O popularności Stephena Kinga wie chyba każdy. Można nie lubić jego stylu czy wręcz oskarżać o wodolejstwo, jednak to właśnie jego nazwisko od lat króluje na światowych listach bestsellerów, a jego dzieła znają nawet osoby nieobcujące z grozą. Nic więc dziwnego, że wydawnictwa próbują przypiąć swoim autorom łatkę „polskiego Kinga”. Łukasz Orbitowski na swojej stronie wspomniał, jak przed laty został nazwany jednym z czterech „polskich Kingów”, wśród których znaleźli się też: Stefan Darda, Zygmunt Miłoszewski oraz Jakub Żulczyk. Wszyscy czterej panowie niewątpliwie odnieśli sukces, jednak czy któryś z nich zasłużył na miano „polskiego Kinga”? Nie sądzę.

W pierwszym numerze OkoLicy Strachu Mariusz „Orzeł” Wojteczek wysuwa pytanie: Ilu jest Kingów w polskiej grozie? W swoim tekście skupia się na wspomnianym powyżej Orbitowskim, wystawiając mu swego rodzaju laurkę. Oczywiście Wigilijne psy znać powinien każdy fan grozy, jednak czy opowiadania zawarte w tym zbiorze mają coś wspólnego z dziełami Kinga? Raz jeszcze – nie sądzę.

Od dłuższego czasu zastanawiam się, jakie polskie książki grozy mogłyby zainteresować fanów Kinga. Z jednej strony warto promować ambitne dzieła. Ktoś krzyknie: Gunia! Borowiec! Gajek! Kyrcz! Nie zaprzeczam, są to autorzy rewelacyjni, jednak czy pisząc tak ambitnie, można wybić się poza wąską grupę fanów grozy? Naiwnie wierzę, że tak, o czym świadczy przykład Aleksandry Zielińskiej. Jednak przykład ten wciąż nie będzie miał wiele wspólnego ze Stephenem Kingiem. Szukajmy więc dalej.

Z klucza odrzucam ostrzejsze klimaty, gdyż u Kinga zazwyczaj nie uświadczymy hektolitrów krwi czy szczegółowych opisów scen seksualnych. Któż więc może zasłużyć sobie na miano „polskiego Kinga”? Jeśli musiałbym wskazać palcem, wybrałbym wspomnianego na samym początku Stefana Dardę. Jego książki bowiem nie ociekają krwią, a groza pełni rolę niejako uzupełnienia opowieści. Są też napisane przystępnym językiem, nie ma w nich rozważań natury filozoficznej ani trudnych do zrozumienia metafor. Ot, przyjemna literatura z lekkim dreszczykiem. Mimo wszystko Darda spełnia tylko jedno z trzech kryteriów potrzebnych, by stać się „polskim Stephenem Kingiem” – treść i forma jego powieści i opowiadań bliska jest poetyce Kingowskiej. Jego dzieła jednak – względem książek Kinga – wychodzą zbyt rzadko, a sam autor nie ma zbyt dużego parcia na szkło. Nie chcę zostać źle zrozumiany – nie oczekuję od autorów, by nachalnie się promowali ani by wydawali pięć kiepskich książek rocznie. Mówię tylko o wymaganiach rynku oraz o tym, jak należałoby funkcjonować, by stać się stuprocentowym „polskim Stephenem Kingiem”.

Osobiście sugeruję taką hybrydę:

  1. Styl – Stefan Darda
  2. Produktywność – Remigiusz Mróz
  3. Zdolności marketingowe – Michał Stonawski

Taki oto miks mógłby w pełni zasłużyć na miano „polskiego Kinga”. To co, panowie, gotowi do współpracy?

O Autorze

Piotr Borlik (ur. 1986 r. w Bydgoszczy) – pisarz, redaktor. Podróże po całej Polsce w trakcie wykonywania zawodu trenera i szkoleniowca umożliwiły mu rozwijanie literackich pasji, dzięki czemu debiutował opowiadaniem „Matko moja!” nagrodzonego tytułem Opowiadania Miesiąca w czasopiśmie Chimera. Od tamtego czasu uzyskał na koncie zdecydowanie więcej publikacji, także w antologiach (między innymi pod jego redakcją), a na czerwiec 2017 roku planowane jest wydanie jego debiutanckiej powieści „Teatr lalek” nakładem wydawnictwa Videograf. Najczęściej można spotkać go zaczytanego w powieściach grozy, choć jak sam wspomina, ceni każdy rodzaj literatury, zwracając szczególną uwagę na polskich autorów. Prywatnie jest mistrzem Holandii oraz zajął trzecie miejsce w otwartych mistrzostwach Czech w grach logicznych. Pełna lista publikacji oraz więcej szczegółów dostępne na stronie: www.piotrborlik.pl

Podobne Posty