Na grupie Horror w Literaturze pojawił się post będący dosłownym przytoczeniem długiej wypowiedzi Marcina Zwierzchowskiego– dziennikarza, redaktora  i publicysty, zdaje się, że najbardziej znanego z pracy w redakcji „Nowej Fantastyki”. Wypowiedź dotyczyła publicystyki. Nie ma sensu, abym dokładnie streszczał ten tekst. Każdy może go sobie przeczytać na grupie czy też odnaleźć oryginał. Wystarczy więc, że przytoczę najważniejszą tezę: kurczy się przestrzeń dla kulturalnej publicystyki, co będzie miało fatalny wpływ na cały fandom.

Wypowiedź Zwierzchowskiego dotyczyła publicystyki i prasy fantastycznej, ponieważ jednak ten portal dotyczy literatury grozy, ja sam tylko do tego gatunku się ograniczę.

  1. CZY JEST GDZIE PISAĆ?

Jest. Jeszcze jest. Nad wszelkimi inicjatywami związanymi z grozą wisi przekleństwo efemeryczności. Ktoś pamięta „Lśnienie”? A „Czachopismo”? Albo „Qfanta”? Lub „Grabarza polskiego” wydawanego w formie e-czasopisma? Jednak coś tam w światku literackiej grozy się publikuje. Mamy przecież Okolicę Strachu, mamy  Carpe Noctem, last but not least, jest też Lubiegroze.pl.

Jednak należy wziąć poprawkę na to, że wszystkie te inicjatywy są tworzone hobbystycznie, nie profesjonalnie, bez żadnej sensownej gratyfikacji materialnej za wykonaną pracę. Życie jest okrutne, nawet najbardziej zaangażowany fan, mając do wyboru albo poświęcenie czasu na realizowanie swojej pasji, albo na zarabianie na życie, w końcu wybierze to drugie. Zapewne znowu zostanę posądzony (słusznie zresztą) o czarnowidztwo lub krakanie, ale tak oto prorokuję: godzina, w której każdy z aktywnych teraz autorów, redaktorów i wydawców rzuci to wszystko w cholerę, jest już bliska.

  1. CZY JEST KOMU PISAĆ?

Miałem przyjemność być przez pewien czas redaktorem odpowiedzialnym za publicystykę w OkoLicy Strachu. Piszę to ze wstydem, ale, delikatnie rzecz ujmując, nie sprawdziłem się. Sprawowanie funkcji redaktora wymaga cech, którymi obdarzony nie zostałem. Trzeba angażować się w teksty innych, co przy moim poziomie autorskiego egocentryzmu jest nierealne. Należy dotrzymywać terminów, a ja jestem osobą, która definiuje słowo deadline jako: „delikatna sugestia na kiedy można zdążyć z ukończeniem pracy”. Powinno się też wykazywać minimalną przynajmniej systematycznością, a ja jestem osobnikiem maksymalnie chaotycznym. Po jakimś roku frustrującej wszystkich współpracy sam zaproponowałem Sebastianowi Sokołowskiemu odejście.

Niemniej jednak miałem okazję zobaczyć od kuchni, jak wyglądało funkcjonowanie jedynego w Polsce tradycyjnie wydawanego czasopisma specjalizującego się w grozie. Jedna rzecz uderzyła mnie już na samym początku: ogromne problemy w naborze tekstów publicystycznych. Skrzynka mailowa pękała w szwach od propozycji wydawania prozy – felietonów i artykułów nie przesyłano prawie wcale.

Efekt był taki, że cieszyliśmy się z każdego tekstu nie fabularnego, który dotyczył horroru i nadawał się do publikacji. Jako redaktor zdawałem sobie sprawę, że publikujemy w jednej kategorii zarówno teksty faktycznie publicystyczne, jak i takie, które miały zupełnie inny charakter. Wartościowe, naukowe artykuły Kseni Olkusz albo Krzysztofa Grudnika były wrzucane do jednej kategorii z rzeczami równie wartościowymi, lecz lżejszymi. Spowodowało to sporo nieporozumień, na czele z porównywaniem literackiego eseju z typowo akademicką monografią.

