Agata Suchocka to ciekawa autorka powieści grozy – jako swój cel wybrała powieści, które, jak sama mówi, są hołdem dla jej idolki Anne Rice. Czy spotka ją podobna sława? Suchocka stara się kroczyć ku niej zdecydowanymi krokami – jednym z nich była decyzja o wydawaniu po angielsku… serdecznie zapraszamy do przeczytania wywiadu z autorką. 

 

Michał Stonawski: Czemu zdecydowałaś się wydawać za granicą?

Agata Suchocka: Chcę sprawdzić się na szerokich wodach, na rynku, który obejmuje półtora miliarda ludzi. Język angielski już wiele lat temu stał się moim drugim językiem. Ojciec od małego dbał o to, bym miała kontakt z żywym językiem, namawiał mnie do rozmawiania z cudzoziemcami przy każdej nadarzającej się okazji. To właśnie dzięki niemu poczułam, jaka to frajda móc porozumiewać się wszędzie i z każdym. Zaczęłam traktować język angielski jak „wspólny” w Gwiezdnych Wojnach 😉 Przyłapywałam się na tym, że myślę po angielsku. Studiowałam anglistykę we Wrocławiu, specjalizowałam się w tłumaczeniach literackich. Od dwóch dekad piszę po angielsku teksty do piosenek. Postanowiłam sprawdzić się jako tłumaczka, a siebie tłumaczyć najprościej – autor nie wnosi żadnych zastrzeżeń! Moje przekłady spotkały się z dużym uznaniem pierwszego zagranicznego wydawcy. Obecnie jestem w trakcie literackiej „przeprowadzki” do Nowej Zelandii, gdzie zaproponowano mi stanowisko głównego tłumacza. Jestem podekscytowana tą nową przygodą! No i mogę wręczać powieści moim idolom! Niedawno fanem mojej prozy został Nigel Kennedy, jeden z najwybitniejszych skrzypków w historii. To dla mnie niezwykła nobilitacja i satysfakcja!

MS: Jakie doświadczenia wyniosłaś z wydawania w anglojęzycznych wydawnictwach? Pewnie są jakieś różnice, pomiędzy tym, jak się wydaje, jak się podchodzi do pisarza i jak sprzedają się książki u nas, a tym, jak to wygląda na rynku anglojęzycznym – moje pytanie to: jak duże? I rzecz jasna, gdzie jest lepiej?

AS: Przykro mi to stwierdzić, ale zdecydowanie pozytywniejsze doświadczenia mam z przygody na rynku anglojęzycznym. I to nie tylko na płaszczyźnie autor-wydawca, ale przede wszystkim w sferze reakcji potencjalnych czytelników na prezentację moich książek. Gdy niedługo po debiucie w kraju, pełna dobrej woli, dopisałam się do kilku grup, mających rzekomo wspierać i czytać rodzimych autorów, i tam zaproponowałam moją powieść, zalała mnie fala krytykanctwa i niechęci, jakbym wdarła się niechciana do piaskownicy i przyniosła swoje brudne zabawki. Tak właśnie się poczułam, jak dzieciak, który chciał się bawić, a został przegoniony. Jak było za granicą? Zupełnie odwrotnie! Nieznajomi gratulowali wydania, chwalili grafiki na okładkach, zachęcali do dalszego pisania. Tam wychodzi się z założenia, że skoro autor stara się i promuje swój produkt, to faktycznie warto się nim zainteresować i dodać otuchy w trudnym procesie wybijania się spośród milionów innych propozycji. Rynek jest przeogromny, to są naprawdę miliony książek, tysiące nowości ukazujących się każdego dnia. Ale ma to też swoje plusy: w tak wielkim oceanie nawet najmniejsza rybka znajdzie swoje miejsce, czyli nikt nie patrzy na mody, nie ma fali popularności kryminałów czy powieści erotycznych. WSZYSTKO jest modne ZAWSZE, gdyż mnogość czytelników zapewnia odbiór nawet najbardziej niszowych, zdawałoby się, pozycji. Poza tym zupełnie inaczej traktuje się autorów wydających w trybie „self”. Czytelnicy nie zwracają uwagi na to, przez kogo i gdzie została opracowana powieść, takiej informacji naprawdę trzeba się naszukać. Nikt już nie drukuje tysięcy egzemplarzy i nie ogryza szponów, mając nadzieję, że uda się je sprzedać, chociażby z kosza w markecie. Głównym produktem jest zawsze ebook, o cenie kilkakrotnie niższej od wersji papierowej, czyli „paperback”. No i przede wszystkim nikt ebooków NIE KRADNIE i nie wrzuca do sieci. To wszystko jest miłą odmianą i daje poczucie bezpieczeństwa. Czekam, aż i u nas autorów zacznie się traktować poważnie i godziwie wynagradzać za ich pracę, a debiutanci nie będą traktowani jako drugi sort pisarzy i zbywani. Widzę, że pojawiają się iskierki nadziei na to, że dogonimy zachód w kwestii mechanizmów wydawniczych. Kilka moich znajomych wzięło już sprawy w swoje ręce i wydają się same z dobrymi efektami. 

