Zacząć muszę, niestety, od odwołania się do recenzji własnego zbioru opowiadań,  której autorem jest Paweł Mateja. Nie czynię tego, aby pochwalić się (bowiem opinia jest ambiwalentna, krytyczna nawet), ani też żeby popularyzować swoją twórczość prozatorską (recenzja dotyczy książki wydanej dwa lata temu, więc na promowanie jej jest już za późno). Asumptem do tego felietonu jest uwaga, wtrącona przez Pawła niejako mimochodem, która dotyczy kwestii fascynującej (mam nadzieję, że nie tylko mnie). Otóż recenzent napisał: „Polityka, cała masa polityki wchodzącej z butami w codzienność. I choć wydaje się, że niemal każdy twórca horroru stara się te elementy zawrzeć w swojej prozie, to mało który robi to w sposób naprawdę zaangażowany i autentyczny”. Czytając powyższe słowa, przypomniała mi się wypowiedź innego polskiego pisarza grozy, z tekstu opublikowanego na blogu Labirynt z Liści: „uważam, że problemem polskiego horroru jest przede wszystkim to, że zbyt często nie usiłuje być niczym więcej niż horrorem – religią formy, pomnikiem konwencji, której użycie, gdy akcesoria stają się celem, a nie środkiem, wpada w łańcuchy gatunkowej tautologii. Zbyt rzadko horror wchodzi w polemikę z rzeczywistością”. Przy czym należy brać pod uwagę, iż Wojtek Gunia, całkiem słusznie zresztą, dowodzi że „polemika z rzeczywistością” jest zawsze podejmowana z pozycji, które określamy jako ideologiczne.

Więc jak to jest? Czy twórcy horroru, w tym polskiego horroru współczesnego, rzeczywiście nasycając swoje teksty treściami światopoglądowymi, ideologicznymi czy wręcz politycznymi nie czynią tego z autentycznym zaangażowaniem? A może faktycznie unikają drażliwych kwestii, skupiając się jedynie na napisaniu standardowej opowieści z dreszczykiem? W swoich tekstach redaktor Carpe Noctem i autor „Powrotu” pominęli kilka problemów, które łączą się z odpowiedziami na powyżej postawione pytania. I nie jest to zarzut, wszak mamy do czynienia z recenzją i polemiką, więc nie to było celem tychże tekstów.

Chciałbym, abyśmy sobie coś wyjaśnili. W dalszej części felietonu powoływać się będę na teksty Dagmary Adwentowskiej, Wojciecha Guni, Carli Mori, Michała Stonawskiego, Przemysława Karbowskiego oraz antologię „Krew Zapomnianych Bogów”. Zdaję sobie sprawę z tego, że proza prozie nierówna. Nie jest moim celem jakiekolwiek ocenianie czy wartościowanie tych utworów. Jedni piszą lepiej, inni gorzej – rozstrzyganie tej kwestii zostawiam czytelnikom oraz recenzentom. Nie chcę też na siłę wpychać autorów w tą czy inną narrację ideologiczną. Nie piszę tu o tym, jak MAJĄ być odczytywane poszczególne teksty, jak POWINNY być, tylko o tym jak być MOGĄ.

Pierwszą sprawą, do której w pewien sposób odniósł się Wojtek Gunia jest funkcja horroru. Według autora „estetyka grozy, (…) [ma] pokaźną nośność intelektualną – zarówno ze względu na to, do jak fundamentalnych doświadczeń się odwołuje, wokół jakich dychotomii się obraca, jak i ze względu na potencjał, jaki daje, gdy staje się metaforą”. Horror ma prowokować. Co więcej, aby nie utkwić w getcie, czy wąskiej niszy autorzy nie mogą „zamykać się na żadne doktryny i ideologie, które mogą się w kulturze grozy uobecnić”.

Zostawmy na razie kwestie „prowokowania” i „zamykania się na doktryny” przez polskich pisarzy grozy, a skupmy się na faktycznych i potencjalnych odbiorcach ich twórczości. Przecież autorzy dla kogoś piszą, prawda? Każda powieść, każda antologia, każdy numer danego czasopisma przygotowywany jest z myślą o czytelniku. To on decyduje o perspektywie, przez jaką literatura jest odbierana.

