Piszę ten tekst niejako w odpowiedzi, do felietonu Sebastiana Sokołowskiego na blogu „Okiem na Horror” zatytułowanego „Klątwa Nagrody Grabińskiego”. Oczywistym dla mnie jest, że do tekstu zatytułowanego w ten sposób muszę się odnieść. Z dwóch powodów – bo tytułując w ten sposób tekst, Sebastian popełnia zasadniczy błąd, oraz z drugiego – jako jeden z założycieli tej Nagrody. 

Tekst Sebastiana powstał głównie z uwagi na wyniki plebiscytowe „Złotego Kościeja” serwisu Kostnica, które potwierdziły to, o czym wszyscy wiedzieli już dawno – w plebiscytach liczy się przede wszystkim ilość oddanych głosów, co udowadnia tylko popularność (nie zaś wartościowość) danego tytułu. Skąd tu zatem (będący przecież w zawieszeniu) Grabiński? 

Sebastian Sokołowski tłumaczy się z takiego, a nie innego tytułu:

Zanim przejdę do nagrody Kostnicy, chciałem wytłumaczyć tytuł felietonu „Klątwa Nagrody Grabińskiego”. 
Wbrew pozorom obie nagrody maja ze sobą wiele wspólnego. W moim odczuciu, obie niszczyły lub niszczą jakościowo dobre teksty, gloryfikując często (chociaż nie zawsze) te słabe, napisane przez „kolegów autorów”. Wyjaśnię, że współpracowałem przez okres roku przy nagrodzie Grabińskiego i pewne rzeczy, wręcz patologiczne zachowania znam z autopsji. Sama Nagroda Grabińskiego wywoływała wiele kontrowersji z różnych powodów. Nie będę wszystkich przytaczał, bo nie o niej ma być to felieton.  Największym błędem organizatorów Graba było zaproszenie do współpracy ludzi, którzy niekoniecznie mieli coś wspólnego z literackim horrorem. Powodowało to, że oddane przez nich głosy nie były rzetelne, nie oddawały jakości przeczytanych tekstów (nagroda była przyznawana przez czytelników i druga przez Kapitułę) co powodowało kuriozalne wyniki, które ślepo były podawane do publicznej wiadomości, co wywoływało uzasadniony hejt nagrody. 
 
Spostrzeżenia Sebastiana są trafne – przynajmniej w stosunku do Kapituły (i tego, jak ona działała). Jako osoba, w swoim czasie odpowiedzialna za organizację Nagrody, wielokrotnie starałem się zmienić dobór osób do Kapituły, a przede wszystkim zmniejszenie ich ilości, aby pozbyć się zarzutów kolesiostwa. Niestety, poniosłem tutaj klęskę. Co ciekawe – w kontekście doboru tytułu naczelny „Okiem na Horror” przeczy tutaj sam sobie. Jednocześnie przyznaje, że zarówno „Złoty Kościej” jak i NSG mają wiele wspólnego, jak i podaje przykład Kapituły, co – w moim odczuciu – zmienia obraz rzeczy. Już wyjaśniam: 
 
„Złoty Kościej” był i jest nagrodą w pełni plebiscytową – tak samo, jak nagroda Zajdla. Grabiński starał się być nagrodą spajającą ze sobą zarówno plebiscyt (głosowanie czytelników) jak i głosowanie jakością (głosowanie Kapituły) był więc nagrodą PÓŁplebiscytową. Co ładnie wyglądało na papierze, trzeba było szlifować w rzeczywistości – i tego szlifowanie wymagały ustalenia Kapituły, które w tej chwili – mam taką nadzieję – są szlifowane przez osoby obecnie zajmujące się Nagrodą. Niemniej – czyniło to z NSG zupełnie inny twór w swym założeniu. Aby trzymać się prawdy, Sebastian Sokołowski musiałby nazwać swój tekst „Klątwa połowy Nagrody Grabińskiego” – co brzmi idiotycznie, albo „Klątwa nagród plebiscytowych” – co już uderza dokładnie w sedno sprawy. 
 
