„Kiedy parę miesięcy temu przyznałem się, że boję się ideologii lewicowych – silnych przecież, wywołujących iskrzenie (a czasem pożary), podgrzewających atmosferę i tworzących wciąż nowych aktywistów, wielu moich znajomych, oraz znajomych znajomych mnie wyśmiało. Powiedziałem, że boję się tych ideologii wszechrówności i wszechtolerancji, bo są zwyczajnie niebezpieczne – i boję się dnia, kiedy ideologia będzie znacząco wpływać na kulturę.”

Powyższymi słowami zacząłem jeden z moich kwietniowych felietonów. Brzydko to cytować siebie, wiem, tym razem jednak muszę się dopuścić tej niecnej sztuczki, bowiem historia – jak to ma w zwyczaju – powtórzyła się. Tym razem jednak nie chodzi o nagrodę Hugo, a kolejne prestiżowe wyróżnienie – World Fantasy Award, którą od czterdziestu lat prezentowało popiersie Howarda Philipsa Lovecrafta. 

Kim był Lovecraft? Chociaż (zupełnie nie wiem czemu) nie uczą tego w szkołach, każdy średnio zorientowany fan literatury orientuje się w tym temacie. Nawet jeśli nie, któż nie słyszał o mitologii Cthulhu? Rzecz zakorzeniła się w popkulturze tak bardzo, że nikogo nie dziwi wręczanie popiersia tego właśnie pisarza jako wyróżnienia w dziedzinie literatury fantastycznej. A przynajmniej do czasu – w 2011 roku pewna nigeryjska pisarka stwierdziła, że targały nią sprzeczne uczucia, kiedy usłyszała, że „statuetka z popiersiem tego rasisty jest jednym z największych zaszczytów literackich, jakie otrzymała”. Temat w 2014 roku podjął pisarz  Daniel José Older, który powiedział: „Nie istnieje powód, aby w 2014 roku człowiek, który entuzjastycznie nawoływał do ludobójstwa, miał być twarzą najwyższego zaszczytu w dziedzinie fantastyki”. Older nie poprzestał na tym – zorganizował ideologiczną krucjatę przeciwko statuetce. Dalej rzecz potoczyła się zgodnie z regułą lawiny śnieżnej. Parę dni temu ogłoszono, że rok 2015 jest ostatnim, w którym przyznaje się popiersie Lovecrafta – tego rasisty. Czterdzieści lat wspaniałej fantastycznej tradycji i poszanowania dla jednego z lepszych pisarzy w historii zostało zniszczone przez radykalne poglądy liberalne. 

Powiedzmy sobie jasno – ideologia i kultura zawsze były mocno splecione. Każdy pisarz wlewa część siebie do tego, co pisze. Czasami się tym bawi, czasem nie – ale jego postacie mają jakieś poglądy, z którymi czytelnik może – lub nie – się utożsamiać. Książki zatem pełne są ideologii – tak prawicowych, lewicowych, jak i nacjonalistycznych, czy nawet nazistowskich. Tak było i powinno zostać – literatura, ba, kultura bez ideologii to tylko pusta wydmuszka i grafomaństwo. Dobrze się dzieje, jeśli to autor przelewa ideologię w swoje dzieło. Źle natomiast, jeśli ideologia, za pośrednictwem jakiejś grupy osób siłą nakazuje kulturze robić to, czy tamto. Autorom pisać w jakiś określony sposób, reżyserom kręcić filmy pod pewien klucz i tak dalej. To działo się za czasów nazistowskich i komunistycznych. To też dzieje się i dzisiaj – w każdym filmie, czy serialu musi pojawić się czarnoskóra postać. Najlepiej, jeśli pojawią się też wątki homoseksualne. Poważnie podchodzi się do pomysłu czarnego Jamesa Bonda, w najnowszych „Pogromcach duchów” pogromcami okazują się być kobiety, w „Gwiezdnych Wojnach” Bobę Fetta ma ponoć zagrać czarnoskóry Michael B. Jordan. Wszystko oczywiście dla równości i tolerancji. 