MS: Więc mówisz, że nasi rodzimi autorzy są tam przyjmowani z otwartymi ramionami? Pytam oczywiście szczególnie w kontekście grozy – w naszym kraju mały rynek odbija się na tak niszowej literaturze, jaką jest horror. Niszowa literatura oznacza dosyć mizerną sprzedaż. Wydawcy to wiedzą i nie zawracają sobie głowy rozbudowaną promocją – czy „na Zachodzie” sprawa wygląda inaczej? Rozmawiałem kiedyś z pewną pisarką wydającą w USA, która wspomniała mi o tym, że jej wydawca rozplanował jej cały plan promocji, łącznie z tym co i kiedy powinno zostać ogłoszone na facebooku. Jak to było w Twoim przypadku? 

AS:
Na rynku anglojęzycznym nie ma czegoś takiego, jak „niszowa literatura” i mam wrażenie, że powieści grozy są szczególnie mile widziane. W grupie 1,5 miliarda czytelników władających językiem angielskim naprawdę znajdą się odbiorcy każdego horroru, od lekko niepokojących powieści grozy do tryskającego bebechami gore. Wystarczy trafić w target, dotrzeć do grupy odbiorców, a potem resztę robi za nas „reklama szeptana”. Oczywiście, aby w ten target trafić, trzeba co nieco zainwestować, przede wszystkim w okładkę, która nie straci na atrakcyjności, gdy wyświetli się na smartphonie i będzie wówczas wielkości paznokcia. Co do planów wydawniczych, to przeciętna „żywotność” książki autora, który nie jest Kingiem czy Anne Rice, waha się od dwóch do trzech miesięcy. To oznacza tylko tyle i aż tyle, że po upływie tego czasu autor spada w rankingach popularności na miejsce milion pięćset sto dziewięćset, i nie jest łatwo wrócić do czołówki list sprzedaży. Popularnością cieszą się więc serie wydawnicze, gdzie wypuszczenie każdego kolejnego tomu nakręca sprzedaż poprzednich. U nas debiutant nie ma szans na pokazanie serii, gdyż oznacza to długoterminowy plan wydawniczy i wysokie koszty promocyjne, ja nie spotkałam jeszcze na swojej drodze literackiej wydawcy, który uwierzyłby w potencjał mojego cyklu (update ostatnie pytanie). Wszyscy zakładali, że na pewno coś pójdzie nie tak gdzieś po drodze. Na Zachodzie było odwrotnie, gdy usłyszano, iż jest to cały cykl powieści, łyknięto mnie prawie w ciemno. Częstą praktyką jest udostępnianie czytelnikom pierwszego tomu za darmo. Gdy łykną bakcyla i wkręcą się w akcję, z pewnością za kolejne tomy już zapłacą. W moim przypadku ta strategia się sprawdziła: przy trzydniowej promocji przez dwa dni utrzymywałam się w pierwszej setce pobrań. To niesamowity sukces, w końcu jestem autorką znikąd, póki co bez pokaźnego dorobku, z obco brzmiącym nazwiskiem. Ale nazwisko to poszło w świat i mam nadzieję, że niedługo zacznę zbierać owoce owej akcji promocyjnej. Na razie jest nieźle, tom pierwszy ukazał się w styczniu i po ośmiu miesiącach ciągle się sprzedaje.

