Publikacja „raportu czytelniczego” z lektury „Snów Umarłych” zaowocowała interesującą dyskusją w facebookowej grupie Horror w literaturze. Facebook to jednak ulotne medium. Wpis żyje na nim dwa, trzy dni. Tymczasem trzy głosy, które pojawiły się w toczącej się żywej polemice zasługują, z uwagi na ich wysoką wartość merytoryczną, oraz swą kompletną konstrukcję na utrwalenie. Za zgodą zatem wszystkich autorów zamieszczam poniżej te wypowiedzi, z gorącym podziękowaniem za tak świetny komentarz.

WOJTEK GUNIA :

Nie ukrywam, że kiedy zobaczyłem przy tekstach Konrada Knapka, Pawła Matuszka, Kamila Subzdy, Krzyśka Maciejewskiego, Maćka Kaźmierczaka, Krzyśka Matkowskiego i Bartka Orlewskiego noty słabe, a przy kilku innych noty ledwie przeciętne, wybuchła we mnie atomowa kula czystej irytacji. Teraz już fala opadła, więc mogę napisać.
Oczywiście, jestem świadomy tego, że nie mam do tej książki obiektywnego stosunku (choć dobierając teksty starałem się być jak najbardziej obiektywny). Co więcej, każdego z opowiadań z tego zbioru będę bronił do krwi, więc sorry, jeśli w tym wpisie włącza mi się czasami tryb wkurwionej lwicy broniącej młodych;)
Dawno, dawno temu, kiedy miałem lat nieco ponad dwadzieścia (a jestem już w połowie czwartego krzyżyka), pisywałem dla nieistniejącego już zinu internetowego recenzje muzyczne. Zabawa była przednia, bo przecież o muzyce każdy pisać może, ponieważ każdy się na niej zna. A przynajmniej tak się wszystkim wydaje – że się znają. A skoro się znają, to sądzą też, mają do powiedzenia coś wartościowego.
To zaufanie do własnej wiedzy (oraz gustu) przekładało się – w moim przypadku – na oceny dość radykalne. W radykalizmie swoim dość – a nawet bardzo – krzywdzące. Dziś, będąc o te piętnaście lat starszym, wspominam ówczesne wypociny ze sporym zażenowaniem i cieszę się, że przepadły w otchłaniach internetu sprzed ery blogów i mediów społecznościowych. Choć może kiedyś jakiś archeolog internetu przypadkiem je wykopie i wtedy będę musiał publicznie się ukorzyć. Uczynię to bez wahania, bo brednie, które wówczas wypisywałem, wymagają ekspiacji.
Pamiętam, że pewnym punktem przełomowym w moim „muzyczno-recenzenckim” życiu była sytuacja, kiedy dostałem do zrecenzowania płytę, która straszliwie mi się nie podobała, ale która była tak mocno osadzona w kontekście kulturowym, który był mi obcy (w sensie: nieznany), że poczułem, że cokolwiek napiszę, zrobię z siebie idiotę. Pomyślałem też z pewną zgrozą, że idiotę robiłem z siebie wielokrotnie przy okazji wcześniejszych „recenzji”. Poczułem też, że nie będzie sensu bronić się pustym gadaniem, że „recenzja to wyraz subiektywnych odczuć recenzenta i chuj komu do tego”, ponieważ muzyka – ale też literatura, film, czy jakakolwiek dowolna sztuka – jest kodem kulturowym i żeby go właściwie odczytać, należy znać prawa, które tym kodem rządzą. Zresztą właśnie dlatego mówimy o kodzie.

