Wojtek Gunia słusznie uchodzi za mistrza polskiego weird fiction. „Miasto I Rzeka”, książka składająca się z dwu dłuższych opowiadań (anglosasi nazywają takie teksty mianem „novella”, w pół drogi między opowiadaniem a powieścią) to kolejny dowód na potwierdzenie tej opinii.
+
Pierwszy tekst, tytułowe „Miasto I Rzeka” to wybuchowa, wypełniona akcją (!), tak samo strasząca jak fascynująca, mieszanka klasycznego horroru z weird fiction.
Do położonego w odosobnieniu, podupadającego miasteczka (to jest weird fiction!) przybywa zawodowy morderca z zadaniem odnalezienia i likwidacji niejakiego doktora Zylta. Bohater ma jednak własne plany dotyczące poszukiwanego. Szeptana plotka utrzymuje że doktor potrafi przywrócić życie zmarłym. A morderca nie umie pogodzić się ze śmiercią swego synka…. trakcie poszukiwań musi on uporać się z innymi, przysłanymi jego śladem przez Firmę (oburzoną opieszałością w wykonaniu zlecenia), zamachowcami, udaje mu się również poznać tożsamość zleceniodawcy.
Po wielu staraniach niedoszły zamachowiec odnajduje gabinet doktora, gdzie poddaje się upiornemu „badaniu”. W jego efekcie drzemiące w jaskiniach pod miastem Mroczne Siły doprowadzą do powrotu ukochanego synka zza grobu. Niestety, takie odrodzenie z reguły jest bardzo krótkotrwałe i nieuchronnie kończy się powrotem do świata zmarłych.

Stephen King napisał „Cmętaż Zwieżąt”, Daphne du Maurier napisała „Nie Oglądaj Się Teraz”, a Wojciech Gunia napisał „Miasto I Rzekę” – opowieść o utracie dziecka, o niepogodzeniu się ze stratą, próbach uciszenia bólu.
Opowiadanie spełnia oczywiście wszystkie wymogi gatunkowe współczesnego weird fiction. Tym razem jednak proza Guni, mimo że wciąż przesycona mroczną poetyką i pełna artystycznych ambicji, jest znacznie bliższa niecierpliwych oczekiwaniom fanów współczesnego horroru. Styl jest energiczny, zdania harmonijnie łączą się w przyjazne w lekturze akapity, a żywe dialogi napędzają tempo. Bardzo dużo fabularnej akcji, mnóstwo autentycznej grozy i przerażenia, a poważna tematyka opowiadanej historii nie przeszkadza w jej wręcz rozrywkowej efektowności. Przy czym wciąż podziwiać można konsekwentną aż do bólu scenografię, obecną w prozie Guni – wszystko toczy zgnilizna i pleśń a atmosfera upadku i nadciągającego końca jest przygniatająca. No i kolory…światy Guni są zawsze monochromatyczne – u niego nawet krew jest czarna !
Podsumowując, „Miasto I Rzeka” to rewelacyjna opowieść, z jednej strony spełniająca wszystkie wymogi gatunkowe weird fiction, z drugiej będąca pełnokrwistym sensacyjnym (aż chciałoby się rzec „komercyjnym”) horrorem.
+
„Droga Do Zjednoczenia” to opowiadanie bliższe stylistycznie kanonom „ligottiańskiego” weirdu. Również w tym przypadku treścią opowiadanej historii jest śledztwo. Bohater próbował będzie dociec przyczyn choroby umysłowej i będącego jej konsekwencją samobójstwa brata.
Musi w tym celu zagłębić się w rodzinną przeszłość, poznać historię życia swego Ojca (to taki archetyp weird fiction), poznać tajemniczy Zakład Happicha, odkryć upiorną tajemnicą kryjącą się w piwnicach domu brata by ostatecznie, wejść wgłąb niezwykłych, transowych wizji…

W „Drodze Do Zjednoczenia” punktem wyjścia fabuły jest, podobnie jak w pierwszym tekście, śledztwo, ponownie koncentrujące się na poszukiwaniu lekarza (o odpowiednio dziwacznym, „weirdowym” nazwisku). „Droga” jednak jest bardziej skoncentrowana na kreowaniu nastroju, niż na szybkiej akcji, więcej w niej niepokoju egzystencjalnego niż rozrywkowych dreszczy grozy. Niemniej również to opowiadanie bardzo konkretnie straszy ( szczególnie w pamięci zostaną finałowe sceny w piwnicy rodzinnego domu) i uwodzi atmosferą wszechobecnej tajemnicy.

Jeszcze końcowe spostrzeżenie – proza Guni, wciąż niezmiernie elegancka i wyrafinowana, wciąż pełna artystycznej ambicji, staje się coraz bardziej przystępna i przyjazna dla czytelnika. O ile lektura debiutanckiego „Powrotu” była sporym wyzwaniem estetycznym i intelektualnym, o ile nawet w rewelacyjnym „Nie Ma Wędrowca” również pojawiały się bardzo wymagające momenty, o tyle oba opowiadania z „Miasto I Rzeka”, nic nie tracąc na artystycznej głębi, czytają się niczym książka Stephena Kinga.

Czasami autor bywa zakładnikiem własnego sukcesu. W końcu nie jest łatwo napisać książkę dorównującą świetnemu „Nie Ma Wędrowca”. Wojtek Gunia swym rewelacyjnym „Miastem I Rzeką” znakomicie na te oczekiwania odpowiada.