Fear of the dark… 

I have a phobia that someone’s always there 

I have a constant fear that something’s always near

(Steve Harris)

Poniższa historia na pierwszy rzut oka luźno wiąże się z fikcyjną grozą, choć jest dowodem na to, że interpretacja zjawisk dość powszechnych może posłużyć za kanwę legend i powieści. Ba, rzekłbym, że niektóre dzieła nie powstałyby w ogóle albo miały zupełnie inny wygląd, gdyby nie osobiste, choć impresyjne, przeżycia lub obserwacje ich autorów. Zamiast jednak snuć męczący wywód na ten temat postaram się wprowadzić czytelnika w odpowiedni klimat…

Kilkanaście kilometrów od Olsztyna, nad rzeczką Łyną znajduje się miejscowość o nietypowej dość nazwie Ruś. Wieś słynie na Warmii z hodowli pstrąga i bardzo malowniczej okolicy, pobudowano ją częściowo na wysokim, zachodnim brzegu rzeki, a częściowo w jej zakolu, od wchodu zaś zamyka ją dość znaczne wzniesienie, którego wysokość potęguje ściana lasu. Owa przeciwległa rzeczna skarpa stanowiła niegdyś zapewne nie lada wyzwanie dla budowniczych, ale dzięki ich determinacji tkwią w niej do dziś urokliwe stare domki z czerwonej cegły, kryte dachówką tej samej barwy. Kilkakrotnie u mieszkającego tam ojca spędzałem wakacje, a podczas jednej z wypraw na grzyby zaprowadzono mnie w dość interesujące miejsce, którego wygląd postaram się teraz naszkicować. 

Drogowskaz w Sójce. (fot. autor)

Idąc wzdłuż Łyny w górę jej biegu, około sześciu kilometrów od Rusi, natkniemy się w pewnym momencie (jeżeli przypadkiem wybierzemy odpowiednie dukty albo znamy drogę) na skrawek brukowanej drogi. Jej obecność tutaj jest dość zaskakująca, gdyż bruk znajduje się niemal w środku rozległej puszczy, na terenie rezerwatu Lasów Warmińskich. Jeżeli zboczymy nią w prawo, w ciemny olszynowy las, usłyszymy coraz wyraźniejszy, głośny szum rzeki, gdyż płynie ona na tym odcinku dość wartko głębokim parowem. Utwardzona kocimi łbami droga prowadzi nad urwiste brzegi rzeki, które niegdyś łączył zerwany obecnie most. Zanim jednak do niego dojdziemy, natkniemy się na rozwidlenie z kamiennym drogowskazem, a skręcając w lewo, dojdziemy na rozległą polanę, na której wśród traw prześwitują jeszcze gdzieniegdzie resztki fundamentów. Oto dotarliśmy do Sójki, starej poniemieckiej osady. Niemal identyczny opis znajdziemy zresztą w Wikipedii.

Po osadzie pozostały tylko polany w lesie, fragmenty fundamentów, brukowana droga i przyczółki mostowe, a po młynie resztki pali w rzece.

Dowiemy się też, że miejscowość jest niezwykle stara, pierwsze wzmianki pochodzą z XV w., a jej istnienie związane jest od początku z funkcjonowaniem młyna. Sama nazwa, pojawiająca się w dokumentach pruskich i polskich, to Soykenmuhle, Soyka, Soika Mühle, aż w końcu Sójka, uwieczniająca zapewne nazwisko jakiegoś średniowiecznego młynarza.

Już pierwsze spotkanie z Sójką było dla mnie dość emocjonujące. Miałem wtedy lat 11, było to zatem w 1988 roku. Pierwszy i ostatni raz udało mi się przejść przez most w Sójce, już wtedy cieszący się złą sławą, zaledwie trzy lata wcześniej spadł z niego, zabijając się na miejscu, jakiś radziecki żołnierz. Przez przęsło mostu przerzucone były wtedy sosnowe, wąskie pnie i to po nich przechodziło się na drugą stronę, podziwiając przez dziury w deskach płynące dobre kilka metrów poniżej wartkie wody Łyny i jej kamieniste dno.

Dość niezwykły incydent miał się rozegrać dopiero kilkanaście lat później, kiedy zabrałem tam swoją narzeczoną na romantyczny spacer po lesie. Trafiliśmy oczywiście na Sójkę, przy czym moja przyszła żona postanowiła sobie odpocząć na kłodzie drzewa, ja natomiast udałem się na mały rekonesans. Uczucie niepokoju, towarzyszące mi od chwili wejścia na polanę, zaczęło przeradzać się w uciążliwe przeświadczenie, iż ktoś mnie obserwuje. Było to tak dojmujące, że odwracałem się odruchowo za siebie pewien, że ktoś stoi bezpośrednio za mną. Wyobraźnia zaczęła potęgować każdy leśny szelest, czyniąc zeń odgłos człapiących wśród poszycia kroków… Dziś może to wydawać się śmieszne, ale poczułem wtedy bardzo autentyczny strach. Z ulgą przyjąłem wołanie narzeczonej, która również chciała jak najszybciej opuścić polanę. Okazało się, że towarzyszyły jej te same doznania!

