Polskie środowisko fanów literackiej grozy często jawi mi się jako osobliwe połączenie sekty Charlesa Mansona z Latającym Cyrkiem Monthy’ego Pythona. Jest albo strasznie, albo absurdalnie, albo tak absurdalnie, że strasznie. Kłócimy się i dzielimy na zwalczające frakcje. Toczymy boje z powodów często idiotycznych przy użyciu argumentów skrajnie durnych. Nasze działania cechuje nadmiar dobrych chęci, przy deficycie umiejętności. Mamy skłonność do sekciarstwa i uznawania, że moja racja jest nie tylko najmojsza, ale jedyna, ostateczna oraz niepodważalna.

Powoduje to, że co jakiś czas środowisko opuszczają aktywni fani (lub twórcy), ogłaszając to wszem i wobec we wszystkich środowiskowych mediach. Których, nota bene, namnożyła się ostatnio spora ilość. Poszczególni członkowie owego środowiska sami przyznają, że horrorowy fandom przypomina bagno, a zaraz potem swoimi działaniami tę przykrą konstatację potwierdzają. Czy zatem nie jest pewnym paradoksem, że Kfason, naczelna i sztandarowa impreza tego bagienka, jest najlepszym wydarzeniem kulturalnym w tym wszechświecie i kilku równoległych?

Nie. To nie jest żaden paradoks, a raczej oczywista konsekwencja tych samych cech środowiska grozy, które powodują że jest ono kłótliwe i ma skłonności do sekciarstwa. Ta lepsza, piękniejsza strona medalu. Fani grozy spierają się oraz uparcie forsują swój jedyny słuszny punkt widzenia, bo im zależy. Bo wkładają w horror serce, poświęcają czas i energię życiową, nierzadko ponoszą ryzyko finansowe. Czasami przynosi to rezultaty cudowne, takie jak krakowski festiwal. Cały jego ciężar spoczywa de facto na barkach jednej osoby. To co piszę nie jest kolejną laurką dla Magdy Paluch, ale stwierdzeniem oczywistego faktu: szefowa festiwalu odwala katorżniczą robotę.

Po pierwsze, obecnie nie ma w Polsce dobrego czasu dla imprez literackich. Kolejne festiwale i targi skarżą się na szereg problemów, z których naczelnym jest – rzecz jasna – brak środków. Cthulhu dziękować, Kfasonowi jakoś udaje się przetrwać ten czas smuty. Po drugie, zorganizowanie takiego wydarzenia oznacza dla Magdy konieczność współpracy z aktywnymi fanami i twórcami, a więc zbiorem specyficznych indywiduów. Jednostek, jak już wspomniałem, kłótliwych i mających skłonność do postawy sekciarskiej. Po trzecie wreszcie ciąży nad Kfasonem odium, które wisi nad całą kulturą grozy – jest po prostu grozą. A więc tą sferą, która uważana jest często za głupią, niepoważną i niskich lotów.

Minęła właśnie siódma edycja festiwalu, dla mnie czwarta. Cierpię więc na pewną pokfasonową melancholię. Jest mi po prostu cholernie przykro, że ten czas minął, a do następnego Kfasonu muszę czekać aż jedenaście miesięcy. Owszem, będę tęsknił za budynkiem i prelekcjami, ale nie to jest istotą spotkania w trzeci tydzień października. Duszą Kfasonu są ludzie – ci sami, na których kłótliwość i sekciarstwo będę się irytował przez resztę roku.

Swój czwarty festiwal zacząłem od przywitania ze starymi znajomymi. Jako pierwszego spotkałem Tomka Siwca, umundurowanego w uroczą koszulkę z okładką „Ślimaków” Shauna Hutsona. Trzech rzeczy można być na świecie pewnym – nieuchronności śmierci, grawitacji oraz nieustannej miłości Morduma do pulpowego horroru. Następnie natknąłem się na Krzysztofa Bilińskiego targającego pudła z książkami. Papier jest ciężki, jestem pewien, że akurat w tamtym momencie Korsarz byłby gotów przyznać wyższość e – booków nad książkami tradycyjnymi. Aga Pilecka przyszła do Arteteki, targając pod pachą deskorolkę. Jak zapewniła, nie przyjechała na tym ustrojstwie z Gdańska. Z Rafałem Głuchowskim przywitałem się na pierwszym piętrze, obok polowego sztabu Kfasonu gdzie urzędowała Magda. Galfryd taszczył ze sobą „Paperbacks from Hell”, o które musiałem stoczyć krótką i bezkrwawą walkę z Mordumem. Książka Grady’ego Hendrixa jest prześliczna. O wartości merytorycznej wypowiadać się nie mogę, ale jeśli dorównuje jej estetyce, to bardzo wartościowa pozycja. Specyficznym rytuałem jest palenie papierosów (lub ich elektronicznych substytutów) przed Arteteką. Tam poznałem Mateusza Skoczylasa oraz Bartka Fitasa i jego dziewczynę, Olkę. Stałym towarzyszem nikotynowych uczt był weteran Kfasonowy, Paweł Mateja z którym oplotkowaliśmy wszystkich nieobecnych.

Od Flory Woźnicy usłyszałem kilka istotnych uwag o mojej prelekcji. Mogłem z podziwem pochwalić fenomenalnie wystąpienie Mikołaja Kołyszki. Kuba Bielawski pogratulował mi „Wszystkich Białych Dam”, a ja Kubie „Słupnika”. Z Jackiem Radzymińskim pogadałem chwilę o tym, jak to się stało, że słowiański upiór stał się zachodnim wampirem. Od Czarka Czyżewskiego na obiedzie usłyszałem przerażającą historię o jego traumatycznych doświadczeniach z krewetkami. Z Agą Kwiatkowską wymieniłem ledwo kilka zdań, podobnie jak z Krzyśkiem Maciejewskim. Kogoś nie wspomniałem? Na pewno. Więc z góry przepraszam, ale to był intensywny dzień, a ten tekst ma być krótkim felietonem. Kfason się zmienia. Na drugą edycję przyjechała nas ledwo garstka, a w tym roku gości było już zdecydowanie więcej. Efekt był taki, że z Michałem Stonawskim przywitałem się pod sam koniec imprezy.

