Trudno mi w to  uwierzyć, lecz awantura wokoło rasizmu Howarda Phillipsa Lovecrafta trwa nadal. Od petycji Daniela José Oldera minęły ponad trzy lata, od rezygnacji z wizerunku HPL na statuetce WFA dwa, tymczasem sprawa wraca jak upiór zza grobu. Całą sytuację środowisko wielbicieli fantastyki i grozy komentowało również u nas. Rzecz jasna, miażdżąca większość owych komentarzy była wobec decyzji WFC krytyczna. „Świństwo wyrządzone pisarzowi”, „szaleństwo”, „głupota” – to najłagodniejsze i najbardziej merytoryczne opinie. Natomiast prawie nikt w Polsce nad istotą sprawy się nie zastanawiał: czy mistrz horroru faktycznie był rasistą, a jeśli tak, to co obecnie z tym począć?

Momentami mnie to wręcz żenowało, gdy czytałem wypowiedzi w stylu: „co prawda mało Lovecrafta czytałem, ale…”. Pisarz z Providence został uznany za symboliczną ofiarę terroru politycznej poprawności, który nie odpuszcza nawet twórcom dawno zmarłym. No, ale to wszystko miało miejsce dwa lata temu, oprócz grupki „uczonych w piśmie” nikt o tym nie pamięta. Cóż, nic dziwnego, w polskim fantomie, czy to fantastyki w ogólności, czy horroru, mieliśmy tyle interesujących awantur, że nie musieliśmy brać ich z importu.

I co ciekawe, awantury te dotyczyły często nagród literackich. Wojny o Grabińskiego nie muszę przypominać, prawda? Ze świeższych spraw przypomnę tylko dyskusję wokół nagród plebiscytowych, która miała miejsce po ostatnich Kościejach. Patrząc na te oraz szereg innych przykładów dochodzę do wniosku, że na gruncie dyskusji dotyczących nagród literackich wyrosły dwa mity, często gęsto powielane także wśród fanów literackiego horroru. Pierwszy mówi, że nagrody coś „promują”, drugi, że „integrują środowisko”.

Jakim cudem nagrody mają coś „promować”? Ich działanie coraz częściej polega na antypromowaniu. Zniechęcaniu, rozdrażnianiu, ewentualnie wystawianiu na pośmiewisko. Nike? Podobno prestiżowa nagroda, ale z każdą jej edycją pojawiają się kolejne wątpliwości. Ostanie dotyczyły wręczenia jej Bronce Nowickiej, autorce – delikatnie „pisząc” – mało znanej. Nagroda im. Janusza Zajdla?  Co roku to samo. Powszechna mobilizacja wśród znajomych poszczególnych autorów, żebranie o głosy na nominacje, potem konsternacja – jakim cudem dopuszczamy grafomanię publikowaną w wydawnictwach typu Vanity Press? A może Hugo Awards? No właśnie…

Jakim cudem nagrody mają coś „integrować”? W ich logikę wpisana jest przecież rywalizacja. Jeśli publika czy jury wskazuje tego jednego, najlepszego, to tym samym decyduje, że cała reszta jest przynajmniej odrobinę gorsza. Ten nieszczęsny duch rywalizacji przybiera najbardziej koszmarną postać przy nagrodach plebiscytowych. Jeszcze nie daj Bóg, jak jest dwóch faworytów. Część środowiska będzie za Malinowskim, który spłodził „Apokaliptyczną inwazję zombie”, a część za Kowalskim, autorem „Zombiastycznej inwazji apokalipsy”.

Co zakrawa na ironię, postulat usunięcia wizerunku i patronatu HPL z nagrody WFC podniesiony został w imię większej integracji. Nagroda ma łączyć, nie dzielić, ma być wyróżnieniem dla uhonorowanego, a nie problemem. Ten argument został w Polsce wyśmiany. Nikt (no dobrze, prawie nikt) nie zadał sobie trudu, aby zastanowić się, czy aby ci „terroryści politycznej poprawności” nie mają racji. Chociażby trochę.

Wyobraźmy więc sobie, że zostaje powołana europejska nagroda dla najlepszego utworu weird fiction. Coś na kształt amerykańskiej The Shirley Jackson Awards. Ot tak, w celu „promowania” tejże literatury oraz „integrowania” środowiska fanów – od Rosji po Portugalię (nie wiem czy w Rosji i Portugali pisze się weird fiction, załóżmy że tak…). Wyznacza się ciało powołujące nagrodę, pisze się regulamin, wybiera jury. Teraz przychodzi czas na wybór patrona.

Historia europejskiego weird fiction jest przebogata, można wybierać i przebierać. Może E. T. A. Hoffman, może Prosper Mérimée, a może Artur Machen. Ktoś z organizatorów przytomnie zauważa, że patron powinien być nie tylko zasłużonym pisarzem, lecz kimś istotnym dla fandomu. Wszak nagroda ma „integrować” środowisko, czyż nie? Wybór pada na Karla Hansa Strobla.

