Miałem kiedyś zaszczyt prowadzić pogadankę – o literaturze i autorach grozy. Pogadanka zaczęła się od prostego (jak mi się wtedy wydawało) pytania: „jakich znacie autorów grozy?” Odpowiedziała mi cisza. Kiedy zaczynałem tracić nadzieję, jedna osoba podniosła rękę. „King” – bąknęła nieśmiało. „Masterton” – dodała następna. „A polscy autorzy?” – zapytałem. Tu już cisza była nieprzerwana. Anegdotkę tą opowiadam nie pierwszy raz, bo świetnie ilustruje ona problem polskiej literatury gatunkowej – w szczególności niestety literatury grozy. 

Głupio byłoby opierać swoje rozważania na jednej tylko sytuacji, ale tych było więcej – co najmniej 80% osób, którym mówię jaką dziedziną literatury się zajmuję, stwierdza, że „oni to horrorów nie czytają”. Nie mają pojęcia nawet o tym, że coś takiego jak polski horror istnieje. Co ciekawe, kiedy wspomnę o tym, że pod słowo „groza” nie koniecznie musi podpadać sam horror, ale nie rzadko thriller, już więcej osób kiwa głowami. Słowo „horror” samo w sobie kojarzone jest z kiczem, szkieletami, wilkołakami, wampirami. Tunelami grozy w wesołych miasteczkach i produkcjami klasy B, które – owszem – obejrzeć można, ale ekscytować się nimi? Toż to trzeba mieć już nierówno pod sufitem!

Słowo „horror” to też proste skojarzenie do „film” albo „King”. Ten ciąg skojarzeniowy w żadnym wypadku nie prowadzi do polskiej literatury grozy i polskiego autora. I cóż poradzić, jeżeli nawet w polskich mediach starannie omija się temat horroru? Jeśli mówi się o Łukaszu Orbitowskim (przypomnijmy, nominacja do tegorocznej NIKE i „Paszport Polityki” a przy tym liczne sukcesy na literackim koncie), zwykle nie mówi się, że wyrósł z horroru i do niedawna pisał dzielnie literaturę grozy. Mówi się za to, że w tej „wczesnej” twórczości miał „etap” związany z fantastyką. I jest to oczywiście prawdą – tyle, że „fantastyka” to dosyć szerokie pojęcie. Sam Orbitowski mówi, że motywy fantastyczne go opuściły i po prostu pisze teraz inaczej. Za to obrażać (jak to niektórzy robią) się na niego nie można i ten wybór trzeba uszanować, zwłaszcza, że pisze coraz lepsze książki. Niepokoi mnie za to odbiór z jakim horror się spotyka. Jeśli nawet rodzime media wolą unikać tego tematu, albo zwyczajnie (co uznaję za bardziej prawdopodobne) po prostu wykazują się ignorancją, woląc po prostu powiedzieć „fantastyka” zamiast zagłębiać się w gatunkowe rozważania, to gdzie ta literatura ma zdobywać rozgłos?

Przyczyna problemu

Napisał kiedyś do mnie czytelnik z pytaniem, czy wiem, gdzie znaleźć antologię „Dziedzictwo Manitou” – książkę, jaką wypuściło wydawnictwo „Replika”. Polscy autorzy w hołdzie Grahamowi Mastertonowi –  bardzo ładna inicjatywa. W tej chwili znalezienie tej pozycji może graniczyć z cudem, wtedy jednak było tuż po premierze. W jednej z większych prywatnych księgarń spotkałem się ze zdziwieniem, że polscy autorzy w ogóle piszą horror. W Empiku książka była, ale tylko w sprzedaży internetowej, a i to „chyba”. W końcu znalazłem ją w jednym z Matrasów. W dziale z kryminałem.