Dodatkowo, wiedząc, że Nagroda jest teraz w trakcie zmian czynionych przez zupełnie nowe i, jak myślę, znające się na fachu organizowania nagród osoby, tytułowanie felietonu właśnie w taki sposób jest w mojej opinii krzywdzące dla samej marki. Szczególnie w oczach osób nowych, które nie mają prawa wiedzieć, jak dokładnie sprawy się mają. I dla uściślenia dodam – nie zarzucam tutaj Sebastianowi złej woli, co najwyżej niedokładność i niesprawiedliwość. 
 
Dlaczego zatem – zapyta ktoś – nie zrezygnować całkowicie z plebiscytów? 
 
Myślenie to jest uzasadnione logiką, której oprzeć się nie sposób. Skoro plebiscyt nie oznacza miarodajnych wyników, to po co go kultywować? Problem w tym, że plebiscyt oznacza miarodajne wyniki – tyle, że nie takie, o których myśli większość osób. Ale zanim przejdę do sedna – zastanówmy się jeszcze nad jedną rzeczą: Czy same (nie plebiscytowe) nagrody oznaczają wyniki w jakichś sposób miarodajne – ukazujące, które dzieło rzeczywiście jest najlepsze?
 
Czy jest na świecie nagroda, co do której w stu procentach można powiedzieć – „tak, jej laureat jest rzeczywiście najlepszy”? Oskary? Hugo? WFA? NIKE? Każda z tych nagród jest i była poddawana wątpliwościom – i słusznie, bo żadna nie jest w stanie całkowicie obiektywnie wyłonić zwycięzcy. Czy to kapituła, czy też czytelnicy, czy jakikolwiek inny system wyboru – opiera się on na gustach. Uśrednionych, ale jednak gustach. Większość ludzi jest po prostu… ludźmi i będzie głosować jak im serce każe – czyli na to, co lubią i cenią – czyli tak, jak w założeniach powinni. Tyle, że ludzie się przywiązują. Często głosują na twórcę, miast na dzieło – bo go lubią. Robią to nawet sami o tym nie wiedząc – bo jeśli uwielbiasz danego twórce, on zaś popełni parę błędów, to i tak będzie „lepszy”, niż ktoś, kogo zupełnie nie znasz, a stworzył dzieło obiektywnie lepsze – tylko dlatego, że dany wybierający będzie się patrzył łaskawszym okiem na tego pierwszego. I tego się obejść nie da – to ludzka natura. 
 
Nagrody starają się uśrednić ludzką naturę. Sprawić, by wynik był jak najbliżej ideału. Nie da się jednak zapewnić wyników, które usatysfakcjonowałyby wszystkich – znów, poprzez gusta. To, co dla ciebie jest dziełem natchnionym, dla kogoś innego będzie kupą łajna. I odwrotnie. 
 
Tu znów dochodzimy do pytania, czy plebiscyty warto organizować. Plebiscyt to głos większej grupy osób – odbiorców. W teorii wygląda bardzo ładnie: duża grupa powinna dać miarodajne wyniki. I, jak już wspomniałem, daje – tyle, że te wyniki mówią o tym, które dzieło jest najbardziej popularne. Nie zaś o tym, które jest najlepsze. Myślę, że obrażanie się o to, to jak obrażanie się na to, że słońce zachodzi – tak to po prostu działa. 
 
Czy warto zrezygnować z plebiscytu? I tu dochodzimy do innej ważnej rzeczy: wagi samej nagrody. Najprościej to zilustrować, podając przykład dwóch nagród z fandomu fantastyki – nagrody im. Jerzego Żułwskiego i nagrody im. Janusza A. Zajdla. Ta pierwsza jest nagrodą wybieraną przez jury. Ta druga jest plebiscytem. Ta pierwsza postrzegana jest jako bardziej miarodajna. Ta druga ma swoje kontrowersje i hejt. Ta pierwsza ma na facebooku 487 fanów i znikomy wydźwięk w mediach. Ta druga ma fanów 1399 i jest wielkim wydarzeniem, z roku na rok coraz lepiej promującym polską fantastykę. 
 
Rozumiecie, do czego zmierzam? Nagrody plebiscytowe mają dużo większy wydźwięk. I co za tym idzie – dużo więcej hejtu – głównie od osób, które chcą, „aby słońce nie zachodziło”. Z kolei ich piętą achillesową jest o wiele mniejsza miarodajność pod względem wyników… czy też – nazwijmy to po imieniu – niemiarodajność pod względem wartości danego tworu – czego w zadowalającym stopniu osiągnąć się nie da. Oferują za to inną cenną rzecz: rozgłos. Udział fanów. Ruch w środowisku. To wszystko zaś przekłada się na wspomniany wyżej wydźwięk. 
 