Jednak oprócz akademików w OLS ktoś jeszcze publikował, prawda? Publicystów redakcja szukała wśród aktywnych w sieci autorów blogów i postów na grupach. Stąd też wzięły się w kwartalniku teksty Olgi Kowalskiej, Marcina Knyszyńskiego, Dominika Łuszczyńskiego czy Rafała „Galfryda” Głuchowskiego. Owszem, są w sieci osoby piszące znakomite artykuły. Należy ich szukać pośród całych hałd bezwartościowych pseudorecenzji lub wtórnych dyskusji na grupach. Poszukiwanie ich przypomina wycieczkę z wykrywaczem metalu na bagno – aby znaleźć grudkę złota, należy przekopać się przez tony szlamu.

  1. CZY JEST DLA KOGO PISAĆ?

Ile, tak naprawdę, jest osób faktycznie zainteresowanych kulturą grozy? Pisząc o „faktycznym zainteresowaniu”, mam na myśli nie tylko bezrefleksyjną konsumpcję kolejnych Kingów i Mastertonów, lecz również współtworzenie czegoś, co nazywa się kulturą uczestnictwa. Tu chodzi nie tylko o czytanie, lecz o„czynną refleksję”. Tacy aktywni fani są naturalnym i oczywistym „targetem” kulturowej publicystyki.

Sieć daje idealne narzędzia dla tworzenia kultury uczestnictwa. I, z pozoru, polski fandom grozy te narzędzia wykorzystuje. Przecież grup dyskusyjnych poświęconych horrorowi literackiemu jest – o ile dobrze liczę – aż sześć. Są fanpage’e, są profile autorskie, blogi.Bardzo często zupełnie martwe – smutnym przykładem jest tu grupa Literatura Grozy. Pierwsza na Facebooku poświęcona temu gatunkowi. Administratorzy LG najpierw ogłosili „rewolucję” w naszym środowisku, potem wyrzucili wszystkich aktywnych członków, następnie inni administratorzy przyjęli ich z powrotem, po czym wróciły stare czasy i obecnie grupa jest niemal zupełnie martwa.

Jednak jakieś dyskusje są prowadzone. Ktoś pisze posty, ktoś je zatwierdza, zdarzają się komentarze. Z moich uważnych obserwacji trzech grup (Horror w Literaturze, Horror Weird Fiction, Fani Grozy) wynika, że są to ciągle te same osoby. Dochodziło nawet do takich absurdalnych sytuacji, że dość emocjonująca dyskusja o powstającej antologii „Sny umarłych” prowadzona była w trzech miejscach w sieci przez dokładnie tych samych ludzi(sic!).

Jest ich około kilkudziesięciu. Nie kilka tysięcy, nawet nie kilkuset. Grupa, grupka w zasadzie aktywnych fanów, mających wiedzę i chęci, aby ją poszerzać, nazwana przeze mnie przekornie „uczonymi w piśmie” jest liczona w dziesiątkach. Mam złą wiadomość, horrorowi maniacy: jest nas zbyt mało, aby założyć solidny zakon. Nawet na sektę nie wystarczy.

  1. CZY JEST SENS PISAĆ?

Według Tomasza Czarnego, pisarza i szefa Domu Horroru, nie ma. Na autorskim profilu nazwał on publicystyczną i recenzencką aktywność „chłopskimi filozoficznymi wywodami”. W innej z kolei dyskusji pisał:„polski horror najbardziej psują właśnie te chłopskie filozoficzne dywagacje i felietoniki, gdzie autor ma się za horrorowego guru i rozprawia”. Pisanie nie grozy, lecz o grozie, byłoby więc, według autora „Do piekła i z powrotem”, nie dość że bezcelowe, to jeszcze szkodliwe.

Jednak przecież na tej samej grupie, dosłownie tego samego dnia pojawił się wątek o najbardziej opiniotwórczej stronie. W czterdziestu trzech komentarzach czytelnicy przerzucali się propozycjami stron, gdzie właśnie się o grozie pisze. Labirynt z Liści, H. P. Lovecraft – polski serwis, Carpe Noctem, OkoLica Strachu – przecież nie są to media, które publikują jedynie recenzje! Oczywiście, te czterdzieści trzy komentarze napisała grupka „uczonych w piśmie”.

Nawet jeśli aktywnych fanów pozostanie czterech, warto dla nich pisać błyskotliwe  felietony, rzeczowe artykuły i rzetelne recenzje. A „uczeni w piśmie” niech pomyślą, jak tę elitarną grupkę rozszerzyć. Nawet jeśli nie założymy sekty, to przynajmniej internetowe awantury będą ciekawsze.