Wsłuchując się w podobne historie znajomych i nieznajomych, pojawiające się w zasadzie nieprzerwanie, dochodzę do następujących wniosków:

  • polska groza nie istnieje w świadomości społecznej, a jedynie w obiegu pewnej małej grupki zapaleńców, tak zwanego „środowiska grozy” (które dobrze, że powstało),
  • polska literatura grozy jest ignorowana w mediach i wśród działaczy i krytyków całego środowiska literackiego w kraju,
  • autorzy, którzy chcą się wybić, są zmuszani do zaprzestania pisania grozy. Problem nie dotyczy tylko Łukasza Orbitowskiego (któremu akurat osobiście wierzę, że mógł przestać mieć pomysły na horror jako taki – ponad to zrobił swoim pisaniem dla gatunku masę dobrego). To, że autorzy będą chcieli się wybić jest oczywiste – każdy chce osiągnąć sukces, a idealizm i altruizm gatunkowy nie zapewnią chleba,
  • polski czytelnik nie ma pojęcia, że polska literatura grozy istnieje, ponieważ nie jest szeroko promowana, a nie jest promowana, ponieważ nie ma zbytu, gdyż polski czytelnik nie ma o niej pojęcia.

Myśląc nad Nagrodą Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego, wydawało mi się, że jednym z jej celów (jeśli nie najważniejszym) jest promocja polskiej literatury grozy. Pomysł opierał się na dosyć logicznym wywodzie: literatura z aktywnym środowiskiem i własną nagrodą literacką, to literatura, którą mogą zainteresować się media i wydawcy. Jeśli mogą się nią zainteresować media i wydawcy, może być zacząć szerzej znana czytelnikowi. Jeśli będzie znana – stanie się też popularna. Jeśli będzie popularna, skorzystamy na tym wszyscy.

Mijają trzy lata od debiutu Nagrody. Media się zainteresowały, wydawców jakby więcej, autorów też. Nie mam pojęcia, w jaki sposób (i czy w ogóle) Nagroda coś pomogła, albo w przyszłości pomoże, ale doskonalę widzę, że to za mało. Czemu tak jest?

Jednoznacznej odpowiedzi nie ma i nie będzie, ale wydaję mi się, że muszę wziąć pod uwagę wiele czynników: problemy polskiego rynku literackiego są tu nadrzędne. Czytelnictwo, jak wiemy, nie ma się zbyt dobrze. Czytelnictwo literatury gatunkowej będzie się więc miało jeszcze gorzej. Wśród tej literatury najmniejszym powodzeniem cieszy się horror – dobitnie pokazuje to badanie „Fantastyczni 2012„, jakie przeprowadził Gdański Klub Fantastyki. Na upadek czytelnictwa nic nie poradzimy – to się dzieje i dziać będzie, póki w szkołach dzieci będą maltretowane kanonem lektur i sławnym „kluczem odpowiedzi”, czy też rynek będzie ciągle nastawiony na import książek zza granicy, bo się lepiej sprzedają. Powodów zresztą jest więcej i to temat na inny felieton. To, na co możemy poradzić to poletko naszej literackiej grozy. A tu dominuje kult „chowu wsobnego”.

Problem polskiej grozy jest tożsamy zresztą z problemem polskiego czytelnictwa, które próbuje zachęcić do czytania tych, którzy już czytają. Polska groza skupia się na promowaniu grozy… wśród czytelników grozy. A ich nie trzeba przekonywać. Z tej grupy czytelnicy mogą co najwyżej odejść, chociaż i tak sentyment pozostanie – wiedza też. Mamy pisma dla maniaków grozy, konwenty dla maniaków grozy, a także (posypuję głowę popiołem) i Nagrodę dla maniaków grozy. I wszystkie te inicjatywy są dobre i potrzebne – ale to za mało. Walka, którą musimy podjąć, toczy się o co innego – o nowych czytelników. Zasada jest stara i znana wszystkim inicjatywom, ideologiom, ruchom i cywilizacjom. Kto nie podbija i nie rozprzestrzenia się, ten ginie.

Podstawowe pytanie, jakie nasuwa się samo, to „czy w ogóle czytelnicy będą chcieli się zainteresować”?

