Poznawanie książek publikowanych w ramach vanity publishingu potrafi być ciekawą przygodą intelektualną i artystyczną. Koronnym dowodem na to jest lektura „Demontażu” Szymona Chudyka. Nie, nie oznacza to, że „Demontaż” jest powieścią dobrą, przeciwnie, gęstymi momentami zdaje się ona nieznośnym, ocierającym się o grafomanię gniotem. Jednak jest też „Demontaż” powieścią niezwykle wymyśloną, tajemniczą, intrygującą. Nie jestem w stanie jej szczerze polecić – ale niektórzy odważni czytelnicy, którzy  zaryzykują lekturę mogą się naprawdę pozytywnie zaskoczyć i zdziwić.

Koncepcyjnie „Demontaż” oscyluje na granicy pomiędzy thrillerami Thomasa Harrisa a filmową serią „Piła” (z oczywistymi do tejże nawiązaniami fabularnymi). Pewne młode małżeństwo wraz z dzieckiem zostaje porwane przez grupę zbrodniczych psychopatów. Mężczyzna zostaje poddany okrutnej grze, w której, szantażowany życiem swych najbliższych, zgadza się na amputację obu nóg (!!!). Mimo jego krańcowego samopoświęcenia, przewodzący zbrodniarzom szalony doktor informuje go, że żona i córka zostały brutalnie zamordowane. Wszystko ma na celu ostateczny, fizyczny i psychiczny „demontaż” bohatera.

Odurzony środkami nasennymi kaleka zostaje podrzucony w miejskim parku. Policja dość szybko odnajduje jego prześladowcę – to uznany neurochirurg, szanowany świetny lekarz, troskliwy ojciec rodziny. Naturalnie zaprzecza on oskarżeniom, brak innych dowodów na potwierdzenie szalonej opowieści kaleki.

Zdesperowany bohater zabija doktora podczas jednej z policyjnych konfrontacji, za co zostaje skazany na długoletnie więzienie. Trafia na dziwaczny oddział dla kalekich przestępców. Jako że umierający w jego ramionach zbrodniarz wyznał, że żona i córka nadal żyją, za wszelką cenę chce on wydostać się z więzienia i podjąć poszukiwania najbliższych.

Umożliwiają mu to…oskarżający go uprzednio prokurator i prowadzący śledztwo policjant – po tym, jak przypadkowo ginie w wypadku samochodowym szalony pomocnik porywacza. To jego przedśmiertne zeznania potwierdziły opowieść kaleki, policja odnalazła na ich podstawie szczątki poprzednich ofiar doktora…

Nie mogę otrząsnąć się z zadziwienia, w jakie mnie wprawiła lektura „Demontażu”. Momentami naprawdę porywające, z żywą, efektownie pozakręcaną akcją, momentami zaś nieznośnie przegadane, pełne nabzdyczonych, wręcz grafomańskich akapitów. Przede wszystkim jednak zastanawiająca jest specyficzna, „bizarna” atmosfera całej opowieści. Autor ma wyraźną obsesję na punkcie amputacji i niepełnosprawności, W zasadzie temat amputacji nóg i wpływu tego na całe życie bohatera stanowi istotę powieści. No, ale z drugiej strony dobra literatura powinna u swej podstawy mieć jakiś żar, obsesję – to daje szansę na intrygujące rezultaty. Z tej perspektywy lektura „Demontażu” to szczególne, zapadające w pamięć, doświadczenie.

Ciekawie zarysowane są postaci, bardzo intrygujące, niejednoznaczne są ich wybory moralne i zachowania. Najciekawszy wydaje się tu sam zbrodniarz. Dr. Hellert to archetyp szalonego doktora. Nadludzkie możliwości, nadzwyczajna inteligencja, całkowity brak poszanowania norm ludzkich – postać podobna nieco do Hannibala Lectera. Niestety, dość szybko ginie on z rąk udręczonego Sema, pozostawiając spory niedosyt fabularny.  Uwagę przyciągają też siły porządku – prokurator Pol i policjant Robela, również postaci mocno ambiwalentne. Z jednej strony obaj zdecydowanie prą do skazania Sema za zabójstwo doktora, później jednak obaj angażują się w jego uwolnienie. No i sam główny bohater – najpierw stoicko poświęcający dla rodziny niemal wszystko, później martwy wewnętrznie wrak człowieka, napędzany tylko myślą o zemście i pochowaniu najbliższych. A jest jeszcze naprawdę przejmujący motyw rodziny zabitego, żony i córki, z którą nieoczekiwania zaprzyjaźnia się kaleki Sem.

Spory wpływ na nierealną, weirdową atmosferę „Demontażu” ma jej umiejscowienie w bliżej nieokreślonej Nibylandii. Owszem, nazwiska bohaterów czy nazwy miast budzą skojarzenie z Polską, z drugiej jednak są na tyle obce i nierzeczywiste, że mamy wrażenie uczestniczenia w czyimś koszmarnym śnie.

Technicznie „Demontaż” napisany jest kiepsko. Nawet bardzo kiepsko. Styl jest ciężki, niewdzięczny w lekturze, często razi nieporadność warsztatowa autora. Do tego dochodzą zupełnie grafomańskie akapity – jakieś banalne, albo dla odmiany całkiem dziwaczne przemyślenia…

Grubym minusem też jest nieprzystające tonacją do reszty powieści zakończenie – zupełnie jakby autor wysypał nagle worek cukru do gęstego „krupnika rozstrzygnięć” (była kiedyś zabawna powieść pod takim tytułem). Nieprzekonujące, mdłe, nieprawdziwe, aczkolwiek przyznać trzeba, że przynoszące trochę ukojenia po niesłychanie niepokojącej, męczącej lekturze.

„Demontaż” to dziwna powieść. Waham się, czy w ogóle przynależy on gatunkowo do „grozy” (choć reklamowany był i kupiłem go jako literaturę grozy). Z jednej strony rozwiązania fabularne wzięte są wprost z mrocznych gotyckich thrillerów, z drugiej jednak uwagę Autora przyciąga głównie życie wewnętrzne bohatera, jego reakcja na różne sytuacje życiowe, hiobowy wręcz stoicyzm, z jakim znosi kolejne ciosy okrutnego losu, w końcu zaś finałowe ukojenie.

Nie odważę się polecić, łatwo mogę sobie wyobrazić ogromne rozczarowane czytelnika spodziewającego się wartkiej akcji i świetnej grozowej rozrywki. Ale będę wyglądał kolejnej powieści Chudyka i chyba ją kupię, ciekaw, w którym kierunku rozwija się jego talent.