Napisałbym, że z zasady nie odnoszę się do recenzji książek, przy których maczałem palce, ale byłoby to kłamstwo, ponieważ już zdarzyło mi się zmieszać z błotem np. recenzenta, który napisał dla Esensji stek bredni na temat „Teatro Grottesco” Ligottiego. Z krytyków swojej twórczości marudzących na niski „fun factor” i „pseudofliozoficzny bełkot” też robię sobie regularne podśmiechujki, choć resztki przyzwoitości (albo hipokryzja) nie pozwalają mi tego robić bardzo otwarcie. Więc, cóż, do zasady niekomentowania chciałbym się stosować, ale nie potrafię xD
Skoro już wyjaśniłem swoje niskie motywacje, przejdę do sedna. Otóż choć ocenę ogólną ocenę książki dałeś bardzo wysoką (za co dziękuję) i sporo tekstów również pochwaliłeś (za co dziękuję jeszcze raz), to jednak przejechałeś się walcem po wielu pracach. Twoje prawo. Problem zaczyna się w momencie, kiedy zastanowimy się, z czego walec, którym jeździsz, jest skonstruowany.

Otóż, ten walec jest zbudowany z twojego własnego gustu. W posiadaniu gustu nie ma rzecz jasna nic złego, jakiś gust ma każdy, podobnie jak każdy ma swój własny tyłek, swój nieświeży oddech, swój kolor oczu, odcisk palca i krzywiznę kręgosłupa. Trudno jest przeskoczyć ponad swoim gustem, tak jak trudno jest przeskoczyć ponad ograniczenia naszego własnego organizmu. Tyle, że o ile ograniczeń organizmu jesteśmy na ogół świadomi – ja na przykład nigdy nie zostanę koszykarzem, bo jestem za niski i za gruby – o tyle ograniczenia gustu są już, tak jakby, bardziej przeźroczyste.

Choć nadal bardzo zniekształcają nam obraz.

Bowiem z czego rozliczasz autorów, którym wystawiłeś słabe oceny?

Z miernego, prostego jak drut stylu godnego gimnazjum? Z banalnych pomysłów? Z braku wrażliwości? A może z nieudolności w kodowaniu tej wrażliwości w indywidualny język? Z przekłamań, uproszczeń, z klisz? Z jakiegokolwiek grzechu z repozytorium cech słabej literatury?

Nie.

Przy tych tekstach po prostu źle się bawiłeś.

Zresztą, zdanie o „W poszanowaniu dla zasad Pustynnego Miasta” Konrada Knapka zdradza wszystko:

„Za dużo wydało mi się w „Pustynnym Mieście” takiej śmiertelnej powagi i chęci uchwycenia Najgłębszych Prawd, za mało rozrywkowej grozy.”

A w muzyce takiego Xenakisa pewnie jest za mało melodii i skocznych rytmów? Lustmord może spoko, ale byłby 100 x bardziej spoko, gdyby piosenki trwały po 3.30 i ktoś w nich ładnie śpiewał? Wiem, że sprowadzam sytuację do absurdu – przyznaję, robię to celowo, bo absurdalne wydały mi się zarzuty.

Argumenty z katalogu „za mało rozrywkowej grozy” „zbyt hermetyczne” „niejasne” „za mało horroru” odnoszą się nie do zestawu wartości tekstów, ale jedynie do ich dopasowania do sztywnej ramy prozy gatunkowej. Są też w pewnym sensie argumentami przeciwko literaturze, ponieważ występują przeciwko spotkaniu, jakie w literaturze się odbywa. Jeżeli pisanie jest kodowaniem własnego widzenia świata, swojego przeżywania świata w symbole, to jest także zaproszeniem do dialogu o tym widzeniu. Jest zaproszeniem do wysłuchania i próby zrozumienia oraz do interakcji – do tego, żeby zobaczyć świat przez pryzmat wrażliwości drugiego człowieka i przekonać się, co z tego zderzenia wyniknie. Weird fiction, jako gałąź literacka wyjątkowo skupiona na malowaniu światów wewnętrznych, zdaje się do tego szczególnie dobra. Bo przecież nie chodzi o „artyzm” używany jako słowo – wytrych. Chodzi o zaproszenie do osobistej podróży. Do obcowania z sublimacją czyichś wewnętrznych przeżyć. W przypadku weirdu – przeżyć skażonych mrokiem i niepokojem.

