Ocena: 8/10

Korekta: Marta Sobiecka