Pozwólcie, że zerknę na największe medium socjalne świata, Facebooka: strona „Horrormaniacy” ma ponad 200 000 polubień. Inna, mniejsza społeczność „Horrory, które musisz obejrzeć„, to z kolei ponad 65 000 polubień. Te społeczności są aktywne. Teraz, dla porównania, literatura: „Okiem na horror„, wielki blog naszego środowiska – trochę ponad 11 000 polubień. Mniejsza strona, ale dalej ambitna i z dobrym hasłem „Czytam horrory nie jestem chory” – 457 „lajków”. Odbiorcy grozy w naszym kraju istnieją. Myślę, że są ich setki tysięcy. Tylko oni zwyczajnie, nigdy nie słyszeli, że jest coś takiego, jak „polska literatura grozy”. To nie są nasi czytelnicy. To fascynaci grozy.

Rozwiązanie problemu

Kiedyś Andrzej Pilipiuk miał wysłać do polskich twórców fantastyki list, by ci skupili się na pisaniu dla dzieci – z nich, jak dowodził, wyrosną wspaniali czytelnicy poważniejszych w odbiorze książek. Idealnym przykładem jest tu oczywiście „Harry Potter”, na którym wychowało się moje pokolenie i z którego wyrośli dobrzy czytelnicy. W Polsce Pilipiuk został potraktowany z przymrużeniem oka, tymczasem jest obecnie jednym z najlepiej sprzedających się pisarzy. Sprawę tę zrozumiał też Rafał Kosik, z powodzeniem teraz wydający kolejne części serii „Felix Net i Nika”, której jedna z książek została nawet zekranizowana. Jakiś czas temu spodziewanym sukcesem chwalił się Romek Pawlak, którego „Miłek z czarnego lasu” ma zostać bajką telewizyjną. I zdobywać ciągle to nowych i nowych czytelników – zanim zniechęcą się do książek, zanim rzeczywistość przysłonią im bryki i niechęć do lektur.

Inną opcją jest sukces światowy – w tym wypadku wydawanie za granicą i promocja na tyle duża, by usłyszano o niej w Polsce. Podejście rodaków jest przecież znane – „O, skoro doceniają to za granicą, to może jednak sięgnę, w końcu to duma narodowa”. Tak ostatecznie całkowicie zdeklasował konkurencje „Wiedźmin” 0 którym szerzej usłyszano przecież przed premierą pierwszego polskiego filmu (a który już wtedy miał oddaną rzeszę fanów fantastyki). Tak w tej chwili wybija się Katarzyna Bonda. A nawet, jeżeli w Polsce, śladem losów Grabińskiego, polski horror znany nie będzie, to i tak za granicami naszego kraju znajduje się rynek wręcz gigantyczny. Przykład tych, którzy odnieśli sukcesy mówi, że jednak można i na polską popkulturę świat wręcz czeka. Zwłaszcza, że tej anglojęzycznej wyraźnie ostatnio brakuje pomysłów i werwy. A tej w polskiej grozie aż nadto.

Albo jeszcze inaczej – akcja uświadamiająca tych polskich fanów grozy, którzy polskiej grozy nie znają. A nawet praca u podstaw, polecanie o autorach, książkach, zwracanie uwagi na różnorodność i siłę polskiej literatury grozy. Cały czas – walka o czytelnika.

Polska literatura grozy jest tego warta.

 

O Autorze

Michał Stonawski (ur. 1991 r. w Krakowie) - Redaktor naczelny lubiegroze.pl. Autor beletrystyki, publicysta, krytyk literacki. Debiutował w 2010 roku opowiadaniem "Wyrok" w antologii "Horyzonty Wyobraźni 2010". Od tego czasu opublikował ponad trzydzieści opowiadań tak elektronicznie, jak i na papierze (ostatnio: "Cisza" w "Nowej Fantastyce"). Aktywny członek fandomu fantastyki, organizator i koordynator eventów literackich, w latach 2014-2016 współorganizator Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Na 2017 rok planowana jest premiera książki "Mapa Cieni: Kraków", której jest pomysłodawcą, redaktorem i współautorem. Ostatnio próbuje swoich sił jako Game Developer - wiceprezes Alrauna Studio. Kontakt: mstonawski@gmail.com

Podobne Posty