MS: Mówisz o udostępnianiu za darmo pierwszego tomu, to znaczy, że Twoje książki wydawane są głównie (lub w całości) w formie elektronicznej? W Polsce rynek ebooków (mam takie wrażenie) dopiero raczkuje i też jest swego rodzaju niszą. Czy na Zachodzie, mówiąc brutalnie, da się z tego wyżyć? Drugą moją obawą jest piractwo – wspomniałaś wyżej, że nikt ebooków nie wrzuca do sieci. Szczerze mówiąc, trudno mi w to uwierzyć – problem piractwa nie jest przecież domeną Polaków i istnieje na całym świecie.

AS: Powieść wypuszczana jest jednocześnie w formie ebooka i w wersji papierowej, z tą różnicą, iż każdy egzemplarz jest drukowany na życzenie konkretnego klienta. Jak już wspomniałam, nie drukuje się ogromnych nakładów, przynajmniej nie w przypadku raczkujących autorów, którym bez wątpienia jestem na rynku anglojęzycznym. Jest kilka czynników, dzięki którym ebooki są popularne: natychmiastowy do nich dostęp, możliwość załadowania tysięcy powieści do jednego urządzenia przenośnego, czy dostęp do biblioteki ebooków przez smartphona i aplikację Kindle. No i cena: za powieść w wersji elektronicznej płaci się kilka dolarów, za wersję papierową kilkadziesiąt. A może to jakaś dziwnie pojmowana ekologia…? W końcu za każdym arkuszem papieru leży gdzieś ścięte drzewo. Czy da się z publikowania za oceanem wyżyć? Z pewnością się da, jeśli jest się Anne Rice. A tak na poważnie, pokaż mi pięćdziesięciu polskich pisarzy, którzy żyją ze swego pióra! Ciężko, na szybko da się wyliczyć kilku, może kilkunastu. Są dobrze opłacane, popularne nazwiska i całe ławice aspirującego narybku, który więcej inwestuje w literacką przygodę, niż z niej wyciąga. Dopóki rynek nie otworzy się na debiutantów, a wydawcy nie dadzą im szansy, to się jeszcze długo nie zmieni. Mam nadzieję, że tendencja zwyżkowa, której doświadczam, będzie wciąż zwyżkować, gdyż mam jeszcze kilka tomów do opublikowania. A co do piractwa… cóż, pozostaje mi wierzyć, że nie wszędzie panuje takie cwaniactwo, jak u nas, które sprawia, że ludzie sprawdzają, jak wiele może im ujść na sucho, jak wiele mogą buchnąć, zanim zostaną przyłapani. A może nigdy to się nie stanie? Jeśli czytelnicy nie zaczną szanować nas, autorów, jeśli nie zaczną uczciwie płacić za naszą ciężką pracę, tak jak płacą za wszystko inne, to nie pozbędziemy się piractwa, nie tylko u nas, ale i na całym świecie.  

MS: Cóż, problem piractwa nie jest tylko domeną książek, ale i filmów, muzyki, czy gier. Dosyć ciekawie na tym polu wychodzą właśnie te ostatnie – słychać co jakiś czas o przypadkach, kiedy małe studia nie tyle „walczą z piractwem”, co same udostępniają swoje dzieła na piratebay’u… co się opłaca, bo skutkuje zarówno rozgłosem, jak i przemawia do osób ściągających programy bez kupowania ich. Książki mają o tyle ciekawiej, że trudno jest spiracić wersję papierową, nieporównywalnie łatwiej natomiast ebooka… pytałem Cię o to, czy da się wyżyć z pisania na zachodzie, ponieważ wydaję mi się, że jest u nas zakorzeniony pewien mit – że ponieważ rynek anglojęzyczny jest dużo większy od naszego, to nawet „mały” pisarz może utrzymać się z pisania, lub też dosyć dużo dołożyć do domowego budżetu, co przenosi się oczywiście na czas pracy twórczej. Zupełnie jednak zapominamy o tym, że większy rynek to więcej autorów. Ale jakie są zatem różnice? Po co w ogóle polski pisarz miałby chcieć wydawać za granicą, jeśli perspektywy zarobku z jego pracy są – jak rozumiem – podobne, jak i u nas? 

