Kiedy parę miesięcy temu przyznałem się, że boję się ideologii lewicowych – silnych przecież, wywołujących iskrzenie (a czasem pożary), podgrzewających atmosferę i tworzących wciąż nowych aktywistów, wielu moich znajomych, oraz znajomych znajomych mnie wyśmiało. Powiedziałem, że boję się tych ideologii wszechrówności i wszechtolerancji, bo są zwyczajnie niebezpieczne – i boję się dnia, kiedy ideologia będzie znacząco wpływać na kulturę.

Ale – zapytacie – jak to? Przecież kultura, szczególnie kultura słowa to w pewnym sensie odbicie ideologii danych czasów. Literatura odbija nasz świat w zwierciadłach. Zawsze tak było i tak długo, jak literatura istnieje – będzie. Kłopot zaczyna się, kiedy ideologia zaczyna dyktować literaturze warunki. Tak było w Imperium Rosyjskim, kiedy starzejący się Lew Tołstoj nie panował już nad przedstawicielami tołstoistów, skutkiem czego to oni decydowali o tym, jakie idee stoją za książkami Mistrza. Tak było, kiedy w Rosji rządy objęli dyktatorzy i tak było w Niemczech – wszędzie tam ideologie dyktowały literaturze o czym ma mówić i w jaki sposób. Nie da się, rzecz jasna, porównać dzisiejszej ideologii lewicowej do komunizmu, czy nazizmu. Nie ta skala – przede wszystkim. Jednak mechanizmy, które kierują ludźmi są już podobne.

Ze wstydem przyznam, że nie śledziłem w ostatnich miesiącach (a nawet dłużej) poczynań fandomów zagranicznych, skupiłem się na tworzeniu i propagowaniu Nagrody i wszystkich tych spraw, które są z Nagrodą związane. Dlatego ominęły mnie informacje o tym, co dzieje się z nagrodą Hugo. Czasem dobiegały mnie dalekie echa, ale zawsze było „coś” innego do zrobienia. Teraz nadrabiam stracony czas i jestem coraz bardziej przerażony. Okazuje się, że od jakiegoś czasu nagroda Hugo (przypomnijmy, ta, dzięki której wypłynęły takie nazwiska jak A.C. Clark, Asimov, Le Guin…) przyznawana jest nie ze względu na wartość tekstów, a na to, czy ktoś jest gejem, lesbijką, czarnoskórym (przepraszam, Afroamerykaninem), żydem itp. Powstały ugrupowania fanów pilnujące, by wśród nominowanych znaleźli się przedstawiciele „dyskryminowanych” grup społecznych i by ci przedstawiciele wygrywali – bez względu na to, czy ich teksty są wartościowe, czy nie. Nie minęło wiele czasu, nim pozostali pisarze mający to nieszczęście bycia białymi, lub heteroseksualnymi zaczęli wręcz błagać swoich fanów o głosy, co szybko zyskało etykietkę „blowjobs for Hugo”. Oczywiście, nie znaczy to, że nagrodę wygrywały tylko niemerytoryczne teksty, lub też dzieła osób z „pokrzywdzonych” grup społecznych – te jednak były w większości.

W ostatnim czasie działa wytoczyła więc druga strona konfliktu – tak powstał ruch Sad Puppies, nawołujący do głosowania… a jakże, ideologicznego. Z tym, że na twórców z pozostałej reszty społeczeństwa. Innymi słowy, walczący z ideologią twórcy i fani sami stali się złem z którym walczyli, a nagroda Hugo przestała mieć już jakiekolwiek znaczenie – poza marką, która też traci na wartości.

Jako dzieciak czytałem opowiadania w antologiach „Don Wollheim proponuje” – dopisek, że dany tekst dostał nominację, bądź też wygrał Hugo sprawiał, że podchodziłem do tekstu prawie z nabożną czcią. Z reguły dostawałem kawał naprawdę niezłej literatury. Chciałbym, by ludzie czytający odpowiedniki takich antologii dzisiaj, mogli dostać do samo – wygląda jednak na to, że ideologia, głównie dzięki internetowi, stara się robić dokładnie to, czego tak się bałem – dokonywać gwałtu na kulturze słowa. Smutne jest to, że nie za bardzo wiadomo, co z tym faktem począć.

Nagrody plebiscytowe (jak Hugo) mają problem. To bezpośrednio z ich specyfiki wynika dzisiejsza nieprzyjemna sytuacja. Fandomy się rozrosły, Internet sprawił, że dziś każdy może być zainteresowanym, każdy może głosować i naturalną koleją rzeczy jest, że dane środowiska będą głosować na „swoich” faworytów. Liczy się więc, kto ma więcej fanów – czy ideologia, czy pisarz. Wynik znany jest z góry. Z drugiej strony nie należy, wręcz nie można odbierać fanom głosu. Z tym problemem boryka się Hugo i – na mniejszą skalę – Zajdel. Nie tak dawno przecież pojawiła się grupa fanów, którzy „dla śmiechu” chcieli zagłosować na „Kryształy czasu”… i wolno im. Powiem więcej, będę (z bólem serca) bronił ich prawa do tego, by mogli zagłosować. Bo na tym polega demokratyczny plebiscyt.

Sytuacja wydaje się beznadziejna, ale być może jest z niej wyjście – albo przynajmniej wentyl bezpieczeństwa. Nieskromnie pochwalę się, że taki wentyl zastosowała właśnie Nagroda im. Grabińskiego. Głosowanie odbywa się powiem na dwóch płaszczyznach – w Kapitule i wśród Czytelników.  Co musieliby zrobić aktywiści, by przejąć zarówno pierwszą, jak i drugą grupę – nie wiem. I jeśli nadejdzie kiedyś taki dzień,  będzie to oznaczało, że osiągnęła ona (ideologia, znaczy) rozmiar komunizmu, czy nazizmu właśnie.

Czego ani Wam, ani sobie nie życzę.

O Autorze

Michał Stonawski (ur. 1991 r. w Krakowie) - Redaktor naczelny lubiegroze.pl. Autor beletrystyki, publicysta, krytyk literacki. Debiutował w 2010 roku opowiadaniem "Wyrok" w antologii "Horyzonty Wyobraźni 2010". Od tego czasu opublikował ponad trzydzieści opowiadań tak elektronicznie, jak i na papierze (ostatnio: "Cisza" w "Nowej Fantastyce"). Aktywny członek fandomu fantastyki, organizator i koordynator eventów literackich, w latach 2014-2016 współorganizator Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Na 2017 rok planowana jest premiera książki "Mapa Cieni: Kraków", której jest pomysłodawcą, redaktorem i współautorem. Ostatnio próbuje swoich sił jako Game Developer - wiceprezes Alrauna Studio. Kontakt: mstonawski@gmail.com

Podobne Posty