Po powrocie podzieliliśmy się swoją przygodą z kilkorgiem osób i rozsupłał się mały worek opowieści, gdyż wcale nie byliśmy jedynymi osobami, na które Sójka wywarła takie wrażenie, choć roztropni mieszkańcy Rusi raczej dalecy są od fabrykowania legend o miejscu, w którym straszy. Niemniej jednak odkryliśmy aż trzy różne (oprócz wzmiankowanego wcześniej żołnierza) historie, a każdą z nich można rozbudować fabularnie:

  1. Rzekomo gdzieś w tym miejscu miała legowisko wilczyca i to jej obserwujący wzrok odczuliśmy.

  2. Ostatni mieszkaniec Sójki widział tam coś lub kogoś i uznał, iż był to sam diabeł. (Z tym człowiekiem byłem tam po raz pierwszy, ale wiele diabłów wypędził również z butelki). Opowiadał o twarzy wyrzeźbionej w pniu sosny, ale nigdy nie udało mi się jej znaleźć, mimo podanej dość dokładnie lokalizacji. Jednak fakt istnienia tej twarzy potwierdziły inne osoby.

  3. Tajemniczy pustelnik. Człowiek, którego nikt nie znał, miał przebywać jakiś czas w opuszczonych zabudowaniach.

Tu warto podać nazwę takich tajemniczych miejsc w lesie – to uroczyska. Z reguły wiążą się z orientacyjnym nazewnictwem różnych punktów, znajdują się tam jakieś kurhany, krążą na ich temat legendy. Odwiedziłem w różnych rejonach kraju już kilka takich lokalizacji, sprawiają faktycznie czasem wrażenie, jakby natura chciała wyjątkowo zaakcentować po latach obecności ludzi swoje wyłączne do nich prawa. Cisza w nich jest inna, jakby były miejscem kontemplacji lasu, po jakimś czasie człowiek zaczyna się czuć w nich nieswojo. Oczywiście działania sił nadnaturalnych nie brałem pod uwagę, niemniej jednak z wieloma łączono różne, mniej lub bardziej prawdopodobne, historie.

Sójka nastraszyła mnie tylko raz, przy każdej kolejnej wizycie była zwyczajną polaną w lesie, urokliwej tajemniczości dodawały jej tylko niknące relikty dawnej osady. Ale podczas spaceru ukułem pewną teorię mogącą stanowić odpowiedź na pytanie, co tak naprawdę straszy w Sójce.

Zanim rzeka wpada w swój parów, przez który przerzucono ongiś przęsło mostu, płynie przez chwilę dość szerokim rozlewiskiem. Sądzę, że w tym właśnie miejscu stanowiła dogodne miejsce do budowy młyna, być może też zaingerowano w ukształtowanie jej koryta. Gdy się nad nie schodzi, uderza kaskada różnorodnych plusków, chlupotów i bulgotania wydawanych przez wodę. Wprawdzie nie słyszymy ich na polanie, gdzie stały zabudowania, ale z pewnością docierają tam w postaci infradźwięków. Nie będę się tu rozwodził nad fizycznym aspektem zjawiska fal dźwiękowych o niskiej częstotliwości, bardziej interesujący jest potwierdzony badaniami ich wpływ na psychikę człowieka, gdyż nie jest prawdą, że nasz organizm ich wcale nie rejestruje. „Czujemy” np. czyjąś obecność za plecami, ponieważ bicie serca drugiego człowieka dociera do nas właśnie w postaci infradźwięków. Jednym z wielu ich skutków może być niepokój, strach, podenerwowanie, senność itp. Zetknąłem się nawet z teorią, że góry jako wyjątkowe źródło naturalnych infradźwięków mogą być niebezpiecznie dla ludzi cierpiących na depresję i przyczyniać się do prób samobójczych.

Czy infradźwiękami można tłumaczyć także istnienie nawiedzonych i złych miejsc? Biorąc pod uwagę moją przygodę na Warmii, jest to bardzo prawdopodobne. Umysł ludzki, szukając rozwiązania dla rzeczy pozornie niewytłumaczalnych, szuka go w sferze zjawisk paranormalnych; krążące plotki wyolbrzymiają znaczenie pewnych zdarzeń, a historia bliżej nieokreślonego „lęku przed ciemnością” zaczyna żyć własnym życiem. Pora na ostatnie pytanie – czy można wysnuć na podstawie powyższej relacji teorię, że infradźwięki mogą również stanowić swojego rodzaju katalizator dla pisania powieści grozy?

Podobne Posty