AS: To nieporównywalnie większy rynek, do tego podzielony na dwa nurty: pisarzy publikujących w sposób tradycyjny, czyli pod egidą domu wydawniczego, oraz „indie-atuhors” – ludzi, którzy swoją powieść przygotowują sami i wypuszczają w świat za pośrednictwem platformy amazon, na przykład. No, nie do końca sami, gdyż opłacają oni z własnej kieszeni redakcję, korektę i skład tekstu, ilustracje okładkowe (a to jest koszt sięgający kilkuset dolarów za jedną okładkę!), a potem pozycjonowanie książki, reklamy itd. I faktycznie, żeby wyjąć, trzeba włożyć, nie ma zmiłuj: parę tysięcy na rozruch to absolutne minimum dla autora niezależnego. I potem wszystko już zależy od produktywności: jeśli powieść, najlepiej seria książek, „zaskoczy”, to nazwisko zaczyna się wybijać i po roku, dwóch, koszt się zwraca, każda kolejna wydana powieść podbija sprzedaż poprzedniej. Poznałam kilka autorek, które są jednoosobowymi firmami, a sprzedaż ich powieści sięga tysięcy egzemplarzy już w przedsprzedaży.  I czytelników naprawdę nie obchodzi, czy tekst składała pani Stenia z dużego wydawnictwa X, czy niezależny freelancer z Bangladeszu. Oczywiście zysk autora z każdego sprzedanego potem ebooka jest nieporównywalnie większy, niż procenty, które dostaje od „normalnego wydawcy”. To jednak wymaga znajomości mechanizmów rynku, szerokiego grona kontaktów, a to są rzeczy, o których Polak chcący wydawać po angielsku nie ma pojęcia. Jest jeden dość pewny sposób: udostępnienie tomu pierwszego za darmo, a potem produkowanie (najlepiej biorąc pod uwagę sugestie czytelników) kolejnych co trzy miesiące i sprzedawanie ich za dość niską cenę. Nie jestem jednak przekonana, jak dużo „sztuki w sztuce” znajduje się potem w takich dziełach literackich… Nie jest więc łatwo i na pewno nie jest tak, że książka się ukaże i zaraz zarabia się kokosy. Bo jak niby, gdy codziennie na rynek trafia kilkaset nowych pozycji? Także ów mit, o którym wspomniałeś, jest tylko mitem. Dlaczego więc zdecydowałam się wydać moje powieści po angielsku, mając świadomość, że na pewno nie od razu będę spać na pieniądzach ze sprzedaży i być może nigdy nie przebiją się do „mainstreamu”…?? To chyba kwestia ambicji: chcę przekonać się, jak zostanie oceniony przez „native’ów” mój angielski; no i przede wszystkim chcę udowodnić, że mogę stworzyć postaci i historie, które dorównają tym stworzonym przez moją ukochaną autorkę, Anne Rice. I nie chodzi mi absolutnie o pisanie fanficków czy kopiowanie cudzych pomysłów, a o to, by moje książki zawładnęły umysłami ludzi tak, jak powieści Anne Rice zawładnęły moim. Moja fascynacja twórczością Rice trwa od ponad 20 lat, poświęciłam nawet pracę magisterską na analizę polskiego przekładu „Interview with the Vampire”, brałam udział w międzynarodowych konferencjach. gdzie analizowałam jej twórczość, na konwentach niejednokrotnie wygłaszałam różne prelekcje wampiryczne, których podstawą były powieści Anne Rice. Chciałabym kiedyś móc wręczyć jej moje książki i powiedzieć: „Anne Rice, gdyby nie Twoje powieści, nie byłoby mnie jako pisarki. Oto mój hołd dla Ciebie.” Tylko tyle i aż tyle. I gdy teraz w recenzjach pojawiają się zdania: „Jeśli podobały wam się wampiry Anne Rice, spodobają wam się również te Suchockiej”, to dla mnie wielka nobilitacja!