Tymczasem zarzuty poprowadzone po linii zgodności z czynnikami takimi jak „rozrywkowość” i „procent horroru w horrorze” przypominają domaganie się, by muzyk grał nam do kotleta te melodie, które już znamy i lubimy. To zawołanie wprost: nie chcę dialogu! Chcę, żeby mi zrobić dobrze! Zabawić mnie, pożonglować przede mną, zrobić wobec mnie kilka głupich min, zdziwić mnie, zabić mi czas. Z równania znika jeden podmiot, zmieniony w zwykłe narzędzie.

Być może – przyznaję – popełniłem, jako redaktor, błąd. Być może powinienem bardziej podkreślać to, że „Sny umarłych” jako weird fiction ma o tyle wspólnego z horrorem, o ile atrybuty horroru są dla niego przydatne w konstruowaniu świata. A może powinienem z nazwy „Horror Weird Fiction” wyrzucić horror, ponieważ – jak widzę – ten przedrostek tylko ogranicza i stwarza fałszywe oczekiwania.

KRZYSZTOF GRUDNIK  :

Według mnie przyczyną – tak to sobie nazwijmy – nieporozumienia jest funkcjonowanie w trochę innych rejestrach. Albo prościej: możemy wyszczególnić (przynajmniej) dwa modele czytania, z których jeden nazwijmy oświeceniowym (racjonalnym, analitycznym, obiektywnym), a drugi romantycznym (emocjonalnym, rozrywkowym, subiektywnym). Wojtek pisze o oświeceniowym, Rafał – romantycznym, przy czym to tylko kategorie, więc w praktyce zawsze są doprawione swoją przeciwnością, bo ani Rafał, ani Wojtek nie odmawiają wartości przeciwnych.

W ramach każdego z tych modeli przedmówcy mają rację. To znaczy Wojtek, postulując ocenę właściwą dla danej konwencji itd., zaczynając nawet od jej odpowiedniego rozpoznania – ma rację, ponieważ tego wymaga sprawiedliwość. Rafał, któremu Temida nie jest przecież obca, nie chce jednak przenosić jej z pracy w zacisze czytelniczego fotela, i też nie ma mu się co dziwić. Nie chodzi o to, że opinie Rafała są fałszywe, ale o to, że ta kategoria przestaje go – w obrębie literatury – interesować. Bo taki model czytania przyjmuje.

Nie da się tego pogodzić. Można czytać w ramach tych modeli na przemian, ale nie można naraz. Przynajmniej ja sobie takiego schizofrenicznego czytania nie wyobrażam. Czytanie analityczne (krytyczne) dostarcza mi czasem ogromnych przyjemności, ale są one jednak innego rodzaju, niż przyjemność płynąca z modelu romantycznego i emocjonalnego zaangażowania w tekst.

To powiedziawszy, chciałem zwrócić się ku drugiej kwestii, bo ich wyodrębnienie powinno rzucić trochę mroku 😉 Otóż jedną sprawą jest czytanie, a drugą – mówienie. Albo pisanie. Wypowiadanie się na temat tego, co się przeczytało. Moim zdaniem jest ono bardzo ważne. Połowa frajdy z czytania to możność opowiedzenia o swoich doświadczeniach. Te zaś, jak wiemy, mogą dotyczyć albo przeżyć emocjonalnych, albo intelektualnych. I ten, kto czyta romantycznie, o tym modelu lektury będzie chciał mówić (czy i co mu się podobało), a kto oświeceniowo – o konstrukcjach, języku czy dialogu z tradycją. I analogiczne będą oczekiwania co do cudzych wypowiedzi.