Zacytuję fragment z prowadzonej przez siebie strony: „Karl Hans Strobl znany jest u nas z jednego tylko zbioru, mianowicie «Kościanej ręki» wydanej onegdaj przez tajemnicze wydawnictwo CIVIS-PRESS. Wydaje mi się, że obecnie mało kto, z wyjątkiem najbardziej zatwardziałych fanów o Stroblu pamięta (…)Oprócz znakomitej beletrystyki Strobl miał jeszcze jedną zasługę w rozwój horroru/fantastyki/weirdfiction. Był mianowicie redaktorem pierwszego na świecie czasopisma fantastycznego – Der Orchideengarten. Phantastische Blatter. Cztery lata przed ukazaniem się pierwszego numeru Weird Tales, niesłusznie uważanego za pierwsze czasopismo poświęcone horrorowi weird fiction. W «Ogrodzie orchidei» znalazły się teksty takich twórców jak: Charles Dickens, Aleksander Puszkin, Charles Nodier, Guy de Maupassant, Edgar Allan Poe, Voltaire, Théophile Gautier, Washington Irving, Nathaniel Hawthorne, Herbert George Wells, Victor Hugo, Karel Čapek i Josef Čapek. Imponujące, prawda? Za ilustracje, (…) odpowiadali m. In.: Heinrich Kley i Alfred Kubin”.

Mamy więc nagrodę, mamy jasno postawiony jej cel (promować! integrować!), mamy patrona i statuetkę go przedstawiającą. Mamy też pierwszego laureata, którym – dla dobra eksperymentu myślowego – zostaje Polak. Albo Czech. Albo Ukrainiec. I wtedy zaczyna robić się cholernie nieprzyjemnie. Bowiem ktoś  podnosi kwestię przeszłości Strobla. Pisarz był nazistą, szychą w związku pisarzy niemieckich Reichsschrifttumskammer, bardzo aktywnie i propagandowo wspierał anszlus Austrii. Po za tym był beneficjantem systemu. Jego flirt z nacjonalizmem zaczął się w latach dwudziestych, oprócz przekonania o wyższości narodu niemieckiego nad innymi w grę wchodził jeszcze zajadły antysemityzm.

I teraz, czy ten hipotetyczny Polak albo Ukrainiec miałby postawić sobie na półce statuetkę przedstawiającą faceta, który uważałby go za podczłowieka? No ja bym się czuł z takim wyróżnieniem cholernie niekomfortowo. Tak samo niekomfortowo mogą się czuć czarnoskórzy pisarze ze statuetką przedstawiającą Lovecrafta. Eksperyment myślowy z nagrodą imienia Hansa Karla Strobla pozwolił mi zrozumieć, o co chodziło osobom podnoszącym kwestię rasizmu HPL w kontekście jego patronatu nad nagrodą.

W przypadku naszej nagrody podobne problemy nie występowały. Grabiński ideologicznie czy światopoglądowo nikomu nie przeszkadzał, bo czemu by miał przeszkadzać? W jego pracach nie znajdziemy żadnych skrajnych stanowisk, nie został też wciągnięty w żadną ideologiczną wojenkę. Być może próbą wciągnięcia Grabińskiego w taką wojenkę był fatalny tekst Krzysztofa Vargi, w którym autorowi „Demona ruchu” przypisano np. fascynację satanizmem czy mizoginizm. Całe szczęście tekst przeszedł bez większego echa.

Pomimo to „wojna o Grabińskiego” wybuchła – kontrowersji nie wzbudziła osoba patrona, lecz mechanizm przyznawania nagrody. Awantura ta miała więc kompletnie inną przyczynę niż trwająca do tej pory „wojna o Lovecrafta”. Jednak można zauważyć pewną analogię między jednym a drugim sporem – i tu, i tu obie strony konfliktu okopały się na swoich pozycjach, nie przyjmując argumentów przeciwnika.

Do czasu.

Rok temu nad polem bitwy zapadła cisza. Popiół, rozsypujące się szańce i mogiły padłych w boju. Oraz oświadczenie na profilu nagrody, że zostaje ona zawieszona – jak się okazało tylko na rok. Wszystkim ten czas był potrzebny – lecz najbardziej organizatorom, którzy przyjęli krytykę i wyciągnęli z niej wnioski. Efekt był szokujący. Nie dość, że po ogłoszeniu wyników nie wybuchła żadna awantura, to jeszcze znalazły się osoby spoza horrorowego bagienka (SIC!), które stwierdziły, że TAKA nagroda ma sens.

Pisarze to osobniki o ego wielkim jak zeppelin i równie pustym. Wiem, bo sam piszę. Jesteśmy łasi na każdą pochwałę, nawet nieszczerą, wszelkie zaszczyty, nawet wątpliwe, i każde wyróżnienie, nawet o wartości orderu z ziemniaka. Więc nam nagrody są potrzebne, zawsze to dodatkowe połechtanie i dowartościowanie. Ale czy literaturze jako takiej? Albo środowisku fanów?

Dobrze, rozumiem – nie mam co marudzić i dezawuować pracy organizatorów.  Wiem, ci ludzie wykonali wspaniałą robotę. Przyniosła ona rezultaty, wszak Grabiński w tym roku cieszył, a nie skłócał. To naprawdę ogromny, niebywały sukces.