MS: Trochę ubiegłaś moje następne pytanie, bo byłem właśnie ciekaw, dlaczego właśnie zdecydowałaś się na wampiry. Dzisiaj (chociaż nie można pominąć wpływu Anne Rice), szeroko kojarzone są ze „Zmierzchem” i literaturą, o której ostatnim, co można by było powiedzieć to to, że jest ambitną. To dosyć grząski grunt. Zdecydowanie lepiej się mają żywe trupy. Oczywiście, trudno wymagać, by pisarz myślał o tym, co ma pisać tylko w kategoriach marketingowych, aczkolwiek sama mówisz o „produkowaniu” książek, najlepiej właśnie serii. Stąd wniosek, że nie tylko opowiadania, ale nawet pojedyncze powieści na anglojęzycznym zatłoczonym rynku nie mają łatwego życia. To skoro już przy wampirach i seriach jesteśmy… dlaczego warto sięgnąć po Twoje książki? Czy Twój hołd dla Anne Rice opiera się na bardzo podobnym budowaniu postaci czy fabuły, czy czytelnicy znajdą w Twoim cyklu coś nowatorskiego? 

 AS: Oczywiście, że znajdą mnóstwo nowatorskich rozwiązań, zarówno fabularnych, jak i stylistycznych! A miłośnicy prozy Anne Rice z pewnością dostrzegą ukłon w stronę jej powieści, który jednakże nie polega na kopiowaniu jej pomysłów fabularnych czy schematów postaci, ale na oddaniu subtelnej aury niepokoju, która – mam nadzieję! – ogarnia czytelnika przy lekturze moich powieści. Znakiem rozpoznawczym Anne Rice jest ozdobny, miejscami barokowy język i zwrócenie się do wnętrza postaci, prześwietlanie rzeczywistości przez jej pryzmat. To bardzo ciekawe zabiegi, nieczęsto stosowane obecnie (monolog wewnętrzny?? fuj! Przydługie opisy przyrody? ble!!), które zwalniają akcję, ale jednocześnie sprawiają, że postać staje się prawdziwa, że naprawdę zaczynamy z nią współodczuwać, choć przecież jest mordercą.

Zaczęłam tworzyć swój cykl jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, na długo przed „Zmierzchem” i tą nieszczęsną falą romantycznych opowieści o nastolatkach zakochujących się w wampirach i wilkołakach. Zanim literatura wampiryczna straciła renomę i przestała być traktowana poważnie, nawet przez miłośników literatury grozy, ja byłam już tak zżyta ze swoimi postaciami, a prace nad cyklem były tak zaawansowane, że nie mogłam porzucić tego pomysłu. „Zmierzch” i jemu podobne wyrządziły postaci wampira ogromną krzywdę, sprawiły, że wampir z nocnego arystokraty czy też niepokonanego drapieżnika stał się jęczącym patałachem o maślanym spojrzeniu. Postać wampira straciła swoje korzenie, została odcięta zarówno od folkloru, z którego wyrosła, jak i od gotyckiego horroru, na którym pierwotnie wpłynęła do mainstreamu. Postanowiłam podjąć próbę przywrócenia wampirowi należytego miejsca w panteonie grozy. Moje powieści są przeznaczone wyłącznie dla czytelników dorosłych, nie tylko ze względu na obecność scen erotycznych czy krwawych, ale również dlatego, iż zawierają ogromny ładunek emocjonalny i egzystencjalny, łącznie z treściami obrazoburczymi czy „delikatnie bluźnierczymi”, które nie tylko byłyby niezrozumiałe dla młodego czytelnika, ale najprawdopodobniej nie zostałyby nawet zauważone. Grząski grunt…? Być może. Ale gdy żyje się z pewnymi postaciami ponad 20 lat, to nie można ich porzucić tylko dlatego, że stały się niemodne czy niepoważne w oczach innych. Dorastają nowe pokolenia czytelników, które w pewnej chwili swojej przygody z grozą z pewnością zechcą sięgnąć po poważną literaturę wampiryczną. To dla nich jestem tu, gdzie jestem! 😉 

MS: Wiadomo też, że (dosyć przewrotnie, jak na polską autorkę), znalazłaś również wydawcę na rynek polski. Możesz powiedzieć coś więcej? 

