„Nigdy więcej” – tak Remigiusz Mróz rozpoczyna posłowie wieńczące Czarną Madonnę. Jak pisze dalej: „Zaczynając pisać tę książkę, nie miałem pojęcia, jak głęboki niepokój we mnie wywoła. Jak wiele strun w duszy zadrga mi niepokojąco, grając ponury, smutny nokturn”. Czy odczuwany przez niego niepokój udzieli się również czytelnikom? Czy polska groza ma autora, który wyciągnie ją z niebytu? A może kogoś, kto pociągnie ją na dno?

Dowiedziawszy się o premierze Czarnej Madonny, miałem ambiwalentne odczucia. W pierwszej chwili ucieszyłem się, wszak trudno o lepszą reklamę polskiej grozy – tak jak Pedro Romero zainteresował hiszpańskie elity niedocenianymi wcześniej walkami byków, tak Remigiusz Mróz przekona do grozy szersze grono czytelników. Z drugiej strony, nietrudno znaleźć przeciwników tego pisarza – internet pełen jest osób zarzucających mu zbyt duże tempo wydawania kolejnych powieści, kiepski research oraz powtarzalność, przez co jego książka mogła utwierdzić w przekonaniu wszystkich malkontentów, jakoby literackie horrory były naiwne i po prostu słabe, co byłoby dla środowiska gwoździem do trumny.

Wiele osób wyrobiło sobie zdanie o książce jeszcze przed premierą. Zadziwiająco łatwo przychodzi niektórym oceniać powieść, nawet nie przeczytawszy pierwszej strony – choć akurat oceniając tę książkę po okładce, można jedynie pochylić głowę z uznaniem. W sieci pojawiło się również wiele opinii, jakoby Czarna Madonna nie była horrorem. Porównuje się ją do książek Dana Browna czy serialu Lost – chyba tylko z racji samolotu, bo więcej analogii nie dostrzegam. Nie mnie oceniać, jednak ponieważ ta pozycja reklamowana jest przez wydawnictwo jako horror (Nowy polski King! Alleluja!), to tak też zostanie odebrana przez czytelników, którzy – chcąc czy nie – będą oceniać całe środowisko polskiej grozy przez pryzmat tejże książki i być może zachęceni lekturą, sięgną po kolejnych autorów.

Czy owa ocena – nie wystawiana przez fana grozy, który może być mniej obiektywny, a typowego czytelnika literatury – będzie dobra? Niestety, moim zdaniem nie. Tyle dobrego, że w historii przedstawionej przez Mroza nie przelewają się hektolitry krwi, a zombie nie biegają po ulicach, co być może uświadomi co poniektórym, że groza nie oznacza tylko duchów, flaków czy wampirów.

Ten tekst nie jest recenzją, więc nie będę skupiał się na fabule. Na pewno jest to jedna z lepszych książek grozy, jakie w ostatnim czasie ukazały się na rynku. Gdyby cała utrzymywała poziom pierwszych stu stron, to śmiało dałbym jej 10/10. Mróz idealnie kończy rozdziały, w odpowiednich momentach zarzucając na czytelnika haczyk poprzez dawkowanie nowych, często szokujących informacji. Wszystko dzieje się dynamicznie, są zwroty akcji, niepewność, zagadka… Niestety, im dalej w las, tym gorzej.

Nie sądziłem, że to kiedykolwiek napiszę, ale… w tej książce jest zbyt dużo dialogów. Tu rozmawia się o wszystkim. O ile dialogi zazwyczaj nadają opowieści dynamizmu, tak tutaj od pewnego momentu zaczynają być zwyczajnie nużące. Rozumiem zamysł – główny bohater musi wytłumaczyć wiele trudnych zagadnień związanych z Kościołem – ale bez przesady!

Tu przechodzimy do najważniejszego wniosku. Czytając kolejne wytłumaczenia, miałem wrażenie, że Mróz zbyt poważnie potraktował narzekania malkontentów na kiepski research i postanowił wyłożyć czytelnikowi wszystko na tacy. O ile super czyta się rzeczywiste nagrania z czarnej skrzynki japońskiego samolotu, tak wchodzenie w zawiłe szczegóły kościelnych procedur uważam za zbędne.

Czarnej Madonnie zarzucić można wiele. Najbardziej uderzyła mnie naiwność sceny, w której wszyscy goście restauracji w tym samym momencie odbierają telefony od swoich bliskich, którzy pragną podzielić się z nimi informacją o porwanym samolocie. Czytając to, miałem wrażenie, że scenę tę napisał zupełnie ktoś inny, a nie autor mający na swoim koncie dziesiątki książek. Biorąc pod uwagę współczesną znieczulicę, wątpię, by choć połowę gości interesował jakiś samolot. A opis, jak wszyscy zbierają się przed jednym laptopem i przebierają nogami w oczekiwaniu na kolejne wiadomości… No, to chyba wydarzyć się nie mogło.

 Nie zmienia to jednak faktu, że książka jako całość prezentuje naprawdę solidny poziom. Jestem niemal przekonany, że oczaruje każdego fana grozy. Powracając do pytania z początku tekstu, uważam jednak, że Czarna Madonna nie jest na tyle dobra, by zachęcić czytelników Mroza do sięgnięcia po innych autorów z tego gatunku, ale też do niego nie zniechęci. Niemniej cieszy mnie, że polska groza wreszcie jest promowana w odpowiedni sposób. Mam nadzieję, że wyniki sprzedażowe zadowolą zarówno autora, jak i wydawcę, dzięki czemu nie będzie to tylko jednorazowa akcja, a z czasem duże wydawnictwa spojrzą na innych pisarzy grozy łaskawszym okiem. Książkę tę traktuję jako debiut Mroza w nowym gatunku i jako fan grozy zaliczam jako udany. Mam nadzieję, że nie będzie to jego ostatnie słowo w tym temacie – tak jak liczę na więcej historii w stylu Chóru zapomnianych głosów. Kto wie, może następna historia opisze nawiedzony dom w środku lasu, gdzie zakończenie nie zostanie wyłożone na tacy, a mroczny klimat będzie wręcz wylewał się z kolejnych kartek?

O Autorze

Piotr Borlik (ur. 1986 r. w Bydgoszczy) – pisarz, redaktor. Podróże po całej Polsce w trakcie wykonywania zawodu trenera i szkoleniowca umożliwiły mu rozwijanie literackich pasji, dzięki czemu debiutował opowiadaniem „Matko moja!” nagrodzonego tytułem Opowiadania Miesiąca w czasopiśmie Chimera. Od tamtego czasu uzyskał na koncie zdecydowanie więcej publikacji, także w antologiach (między innymi pod jego redakcją), a na czerwiec 2017 roku planowane jest wydanie jego debiutanckiej powieści „Teatr lalek” nakładem wydawnictwa Videograf. Najczęściej można spotkać go zaczytanego w powieściach grozy, choć jak sam wspomina, ceni każdy rodzaj literatury, zwracając szczególną uwagę na polskich autorów. Prywatnie jest mistrzem Holandii oraz zajął trzecie miejsce w otwartych mistrzostwach Czech w grach logicznych. Pełna lista publikacji oraz więcej szczegółów dostępne na stronie: www.piotrborlik.pl

Podobne Posty