W tym miejscu zwykle powinno się ukazać zdanie „ja do homoseksualistów i Afroamerykanów nic nie mam, ale…” – ale takie ciągle tłumaczenie się uznaję za dostateczny dowód na rządy tzw. „poprawności politycznej” – dla każdego powinno być wiadome, że tak naprawdę ludzi, którzy chcieliby zabijać murzynów i ścinać głowy gejom jest nieprawdopodobnie mało. Reszta po prostu ma swoje opinie, które – w myśl tej samej równości – powinni mieć prawo wygłaszać. Umówmy się więc – to, że ktoś uważa, że czarnoskóry aktor nie nadaje się do jakiejś roli nie jest rasizmem. To opinia, bo być może ten aktor na ten przykład – nie umie grać. Albo, tak jak to się ma w przypadku Jamesa Bonda – postać ta zwyczajnie nie jest napisana jako czarny bohater i wkładanie go do takiej roli jest przejawem zwykłego lenistwa i braku kreatywności. 

Wracając do głównego tematu: Popkultura, książki, filmy i gry zawsze opierała się dla mnie na kreacji światów. Aby wykreować fakt, mówi o tym każdy poradnik pisania i każdy z mistrzów pióra, musimy być wiarygodni. Jeśli więc w danym dziele popkultury wstawienie na ten przykład homoseksualizmu jest wiarygodne – to sprawa jest jak najbardziej do przyjęcia, wręcz nie ma o czym dyskutować. Jeśli natomiast w jakiś serial, czy książkę wstawimy parę gejowską tylko dlatego, że inaczej jej nie wydadzą, a jeśli wstawimy to wydadzą i jeszcze dodatkowo zapłacą i wypromują – to tu zaczyna się kłopot. I to też nazywam rządami politycznej poprawności. 

To samo tyczy się traktowaniu dawnych mistrzów pióra w kategoriach związanych z czasami obecnymi. Oczywiście, praktyki te są znane już od dawna – że znów przypomnę komunizm i wielu poetów i pisarzy, którzy nagle okazywali się „rewolucjonistami”, mimo, że za życia wcale takimi nie byli. W sprawie Lovecrafta mechanizm został trochę odwrócony – oto zmarły już dawno pisarz i jego przekonania zaczynają być sądzone wedle dzisiejszych praw. Absurd. 

Lovecraft był rasistą. Ale, pardon, przecież także i jego czasy były rasistowskie. A wyróżniony popiersiem został nie za swoje przekonania, lecz za sztukę. Ale pójdźmy dalej, bo wystarczy trochę poszukać, by dowiedzieć się, że Dostojewski był nacjonalistą, Szymborska komunistką, Bukowski w ogóle niepoprawny, Poego pociągały młode dziewczyny, a Dick był po prostu ćpunem. Każde z wymienionych tu nazwisk to krok milowy w literaturze, klasyka. Czy teraz, w myśl poprawności, mamy palić ich książki i pozbawiać zaszczytów? Jestem pewien, że gdzieś tam, w odmętach historii, znajdzie się jeszcze więcej gwiazd kultury, które obecnie byłyby mocno niepoprawne politycznie. Pomysł, by każdy pisarz z przeszłości musiał przechodzić na dzisiejsze rozumienie poprawności może skończyć się tylko w jeden sposób – cenzurą i jedynym właściwym i poprawnym myśleniem.

A tego inaczej nie da się nazwać, niż myśleniem totalitarnym. 

O Autorze

Michał Stonawski (ur. 1991 r. w Krakowie) - Redaktor naczelny lubiegroze.pl. Autor beletrystyki, publicysta, krytyk literacki. Debiutował w 2010 roku opowiadaniem "Wyrok" w antologii "Horyzonty Wyobraźni 2010". Od tego czasu opublikował ponad trzydzieści opowiadań tak elektronicznie, jak i na papierze (ostatnio: "Cisza" w "Nowej Fantastyce"). Aktywny członek fandomu fantastyki, organizator i koordynator eventów literackich, w latach 2014-2016 współorganizator Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Na 2017 rok planowana jest premiera książki "Mapa Cieni: Kraków", której jest pomysłodawcą, redaktorem i współautorem. Ostatnio próbuje swoich sił jako Game Developer - wiceprezes Alrauna Studio. Kontakt: mstonawski@gmail.com

Podobne Posty