Czy zatem bronię nagród plebiscytowych? Nie. Bardzo bym chciał, aby taka sama waga szła za nagrodami mającymi większe szanse ukazywać wartość danych dzieł – jak choćby Żuławski. Tyle, że tak nigdy się nie stanie. I tu wkraczała Nagroda im. Stefana Grabińskiego, poprzez swoją dwoistość mająca przepchnąć jakość przez wydźwięk. To, co niestety nie zagrało, to ustalenia co do Kapituły i głupi (ale mający też i swoje racje) zapis mówiący o tym, że dopiero po trzech latach można coś zmienić. Nagroda jest jednak tylko zawieszona i mam nadzieję, że osoby zajmujące się nią teraz wyciągną trafne wnioski i zrobią parę rzeczy, które i ja usiłowałem przepchnąć. 
 
Myślę jednak, że póki teksty traktujące o nagrodach i plebiscytach – tematach o wiele większych i ważniejszych od NSG –  będzie się tytułować jako „klątwa” Nagrody Grabińskiego, marka ta będzie miała wielki problem, by wystartować od nowa. 

O Autorze

Michał Stonawski (ur. 1991 r. w Krakowie) - Redaktor naczelny lubiegroze.pl. Autor beletrystyki, publicysta, krytyk literacki. Debiutował w 2010 roku opowiadaniem "Wyrok" w antologii "Horyzonty Wyobraźni 2010". Od tego czasu opublikował ponad trzydzieści opowiadań tak elektronicznie, jak i na papierze (ostatnio: "Cisza" w "Nowej Fantastyce"). Aktywny członek fandomu fantastyki, organizator i koordynator eventów literackich, w latach 2014-2016 współorganizator Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Na 2017 rok planowana jest premiera książki "Mapa Cieni: Kraków", której jest pomysłodawcą, redaktorem i współautorem. Ostatnio próbuje swoich sił jako Game Developer - wiceprezes Alrauna Studio. Kontakt: mstonawski@gmail.com

Podobne Posty

  • Magikarp

    Hola, hola! Autorze! A czym jest „głosowanie kapituły”, jak nie kolejnym plebiscytem? Dlaczego zakładasz, że to ta wszechwiedząca kapituła kieruje się wyłącznie jakością (Sebastian już udowodnił przytoczonymi przykładami, że to gówno prawda, bo czasem nawet dana książka czy opowiadanie nie było czytane), a zwykli czytelnicy wyłącznie popularnością? Masz ich aż za takich idiotów? Oni przynajmniej w większości te teksty czytają. Naprawdę! Sam jestem jednym z nich i nigdy nie głosowałem w jakimkolwiek plebiscycie kierując się popularnością danego autora, a wyłącznie jakością (subiektywną) dzieła.

    I skoro już o jakości mówimy…

    Poproszę konkrety (skoro byłeś tak blisko poprzednich edycji nagrody, to powinieneś mi z łatwością je przytoczyć) – jakie konkretnie kryteria decydowały o jakości danej powieści wybranej przez kapitułę. Nazwij mi je, punkt po punkcie, uzasadnienie mile widziane. Czekam.

    • Michał Stonawski

      „A czym jest „głosowanie kapituły”, jak nie kolejnym plebiscytem? Dlaczego zakładasz, że to ta wszechwiedząca kapituła kieruje się wyłącznie jakością”

      Nie zakładam. Przeczytaj, proszę raz jeszcze fragment o zwykłych nagrodach zaczynający się od słów: „Czy jest na świecie nagroda, co do której w stu procentach można powiedzieć – „tak, jej laureat jest rzeczywiście najlepszy”?”

      Kryteria Kapitularne są takie, że głosują ludzie, którzy z założenia znają się na literaturze. I dalej jest to taki „plebiscyt”, masz rację – ale sam o tym wspomniałem wyżej, w tekście. Bliżej jakości byłaby na pewno Kapituła podobna do jury nagrody Żuławskiego – są to bowiem znawcy literatury. Ale i tu nie masz nigdy pewności, jak głosują. Co więcej – nie można zakładać, że wyniki spodobają się każdemu.