Przyglądając się dyskusjom na forach internetowych, czytając opinie na lubimyczytać.pl i komentarze pod recenzjami na popularnych blogach, odnoszę wrażenie, że „statystyczny, zwykły czytelnik” nie chce widzieć w literaturze grozy nic ponad zwykłą rozrywkę. I nie jest to problem wyłącznie mojego ukochanego gatunku, lecz całej kultury popularnej. Dziwi mnie, że w czasach postmodernizmu, który zatarł granice między tzw. kulturą „wysoką” a „niską” większość widzów i czytelników tkwi dalej w potocznych przekonaniach dotyczących funkcji poszczególnych konwencji. Kryminał ma „zaciekawiać”, thriller „trzymać w napięciu”, a horror „straszyć”.

A co, jeśli okazuje się, że książka operująca klimatem niesamowitości, zawierająca wyraźnie nadprzyrodzone motywy, oferuje czytelnikowi coś więcej, niż standardowy zestaw rekwizytów wprost zapożyczonych z klasyki gatunku? To nie jest horrorem. Aby nie być gołosłownym posłużę się cytatem z recenzji książki wspomnianego już Guni. Recenzent najpierw wymienia „horrorowe klisze” zidentyfikowane w fabule powieści, by w końcu stwierdzić, iż owe klisze „Nie są kliszami, bo nie z horrorem mamy do czynienia”. Innymi słowy, nie ma literatury grozy bez schematów, a jakkolwiek głębsza treść wyklucza utwór z kategorii „literacki horror”.

W „Nie ma wędrowca” nie sposób nie dostrzec wątków światopoglądowych (niekoniecznie już politycznych) jako że powieść jest nimi dosłownie wypełniona. Łączą się one z odwołaniami do historii najnowszej, wydarzeniami, które ciągle wykorzystywane są jako amunicja w ideologicznych bojach. Dlatego też czytelnicy z niesmakiem pisali o tym, że autor „nie zadał sobie trudu”  aby pomysł nawiązań do bolesnych doświadczeń historycznych „z tekstu wywabić”. Bo jakże to tak, horror miałby mówić o czymś ważnym?

Czasami mamy do czynienia z sytuacją odwrotną, czasami autor, który nie miał najmniejszego zamiaru poruszać kontrowersyjnych tematów, zostaje przez zacietrzewienie włączony do tej lub innej popularnej narracji ideologicznej. Coś takiego przytrafiło się Dagmarze Adwentowskiej. Jej tekst, opublikowany w formie słuchowiska w „Tchnieniu Grozy” został potraktowany takim oto komentarzem: „znów «nienawistny polaczek» zabił bidulkow niwinnych Żydow- jaki ten swiat prosty jak polskie obozy smierci gdzie Polacy zabijali Nazistow i Żydow” (pisownia oryginalna).

Ktoś, kto tekstu Dagmary nie zna, mógłby pomyśleć, że oto mamy do czynienia z literacką wersją filmowej „Idy” lub „Pokłosia”. Bynajmniej. „Po moje złoto, po twoją krew” to opowieść o chciwości i przekleństwie, w której bogata, dopracowana warstwa historyczna odwołuje się do okresu międzywojennego, a nie drugiej wojny światowej. Narodowość ofiary owej chciwości nie jest nawet w opowiadaniu określona. Wystarczyło jedynie, że autorka  użyła „z żydowska brzmiącego” nazwiska dla jednej z postaci (sic!), aby pojawił się jakiś nawiedzony z sugestią „antypolskiej propagandy”.

Takie sytuacje zdarzać się będą coraz częściej. Literatura grozy, jako konwencja z gruntu „drapieżna” sięga po tematy kontrowersyjne. Fabularnym tłem dla naszych upiornych historii są tragiczne zdarzenia z historii, przemoc w rodzinie, aborcja, religia, nienormatywne zachowania seksualne, wszelkiego rodzaju psychopatologie. Co to wszystko ma wspólnego z światopoglądem, ideologią czy nawet polityką?