Rafał wiele razy zaznaczał, że jego opinie nie są recenzjami. Że są bardziej ekspresją jego czytelniczych doświadczeń, choć może inaczej to nazywał. Czytanie Rafała nie jest raczej czytaniem krytycznym (w sensie analizowania tekstu, bo w sensie wymagań – jest) i nie jest jako takie przedstawiane. Wojtek, czytając opinię Rafała jako poważną recenzję krytyczną, powtarza ten sam gest: próbuje czytać tekst poza właściwym mu kontekstem. Internet zmieści wszystko i jest w nim miejsce zarówno na profesjonalną krytykę, jak i wyrażanie swoich czytelniczych emocji czy upodobań. Ubolewam (i Wojtek, zgaduję, ubolewa też), że to pierwsze miejsce w większości pozostaje puste, drugie zaś jest wypełnione, ale to nie wina tych, którzy chcą czytać dla rozrywki i mówić, co im się podobało lub nie.

PIOTR BOROWIEC :

Nie bardzo rozumiem, dlaczego powyższa recenzja nie jest, według Ciebie, recenzją ale „raportem czytelniczym”. Tekst który linkujesz zawiera większość, o ile nie wszystkie, elementy recenzji Owszem, tego typu teksty powinny być w miarę fachowe, i w miarę bezstronne, ale recenzja nie jest gatunkiem zastrzeżonym tylko dla zawodowców. Nie jesteś polonistą, literaturoznawcą ani kulturoznawcą, owszem, lecz w grozie jesteś oczytany, aktywnie uczestniczysz w życiu fandomu, dla mnie kompetencje do recenzowania masz. Rafał, nie ma co się krygować, napisałeś recenzję i tyle.

Cóż. Ja również zauważyłem, że istotnym kryterium oceny opowiadań jest dla Ciebie ilość „horroru w horrorze”. Dajesz temu wyraz często – gęsto, cytuję: „za mało rozrywkowej grozy”, „stężenie grozy i makabry wręcz szokuje czytelnika”, „wspaniałe, pełne grozy zakończenie”, „[autor] nie zapomina, że istotą weirdu jest również horror. 7/10”, „dla fana grozy jest ono jednak niezadowalające”, a mojemu tekstowi dostało się za to, że pisałem go „ze szkodą dla horroru”.

Obrałeś sobie takie kryterium i git. Mogło być gorzej. Mogłeś obrać „krzewienie przez tekst chrześcijańskich wartości” albo „czy w tekście są bohaterowie, których ja polubiłem”. Uparłeś się na tę grozę, jesteś w tym konsekwentny, więc – po przemyśleniu sprawy – nie podzielam irytacji Wojtka. Co więcej, takie podejście da się bronić, z kilku powodów:
(a) podoba nam się to czy nie, weird jest kojarzony z horrorem.
(b) SU wydało wydawnictwo w grozie wyspecjalizowane
(c) większość autorów jest z horrorem kojarzona. Tak, Ligotti też.

Wikipedia, w mądrości swojej, mówi nam że w recenzji „Osoba nadawcy, jej wiedza, doświadczenie, zmysł estetyczny są punktem odniesienia dla obrazu opisywanej rzeczywistości”. Akurat Ty jesteś specyficzną osobą, dość charakterystyczną – wielbiciel „boskiego Guya”, ajatollah pulpy. Dla mnie ważne jest, że JEDNAK I POMIMO WSZYSTKO „Sny…” oceniłeś pozytywnie. Większości tekstów dałeś noty wysokie, sama antologia została oceniona 8/10.

I co z tego wynika?

Nie wiem, czy kazus tej jednej, konkretnej recenzji można uogólniać i wyciągać z tego wnioski ogólne. Załóżmy, że tak. Więc wniosek byłby taki: fan „horrorowego horroru”, przykładający wagę do trzymania się pewnej konwencji, jej ustalonej estetyki i schematów może docenić nowoczesne weird. Będzie to czytał, będzie go to interesować i w większości tekstów (większości! nie wszystkich!) tego typu znajdzie coś dla siebie. W takim razie weird dla wielbiciela grozy jest dobrą propozycją czytelniczą. Wydawanie WF dla fanów horroru nie jest „rzucaniem pereł przed wieprze”. Dla mnie, jako fana i autora jest to bardzo dobra konkluzja.