 

Ludzie… oni są cudowni. Ale, co chyba jest oczywiste, krakowski festiwal to nie tylko ludzie, ale też świetne prelekcje. Już od początku pojawił się klasyczny kfasonowy dylemat: Na co pójść? Na Micińskiego czy nawiedzenia? Miał rozstrzygnąć rzut kostką, ale córki mi ją zgubiły, więc zdecydowały względy praktyczne. Poszedłem na nawiedzenia, bowiem wykład o Micińskim i tak obejrzę sobie na YouTube.

Nie byłem na całej prelekcji Jacka Radzymińskiego o staropolskich sposobach radzenia sobie z nawiedzeniami. Prelekcja tak naprawdę miała szerszą tematykę, dotyczyła kontaktów ze światem nadprzyrodzonym w folklorze i obyczajowości dawnej Polski. Mogliśmy się z niej dowiedzieć na przykład, że „gdyby w siedemnastym wieku istniał znak «teraz Polska» powinien nim zostać opatrzony upiór. To nasz polski czołowy produkt eksportowy na Zachód!”. Poza tym proboszczowie nie chcieli grzebać „podejrzanych nieboszczyków” na swoich cmentarzach, bowiem taki zmarły mógłby wstać, stać się „pacjentem zero” epidemii upiorów, a takie zdarzenie na pewno nie pomogłoby w karierze duchownego… Wystąpienie bardzo bogate merytorycznie, przyozdobione zdrową i właściwą dawką czarnego humoru. Jakby ktoś nie wiedział, informuję: Jacek prowadzi fanpage Mówi Wieko, KONIECZNIE lajkować!

 

Zaraz po Jacku wystąpienie miałem ja. Naprawdę, przekonany byłem, że moja prelekcja nie zajmie więcej jak 40–50 minut. Czas przekroczyłem, a i tak nie powiedziałem wszystkiego, co zaplanowałem. Nic to, na jej podstawie napiszę esej, który – jak nielitościwy Cthulhu pozwoli – gdzieś opublikuję. Na razie mogę udostępnić tylko prezentację (Ona, potwór).

 

Wojtek Gunia mówił o grozie u Brunona Schulza, zestawiając go z prozą Lovecrafta, twórczością De Sade i przedstawiając wpływ jego twórczości na Ligottiego. Prelekcję nie tylko z przyjemnością wysłuchałem, ale i obejrzałem. Wojtek opatrzył ją bardzo estetyczną prezentacją. Zabawne były środowiskowe aluzje, bowiem prelegent nawiązał nie tylko do klasyków wierd, ale i do Guya N. Smitha. Tak na marginesie: Wojtek był bardzo aktywny w kuluarach, dzięki czemu każdy mógł się naocznie przekonać, że jest on zabawnym, pogodnym, sympatycznym i w gruncie rzeczy optymistycznym człowiekiem.

 

Maciej Wójcik zestawił klasyków grozy ze współczesną im rzeczywistością. Prelekcja okazała się bardzo klarownie przeprowadzona i logiczna, ale jednak dość pobieżna. Maciej – zupełnie zresztą świadomie – jedynie zarysował problemy. Miało to ten plus, że po jej zakończeniu nawiązała się bardzo intrygująca rozmowa. Mikołaj Kołyszko zrobił benedyktyńską pracę, przygotowując się do prelekcji o źródłach z których Lovecraft zaczerpnął inspiracje do tworzenia postaci Wielkiego Przedwiecznego. Przeanalizował – nie przesadzam – dziesiątki źródeł religijnych, etnograficznych i literackich udowadniając, że o Lovecrafcie można ciągle ciekawie opowiadać.

 

Rafał Głuchowski mówił o Złotej Erze Horroru. Temat samograj, przy czym Rafał dał popis poczucia humoru i znajomości ukochanego tematu. Nie można było tej prelekcji przeprowadzić lepiej. Słuchając tego prowadzonego z pasją wykładu, podjąłem decyzję, aby ostatecznie odpuścić w swojej krucjacie przeciw kultowi boskiego Guya. Jego czciciele uzbrojeni są bowiem w broń, której nijak nie mogę się przeciwstawić: dystans i autoironię.

 

O rozmowie spekulowano w kuluarach. Obędzie się bez ofiar w ludziach czy nie? Rozpęta się awantura? Będą zabici i ranni, czy tylko obrażeni i urażeni? W trakcie tego punktu programu prowadzący powiedzieli trzy zdania (Magda Paluch) albo pięć (Krzysiek Grudnik), z czego większość stanowiło „ale proszę mówić pojedynczo”. Pomysł rozmowy, która zaangażowałaby publiczność wypalił znakomicie. A cóż owa publiczność mówiła? To już temat na dłuższy tekst. Ja w każdym razie, kilkukrotnie mocno się zirytowałem.

 

Kfason to przede wszystkim ludzie. Z pasją, z sercem do grozy, z wiedzą na jej temat, często z poczuciem misji, aby ją popularyzować. Krakowski festiwal to nie „festiwal”, ani nie „konwent”, ani nie „spotkanie”. To mistyczne święto. I cóż z tego, że ci ludzie tworzą „horrorowe bagienko”? To dobrze, na bagnach czasem wyrasta piękny ogród.