Kwestami już nawet nie światopoglądowymi a wręcz politycznymi staje się coraz więcej tematów. Aby to zilustrować, odwołam się do przykładu z mojej ukochanej klasyki. Bram Stoker opublikował „Drakulę” prawie sto dwadzieścia lat temu. W tej książce ważnymi postaciami są kobiety, Lucy i Mina. Można by powiedzieć, że stanowiły one wzór dam, jaki obowiązywał w późnowiktoriańskim społeczeństwie. Są oddane swoim wybrańcom, posłuszne mężczyznom i nowoczesne w akceptowalny wówczas sposób. Mina szkoli się jako stenopistka, dziewczyny czytają modne wówczas kobiece pisma. I co istotne, obie wydają się absolutnie pozbawione popędu seksualnego. Do czasu, co zapewne przyczyniło się do popularności książki. Gdy Lucy przemienia się w wampira, już nie jest słodka ani niewinna, bowiem jej czystość zamienia się „w zmysłowe wyuzdanie”. Staje się wulgarnym, ale i nie pozbawionym upiornego seksapilu upiorem. Krzyczy do swojego narzeczonego „moje ramiona tęsknią za tobą”, a ten z początku ulega jej urokowi.

Doszukiwanie się kwestii dotyczących normatywnych i nienormatywnych zachowań seksualnych w „Drakuli” nie jest żadną współczesną nadinterpretacją. Stoker wiedział co pisze, znał oczekiwania i tęskniących za delikatną perwersją czytelników, i potępiającego ową perwersję społeczeństwa. Lucy kończy więc tak, jak nakazywał to sztywny kodeks oficjalnej molarności wiktoriańskiej – z odciętą głową i piersią przebitą drewnianym kołkiem*.

Jednak nikt przy zdrowych zmysłach, pod koniec XIX wieku, nie pomyślałby, że „takie” rzeczy mogłyby być przedmiotem politycznego dyskursu. Sprawy korony i sprawy alkowy były wtedy ściśle rozdzielone, inaczej niż obecnie. Kwestie wolności seksualnej kobiety, jej samostanowienia w relacji z mężczyzną, kodeksu obyczajowego społeczeństwa stały się problemami poruszanymi przez ruch feministyczny, feminizm został włączony w nurt lewicowy. Z kolei  hasła antyfeministyczne wypisane są na sztandarach ugrupowań prawicowych, szczególnie konserwatystów.

Obecnie politycy mówią nie tylko o dyplomacji czy prawie podatkowym, chętnie też mówią o tym, co obywatel ma oglądać w kinie, jaką żywność jeść, jakim pojazdem się poruszać i co wypada mu robić w łóżku. Więc każdy utwór fabularny mówiący o sprawach kultury, pożywienia, ekologii lub seksu może być włączony w tą lub inną narrację ideologiczną. Czy tego autor chce, czy nie. Problemem jest to, że politycy poruszając wszelkie możliwe kwestie, mówią o nich w sposób maksymalnie uproszczony, w dodatku posługując się retoryką konfrontacji. Literatura – już niekoniecznie. Pisarz o pewnych rzeczach pisze, polityk będzie w tym widział „propagowanie” albo „zwalczanie” postaw, wartości, idei.

Napisałem powyżej, że literatura nie musi operować językiem konfrontacji, występować „przeciw czemuś”, coś „zwalczać”, być wobec czegoś „w opozycji”. Nie musi, lecz może. Horror, dzięki swojej obrazoburczej i drastycznej estetyce wydaje się łatwym narzędziem do piętnowania pewnych zjawisk. Groza wyolbrzymia, stawia ludzi, postawy i instytucje  uznane przez autora za warte napiętnowania w groteskowym świetle. Tak dzieje się na przykład w debiucie literackim Carli Mori. W „Krwi, pocie i łzach” mamy ważny wątek nadprzyrodzony, którego inicjatorami są częstochowscy zakonnicy. Kościół przedstawiony jest w tej powieści jako instytucja skrajnie zakłamana, odpowiedzialna w dodatku za morderstwa dokonane za pomocą czarnej magii. Bez żadnej przesady można odczytywać tą książkę jako „antyklerykalną”. Z kolei w opowiadaniu „WDŻ” Michała Stonawskiego mamy w treści utworu wplecione hasła i idee kojarzone z „ideologią gender” (cokolwiek to znaczy), przedstawione w postaci skrajnie absurdalnej. Antyklerykalizm jest kojarzony z lewicą, sprzeciw wobec „ideologii gender” z prawicą, czy więc  można Mori nazwać „autorką lewicową”, a Stonawskiego „prawicowym”?

