Jakby wziąć sagę „Zmierzch”, serial „Pamiętniki Wampirów”, wlać wiadro wody i wsypać worek cukru – to wyjdzie coś w rodzaju „Tajemnicy Czarnej Róży”. O dziwo, nie jest to nawet takie złe, ujmuje słodyczą i naiwnością opowieści, z normalnie jednak rozumianym horrorem, czy nawet z normalnie rozumianą powieścią, nie ma to nic wspólnego.

Do Dacezville (miejsce stylizowane na riceańską Luizjanę, ale daty wydarzeń historycznych do których odnosi się powieść – XIV wiek, nakazują uznać „Dacezville” za Francję; tak naprawdę jest to zdaje się mityczna Nibylandia Autorki) do swej babci przybywa nastoletnia Cornelia Ojnone. Wobec faktu, że jej rodzice pracują w Chicago (???) postanawia ona zamieszkać u babci na stałe.

Na miejscu zaprzyjaźnia się z grupą miejscowej młodzieży. Nie układa jej się jedynie z tajemniczym i przystojnym Rico, który początkowo przyjmuje dziewczynę niechętnie. Lody stopnieją, gdy okaże się, że Cornelię łączy z chłopakiem fascynacja miejscowym zrujnowanym dworkiem, w którym, jak głosi legenda, przed wiekami mieszkały wampiry…

Grupa młodzieży toczy beztroskie życie licealistów – a to na kręgle pójdą, a to do klubu potańczyć, a to na basen, czasami wieczory na wspólnych seansach filmowych im miną. Co było do przewidzenia, wkrótce niechęć Cornelii i Rica ustąpi miejsca miłości. W bajecznym nastroju młodzi spędzą w ulubionych ruinach walentynkowy wieczór. Tym większy cios spadnie na Cornelię, gdy chwilę później na przyjęciu zastanie ukochanego w objęciach innej….

Wszystko znajdzie swe wyjaśnienie, uczucie młodych się obroni, cóż jednak, wszystko się kiedyś kończy, życie, jak to bywa z wakacyjnymi romansami nastolatków, rozdzieli zakochanych.

No, to co do fabuły to by było na tyle. W powieści bowiem nic więcej się nie dzieje. Owszem, na czytelnika czekają aż dwa duże twisty fabularne – przyznać trzeba że fajnie wymyślone (nie jest twistem fakt, że Rico jest wampirem – to akurat oczywistość), potrafią one zaskoczyć i rozbawić czytelnika (zwłaszcza dowcip z babcią), ale generalnie jakichś dramatycznych wydarzeń nie ma się co spodziewać.

Lektura „Tajemnicy Czarnej Róży” to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Książka rozrzewnia swą niewinnością, naiwnością i słodyczą. Jest pogodna i bezpretensjonalna, a na dodatek bardzo fajnie się czyta. Trochę jakby notes nastolatki, zapis jej młodzieńczych fantazji i wyidealizowany obraz beztroskiego życia.

Ten „strumień świadomości” nie trzyma jednak profesjonalnych standardów prozy fabularnej. Język narracji, słownictwo, budowa fabuły, dialogi – wszystko jest bardzo, bardzo młodzieńcze i całkowicie amatorskie. Nadanie książce w miarę normalnego kształtu wymagałoby ogromnej pracy redakcyjnej (a z redakcją tekstu w Novae Res jest, jak wiadomo, krucho). Trochę szkoda – wydaje się, że w młodzieżowej, romantycznej opowieści z wampirami w tle mógłby czaić się jakiś potencjał rynkowy (wątpiących zapytam, kto poważny dałby szansę „50 Twarzom Greya” ? No właśnie…). A tak, to pozostało tylko swoiste curiosum, godne polecenia tylko tym, którzy pragną przez chwilę poczuć się, jak w liceum i znowu przeżyć ówczesne emocje. Chcąc poznać książkę należy jednak przygotować się na na spore braki warsztatowe oraz brak jakiejkolwiek grozy.

Na poważnie – z samej treści, to ledwo 2/10, natomiast za lekkość czytania i rozrzewniającą naiwność opowieści – dodatkowe dwa punkty. 4/10