AS: To dość zabawne, że akurat w czasie, gdy prowadzimy naszą swobodną wymianę myśli i doświadczeń, którą zwiemy „wywiadem”, moja sytuacja na lokalnym rynku nagle uległa cudownej odmianie. Znalazł się dom wydawniczy chętny na wydanie całego mojego cyklu, obecnie jest to 6 powieści i 3 kolejne w planach. Mam wrażenie, że jednym z czynników, które zdecydowały o przyjęciu moich tekstów do publikacji, był fakt, iż wydaję za granicą. Skoro powieści sprzedają się w tłumaczeniach i zbierają świetne opinie i uznanie czytelników, jak mogły przemknąć niezauważone u nas? Ano, przemknęły, ale mam nadzieję, że tym razem narobią sporego szumu. Powiedzmy sobie szczerze: wampiryczna nisza w Polsce pozostaje pusta. Magda Kozak przez jakiś czas się w niej zagnieździła, jednakże jej powieści mają zupełnie inną specyfikę, są literaturą przygodowo-rozrywkową, z zacięciem militarnym. Nie mają wiele wspólnego z typową wampiryczną literaturą grozy, jakże popularną wszędzie na świecie. Ambitna fantastyka, w tym literatura wampiryczna, u nas nie istnieje w mainstreamie. Był Sapkowski, teraz jest Gołkowski, jest Witek Jabłoński sięgający do pogańskiej mitologii, i to w zasadzie wszystko. To znaczy, pewnie nie wszystko, ale ja tylko o nich regularnie słyszę. Reszta są to tłumaczenia autorów anglojęzycznych, wszystkie te nieszczęsne Zmierzchy i Pamiętniki, pełne nastolatek zakochanych w potworach i zmiennokształtnych. A nasi autorzy? Obyczajówka, kryminał, romanse. Jeśli horror, to taki raczej ekstremalny, gore i slashery. Jeśli zaś chodzi o grozę, której siła leży w budowaniu nastroju, kuszeniu, ukazywaniu ponętnej strony zła: NIC. A przynajmniej ja na nic takiego nie trafiłam w ciągu ostatnich lat. No owszem, trafiłam na Twoje projekty, ale widzę, jak wiele wysiłku kosztuje Cię utrzymanie się na powierzchni. Oznacza to tyle, że albo nikt tak nie pisze, albo takie propozycje nie mają szansy wypłynąć na szerokie wody i stanąć na półkach z bestsellerami. Mój obecny wydawca, pozwólcie, że nie zdradzę się jeszcze, dopóki nie ruszy oficjalna promocja, z okładką, fragmentami do czytania i medialnym szumem, zobaczył w moich tekstach świetną okazję do tego, aby przekonać czytelników, iż literatura grozy naprawdę może wciągnąć wszystkich, może, oprócz przestrachu, wzbudzić zadumę, zafascynować, rozbudzić ciekawość. No i przede wszystkim może być świetnie napisana. Mam nadzieję, że razem zdołamy udowodnić jej wartość i pokazać ludziom, że taka literatura może być znakomitą rozrywką na wysokim poziomie. 

MS: Czy zatem polska literatura grozy ma szanse na sukces? Obecnie mówi się o „renesansie”, chociaż oznacza to, że po prostu pojawiła się większa grupa czytelników i większa ilość autorów. Myślę jednak tutaj o prawdziwym sukcesie – o „modzie” na grozę. Czego według Ciebie nasz gatunek potrzebuje, aby taka moda przyszła? 