Niby niekoniecznie. Niby występowanie „przeciw czemuś” (kościołowi, feministkom) nie oznacza automatycznie popierania „czegoś tam” (lewicy, prawicy). Pamiętajmy jednak, że w potoczonym myśleniu o polityce i ideologii panuje okropna maniera automatycznego przypisywania całego zestawu poglądów, tylko na podstawie posiadania jakiegoś konkretnego, jednego. Jesteś przeciwko zaostrzaniu przepisów antyaborcyjnych? To znaczy, że jesteś feministką głosującą na partię Razem. Mierzi cię unijna biurokracja i absurdy wspólnotowego prawa? Toś korwinista zapiekły. Uważasz, że decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego była słuszna? W takim razie czujesz sympatie wobec SLD i resentyment wobec PRL. Nie zdziwiłbym się, gdyby autorowi horroru o wymowie mniej lub bardziej antyklerykalnej, antyfeministycznej, antypogańskiej przypisano stosowną etykietkę. Odpowiednio: lewaka, prawaka, katotaliba. I wszystkie te etykietki są per se nacechowane emocjonalnie.

Oczywiście, nie zawsze musi się tak zdarzyć. Ćwierć wieku temu, gdy kształtował się współczesny polski system polityczny i medialny, neopogaństwo w Polsce praktycznie nie istniało. Obecnie stanowi może marginalny, lecz widoczny element publicznej debaty. Do neopogaństwa odwołuje się skrajna prawica, z kolei prawica konserwatywna z pogaństwem w przestrzeni publicznej walczy. Ja sam mogę wskazać trzy teksty z antologii „Krew zapomnianych Bogów”, które można by interpretować jako propagowanie słowiańskiej religii. Więc „pogaństwa” albo „rodzimowierstwa”, zależnie od przyjętego światopoglądu. Jak na razie, z takim odczytaniem antologii się nie spotkałem, lecz co się odwlecze….

Właśnie ćwierć wieku temu w Polsce zaczęli zdobywać popularność pisarze, którzy całkiem świadomie włączali elementy retoryki już nie światopoglądowej, lecz wprost politycznej do swojej twórczości. Nie ma sensu się nad tym rozpisywać, nazwiska Rafała Ziemkiewicza, Jarosława Grzędowicza czy Andrzeja Pilipiuka wszyscy znają, a sam temat „prawoskrętności” polskiej fantastyki został doskonale opisany w świetnym eseju Jacka Dukaja.

Dla nas istotne jest, iż polska literatura grozy w dalszym ciągu postrzegana jest jako część większej całości, mianowicie polskiej fantastyki. Autorzy horrorów czytają i czasem piszą fantasy lub SF, zdarza im się publikować w „Nowej Fantastyce”, „Qfancie” i „Bramie”. Postulaty rozdzielania fandomu horroru od fandomu ogólno fantastycznego są wyśmiewane, a zresztą… Jakby owo rozdzielanie miało wyglądać? Problem polega na tym, że horror niekiedy zupełnie pozbawiony jest wątków nadprzyrodzonych, czy fanatycznych. Także ten, który może być odczytywany z pozycji określonej ideologii.

