Biblioteka Narodowa opublikowała najnowszy raport o stanie czytelnictwa w Polsce. Jak zareagował świat czytelniczy? Jedni załamują ręce, inni czują się elitą, jeszcze inni cieszą się – bo przecież nie jest gorzej niż rok temu. Przecież rok temu statystyka była podobna – sześćdziesiąt procent Polaków nie przeczytało ani jednej książki. Jest więc stabilnie. Dziesięć procent osób w Polsce czyta więcej niż siedem książek rocznie. Ciekawi mnie ile jest w tym polskiego horroru?

Zacznę od tego, że fantastyka ma „branie” głównie wśród młodzieży. Wśród młodocianych czytelników zainteresowaniem cieszą się powieści gatunkowe typu thriller/horror. W raporcie przeczytać można także o tym, co kształtuje czytelnicze wydarzenie i sprawia, że czytelnicy sięgają po książki. Są to filmy i gry komputerowe. Dla każdego, kto jest obeznany z rynkiem, te informacje nie będą zaskoczeniem. Ale skoro tak – skoro to wiemy – to dlaczego ciągle nie jest zbyt dobrze? Odpowiedź nasuwa się sama. Polski przemysł filmowy rzadko ekranizuje książki. A jeśli już, są to pozycje „sprawdzone”, pisarzy, którzy mają już swoje fandomy, jak Rafał Kosik, czy Jerzy Pilch. Jest zbyt mało pieniędzy, aby biznes filmowy kwitł jak w Hollywood, które ciągle szuka nowych pomysłów. Jeśli już coś się robi – musi być to sprawdzone. Pewne. Coś, co powinno się zwrócić. To biznes. Jak wszystko.

Czy polski autor grozy ma szansę na ekranizację? Wątpię. Ratunkiem – dla pisarzy w ogóle – są gry, czyli kiełkujący, młody rynek. Ale tutaj nie ma takiego wzięcia, jak w przypadku kina. Trudno jest przełożyć książkę na język gry, bo tak naprawdę to zupełnie różne systemy narracji. 

Wróćmy do horroru. Jest… źle. Z moich ust, człowieka, który wierzy w renesans grozy, to dosyć dziwne stwierdzenie. Bo istotnie – renesans grozy trwa. Wystarczy popatrzeć na ilość przybywających corocznie autorów. Ilość wydawców. Ilość inicjatyw – jaki gatunek ma tyle pism, co polska groza? Rozwój gatunku trwa i jest coraz szybszy. Tyle, że mamy problem: większość tych inicjatyw jest fanowska, niezyskowna. I skierowana do fanów polskiej literatury grozy.

Niby wszystko w porządku: polska groza dla fanów grozy. Logiczne. Wszystko gra. Ale wszystko to kotłuje się ciągle w jednej zupie. Rozumiecie – pęd, chociaż jest, nie sprawia, że dochodzi do ekspansji. Polska groza jest ciągle gatunkiem wsobnym – nie ekspansywnym. 

No i spójrzmy na liczby: tylko dziesięć procent Polaków można nazwać wdzięcznymi czytelnikami. Ile procent z nich jest czytelnikami polskiej grozy? Mamy problem – polski rynek jest mały. Malutki. A polska groza jest w nim tylko niszą. Jeśli czegoś nie zrobimy, cały ten impet, energia, pójdzie na marne. I owszem – przyciągamy ludzi z fandomu szeroko pojętej fantastyki. Są tu świetni ludzie, jak Kazek Kyrcz, którzy jeżdżą na konwenty i promują siebie oraz gatunek. To wszystko sprawia, że co roku przybywa trochę fanów. Ale to wciąż za mało.

Ten stan, jaki trwa dziś, jeszcze parę lat temu byłby nie do pomyślenia dla „grozaików”. Wszystko dzięki takim inicjatywom jak KFASON, czy OLS, lub magazyn HISTERIA, albo BRAMA. Można jeszcze wyliczać, ale co to da? Poklepywanie się po plecach we własnym środowisku? Pływanie we własnym sosie? Impet, rozwój, chęć ludzi do działania nie będzie trwała wiecznie i w końcu się załamie –  o ile teraz możemy mówić o renesansie. To że coś dziś powstaje nie znaczy, że za parę lat nie załamie się, by runąć. Z jednego prostego powodu – odbije się od granic, które sami sobie wyznaczyliśmy. 

Niektórzy zaczynają to rozumieć. Pisałem niedawno o Agacie Suchockiej, która publikuje swoje książki w wydawnictwie Royal Hawaiian Press. Jej śladami idzie pisarz legitymujący się jako Johny Walker. Nie są znani – a jeśli już, to kiedy usłyszy się, że książki Suchockiej to opowieści o wampirach, „elitarny” polski czytelnik po prostu prychnie. Wampiry są jednak popularne. Suchocka to zrozumiała. Nie chodzi mi oczywiście, by porzucić „ambitną” grozę i pisać o wampirach – uważam, że polska groza ma do pokazania dużo więcej i dla każdego znajdzie się miejsce. I co więcej – jest to największa siła gatunku. Chodzi mi o co innego – że nie żyjemy już w latach ’90. Niedługo skończy się druga dekada XXI wieku – czas się obudzić!

Skoro polski rynek jest mały, to po co mamy się w nim topić? Rynek rosyjski, anglosaski, cholera, nawet chiński – są gigantyczne! I chłonne. Jeśli myśl o wydawaniu tam budzi na waszych twarzach uśmiech politowania, to zastanówcie się – dlaczego? Skąd myśl, że polska groza nie mogłaby uszczknąć trochę z wielkiego światowego tortu? Mogłaby. Znalazłaby swoją „niszę”. Tylko, że ta nisza mogłaby być odpowiednio większa – bo światowa właśnie. A co szkodzi spróbować? 

Myślę, że mamy co pokazać światu. A jeśli poza granicami kraju znajdziemy chętnych, to i w naszym kraju znajdzie się więcej zainteresowanych. Nie od dziś wiadomo, że dopiero zagraniczny sukces  i uznanie jest miarą wielkości dla Polaka. 

O Autorze

Michał Stonawski (ur. 1991 r. w Krakowie) - Redaktor naczelny lubiegroze.pl. Autor beletrystyki, publicysta, krytyk literacki. Debiutował w 2010 roku opowiadaniem "Wyrok" w antologii "Horyzonty Wyobraźni 2010". Od tego czasu opublikował ponad trzydzieści opowiadań tak elektronicznie, jak i na papierze (ostatnio: "Cisza" w "Nowej Fantastyce"). Aktywny członek fandomu fantastyki, organizator i koordynator eventów literackich, w latach 2014-2016 współorganizator Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Na 2017 rok planowana jest premiera książki "Mapa Cieni: Kraków", której jest pomysłodawcą, redaktorem i współautorem. Ostatnio próbuje swoich sił jako Game Developer - wiceprezes Alrauna Studio. Kontakt: mstonawski@gmail.com

Podobne Posty