AS: Jako pisarze i autorzy jesteśmy w większości pełni kompleksów, mam takie wrażenie. Prawie każdy debiutant zaczyna od kalkowania swego ulubionego, często zagranicznego autora, od powielania sprawdzonych schematów. To samo tyczy się wydawców: skoro taki Stephen King odniósł sukces, wypuśćmy „polskiego Stephena Kinga”, polskiego Koontza czy polskiego Mastertona. Czy naprawdę musimy mieć polskie odpowiedniki kogoś?? Autorzy boją się oryginalności, ponieważ wydawcy boją się zaryzykować, aby wytworzyć nową jakoś na rynku literatury grozy. Gdy zaczynałam rozsyłać moją powieść, byłam przekonana, że oferty się posypią, ponieważ tak nie pisał wówczas NIKT i uważałam, że to właśnie oryginalność jest największym atutem. Przeliczyłam się. Teraz jednakże coś się w końcu odmieniło. Pojawił się Darda (może jest już od lat, ale dopiero teraz mówi się o nim głośno), zaczynają wypływać i inne, nowe nazwiska. Mam nadzieję, że i moje wkrótce wypłynie, że zarówno czytelnicy, jak i wydawcy zrozumieją w końcu, że groza to nie tylko literatura klasy B czy D, to nie tylko tanie podniety i granie na najpierwotniejszych emocjach – co samo w sobie również jest niemałą sztuką. Tak naprawdę potrzebujemy jednego nazwiska, które wedrze się do mainstreamu i sprawi, że po „książki z dreszczykiem” sięgnie każdy, bez kompleksów, bez wstydu, że czyta bajki dla dorosłych. Tak było w przypadku kryminałów, wystarczyły dwa nazwiska i teraz już czyta się to wszędzie. Mam nadzieję, że moje nazwisko będzie tym pierwszym, które utoruje drogę rzeszom pisarzy bojących się głośno powiedzieć: „Napisałem horror. I jest świetny!” w obawie przez wyśmianiem i zakrzyczeniem. A Twoje może być drugim! 😉

MS: Dziękuję – i oczywiście życzę Ci, aby tak było. Ostatnie pytanie: gdyby nasi czytelnicy chcieli dziś wieczorem obejrzeć dobry film, albo jutro rano kupić naprawdę najlepszą książkę, jaką jesteś w stanie polecić, to co byś powiedziała? 

AS: To samo, co mówię od 20 lat: „Wywiad z Wampirem”. Powieść czytałam kilkakrotnie, w oryginale i polskim przekładzie. Film widziałam ponad 300 razy i to właśnie pod jego wpływem narodziły się w mojej głowie postaci, o których możecie czytać w moich powieściach.

MS: Dziękuję Ci bardzo za poświęcony czas. 

 

Agata Suchocka – Autorka cyklu powieści grozy „I Give You Eternity”, ukazującego się nakładem nowozelandzkiego wydawnictwa Cheeky Kea Printworks. Dotychczas wydano 3 tomy: „And Then The Darkness Came”, „Face To Face” i „Song of the Nightingale”, prace nad wydaniem pozostałych trwają. Na początku przyszłego roku, równolegle z wydaniem tomu czwartego na rynek anglojęzyczny, czytelnicy w Polsce będą mogli przeczytać w końcu tom pierwszy cyklu –  „Woła mnie ciemność”. Pisząca od dwóch dekad autorka nie ukrywa inspiracji wczesnymi dziełami Anne Rice. Celem jej literackiej krucjaty jest przywrócenie postaci wampira należnego mu miejsca w panteonie literatury grozy. Jej powieści przeznaczone są wyłącznie dla czytelników dorosłych. Krótsze formy jej autorstwa można przeczytać na blogu agatasuchocka.blogspot.com, gdzie autorka umieszcza opowiadania obyczajowe pełne wykolejonych postaci: outsiderów z marginesu i jednostek na różne sposoby skrzywdzonych, zaburzonych, nieprzystających do społeczeństwa i świadomie naruszających wyznaczone przezeń normy.

O Autorze

Michał Stonawski (ur. 1991 r. w Krakowie) - Redaktor naczelny lubiegroze.pl. Autor beletrystyki, publicysta, krytyk literacki. Debiutował w 2010 roku opowiadaniem "Wyrok" w antologii "Horyzonty Wyobraźni 2010". Od tego czasu opublikował ponad trzydzieści opowiadań tak elektronicznie, jak i na papierze (ostatnio: "Cisza" w "Nowej Fantastyce"). Aktywny członek fandomu fantastyki, organizator i koordynator eventów literackich, w latach 2014-2016 współorganizator Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Na 2017 rok planowana jest premiera książki "Mapa Cieni: Kraków", której jest pomysłodawcą, redaktorem i współautorem. Ostatnio próbuje swoich sił jako Game Developer - wiceprezes Alrauna Studio. Kontakt: mstonawski@gmail.com

Podobne Posty