Mniej więcej rok temu Przemysław Karbowski opublikował opowiadanie „Naprawiacz lalek” (Histeria VII). Jego bohaterem jest chłopczyk, jak się okazuje żydowskiego pochodzenia. Dziecko prowadzi pamiętnik, z którego dowiadujemy się o czynach jego dziadka, funkcjonariusza aparatu bezpieczeństwa. Niesamowitość w opowiadaniu bierze się z kontrastu, jaki wytwarza potworność czynów dorosłego i infantylna perspektywa dziecka. Opowiadanie jest upiorne, choć upiorów w nim brak. Tekst zawiera wyraźną sugestię, iż zło ludzie mogą sobie przekazywać „jak zarazki”, a także delikatne nawiązania wobec współczesności. Mamy więc motyw zła przekazywanego z pokolenia na pokolenie, pisanie wprost o zbrodniach okresu stalinowskiego, oraz wtręt do manipulowania emocjami. Dziecko chwali się, że napisało książkę o „Murzynach, których bito jeszcze bardziej, i byli jeszcze bardziej nieszczęśliwi, i chciałem, żeby ludziom było ich strasznie żal, jak przeczytają”. Co odczytuję jako zawoalowaną aluzję wobec pewnej współczesnej, bardzo znanej gazety. Opowiadanie ma więc wymowę antykomunistyczną, wpisuje się też w narrację prawicy, która w „medialnym salonie” widzi kontynuatorów stalinizmu. Pomimo to „Naprawiacz lalek” z twórczością Pilipiuka oraz Ziemkiewicza ma mało wspólnego, chociaż utwory tych pisarzy też są antykomunistyczne i „antysalonowe”. Opowiadanie Karbowskiego nie jest fantastyką.

Pewien jestem, że gatunkowa autonomiczność horroru wobec SF i fantasy to sprawa dla nas wszystkich oczywista. Jednak siłą rzeczy, autorzy horroru, którzy mniej lub bardziej świadomie wplatają elementy „światopoglądowo wyraźne” do swoich historii, są do fantastów porównywani. Tak zdarzyło się mnie – Paweł w swojej recenzji porównuje moje zaangażowanie światopoglądowe do polskiej fantastyki „z okolic pierwszej dekady nowego tysiąclecia. Ziemkiewicza, Wrońskiego, Grzędowicza – możecie wymieniać dalej ze świadomością, że nie mówimy tu o przekonaniach politycznych autorów”. Nie, nie mam o to pretensji do recenzenta. Mateja nie mając punktu odniesienia w moim gatunku, sięgnął po ten punkt najbliżej – do polskiej fantastyki jako takiej. A w niej pełno twórców o jednoznacznym światopoglądzie. Prawicowym. ­

Niestety.

Mam nadzieję, że w polskiej literaturze grozy pojawi się więcej utworów wyraźnie wpisujących się w narracje stojące w opozycji wobec twórczości prawicowej. Tak, chcę horrorów społecznie zaangażowanych, feministycznych, antykapitalistycznych, antynacjonalistycznych, „genderowych”, mówiących o wyzysku i niesprawiedliwości. Tematów jest wiele: od kwestii praw reprodukcyjnych, aż po dekonstrukcję mitów historycznych. O każdym z nich da się napisać przejmującą, pełną niesamowitości oraz grozy opowieść. Właśnie takie rzeczy pragnąłbym czytać: świetnie napisane historie, nie pozbawione treści głębszych i inteligentnych prowokacji.

I nie chodzi mi o to, aby każdemu upiorowi przydzielić określoną przynależność partyjną, a wampirom stosowne sympatie polityczne. Należy jedna pamiętać, że od sporów światopoglądowych nie uciekniemy. Chyba, że polski horror ma być literaturą czytaną jedynie przez autorów i garstkę znajomych. Sto dwadzieścia lat temu Stoker nic nie wspominał o sympatiach politycznych Drakuli. Dziś można już na ten temat spekulować. Hrabia był bardzo niechętny wobec chrześcijaństwa. Jego podejście do spraw obyczajowych można określić jako bardzo liberalne (miał aż trzy Narzeczone). Na kogo więc głosowałby Drakula?

*Zdaje sobie sprawę, że i tutaj popełniane są absurdalne nadużycia. Doszukiwanie się np. fallicznej symboliki w osikowym kołku to faktycznie już nadinterpretacja.