Horror nie ma w Polsce łatwo. Co prawda szczególna estetyka gatunku, odmienność od powszechnie akceptowanych form i rozwiązań fabularnych wszędzie na świecie utrudnia zdobycie szerokiej popularności (choć Stephen King udowadnia, że można tę barierę pokonać), niemniej Polska niechęć do grozy jest szczególna i głęboko wszczepiona w świadomość społeczną.

Szukając przyczyn takiego stanu rzeczy cofnąć się trzeba do momentu, w którym powstawał literacki horror. Pominąwszy oświeceniową powieść gotycką, groza, jako świadomy siebie gatunek, pojawiła się w literaturze wraz z romantyzmem.  Gdy jednak świat zachwycał się „Frankensteinem” Mary Shelley, opowiadaniami E.T.A. Hoffmana, T.Gautiera czy E.A.Poego, polskim twórcom przyszło oddać swe pióra w służbę umiłowanej, rozrywanej zaborami Ojczyzny. Nie wypadało przecież zajmować się salonowymi opowiastkami o duchach, gdy Polska cierpiała w okowach zaborcy. A przecież wątki niesamowite pojawiały się we wczesnej twórczości Mickiewicza czy Słowackiego…

Nie inaczej było na dalszych etapach rozwoju literatury. Fantastyka, groza, znajdowały w niej swe wyraźne miejsce, ze szczególną siłą wybuchając na przełomie XIX i XX wieku. W Polsce jednak, nawet jeżeli tematyka nadprzyrodzona przebijała się do sztuki, czyniła  to raczej jako dodatek, ozdobnik dla sztuki zaangażowanej narodowo, patriotycznie (dobrym przykładem jest  „Wesele” Wyspiańskiego, chętnie czerpiące z arsenału grozy). Jedyną godną odpowiedzią artystyczną na boom, jaki literacki horror przeżywał na przełomie wieków jest twórczość Stefana Grabińskiego.

Zabory i będące na nie reakcją patriotyczne wzmożenie literackie to jednak tylko połowa nieszczęścia. Prawdziwa Czarna Noc nastała dla horroru w Polsce po II Wojnie Światowej.

Panujący w PRL realny socjalizm swym żelaznym uściskiem zarządzał, w stopniu dziś trudnym do wyobrażenia, całością świadomości społecznej. Państwo układało programy szkolne, gdzie elementy fantastyczne z literatury były bez litości rugowane, państwo również, jako jedyny wydawca, odpowiadało za politykę wydawniczą. A realny socjalizm fantastykę uznał za zbędną, niepotrzebną ludowi pracującemu miast i wsi. Owszem, akceptowana była tzw. fantastyka naukowa, ukazująca postęp ludzkości (najchętniej oczywiście panujący na całym świecie pokój i komunizm), podboje kosmosu, kształtowanie charakterów… ale bajki ludowe ? Straszące historyjki ? Jakieś dziecinne potwory za zasłonami, duchy, szaleńcy ? Coś takiego dopuszczalne było wyłącznie jako element tzw. klasyki literatury. Podobne podejście było elementem wychowania szkolnego. Preferowane były umiejętności techniczne, konkret i użytkowy realizm, nie zaś oddawanie się dziwacznym mrzonkom i fantazjom. W konsekwencji groza w PRL mogła istnieć wyłącznie ukryta, przebrana w kostium science fiction (tak czynili np. Stanisław Lem czy Adam Wiśniewski  Snerg).

Kiedy wraz z końcem socjalizmu w ten krajobraz nagle wtargnął wolny rynek, na czele szturmu na świadomość czytelniczą stanęła do tej pory pogardzana fantastyka nienaukowa – reprezentowana, obok rozlicznych serii fantasy, przez prawdziwą nawałnicę horrorów. W końcu można było trudno do tej pory dostępną grozę czytać, w końcu można było cieszyć oczy świadomie krzykliwymi i tandetnymi okładkami, za w pełnych makabry i grozy fabułach. Właśnie wtedy, ćwierć wielu temu, rodzić zaczął się współczesny polski fandom grozy. To ówczesna fascynacja horrorami napędza dzisiejszych autorów, wydawców, dziennikarzy, blogerów, fanów.

Póki co, lata dziewięćdziesiąte dla rodzimej grozy były wciąż skromne. (efekt patriotyczno-funkcjonalistycznego wychowania PRL). Pozostała z tego okresu raczej pastiszowa twórczość Jerzego Siewierskiego, zapomniane (niesłusznie) opowiadania Nowosada czy Oszubskiego, czy w końcu genialny, aczkolwiek trochę niedoceniany tryptyk powieściowy Małgorzaty Saramonowicz („Siostra”, „Lustra”, „Sanatorium”). Dopiero XXI wiek przyniósł stopniową, narastającą ostatnio w postępie geometrycznym, rewolucję.

Najpierw Łukasz Orbitowski, potem inni, Jakub Małecki, Robert Cichowlas, Kazimierz Kyrcz, Dawid Kain, Stefan Darda i wielu, wielu innych, zaczęli wydawać powieści i zbiory opowiadań grozy. Publikacją polskiej grozy zajęły się wydawnictwa : Fabryka Słów, Zysk, Videograf. Powstały również wyspecjalizowane w gatunku inicjatywy : Oficynka, Genius Creations, Gmork, Phantom Books, Dom Horroru czy Wydawnictwo IX. Wielu Autorów samodzielnie wydaje swe książki; za pośrednictwem nowoczesnych inicjatyw wydawniczych w np. Novae Res („vanity publishing”) czy to w formie e-booków (np. RW2010).  Dziś pod względem ilościowym polska literatura grozy na pewno jest u szczytu swych możliwości. Obecnych na rynku jest kilkaset pozycji. Rokrocznie pojawiają się nowe wydawnictwa, nowe książki, nowi autorzy.

Ta nawałnica ilościowa nie przynosi jednak, póki co, wymiernego efektu ekonomicznego. Pisząc wprost, literacki horror to wciąż w Polsce bardziej pasja niż biznes. Z pisania czy wydawania horroru w Polsce bardzo trudno zrobić sposób na utrzymanie. Imponuje rosnący, wydaje się bez ograniczenia, rynek kryminałów, rośnie bogaty rynek fanów fantastyki. A w światku horroru, czasami można odnieść wrażenie, że na jednego piszącego przypada jeden czytelnik.

Jest na to jedna rada – „robić swoje”. Siłą rzeczy obecne ożywienie będzie musiało, prędzej czy później, zaowocować zwiększoną sprzedażą książek, zwiększoną liczbą fanów gatunku. Trzeba cierpliwie tworzyć, publikować, promować, dyskutować, nawet spierać się. Naturalnie  – konieczne będą rozwój, poprawa jakości, ostatecznie selekcja. Słabsi autorzy będą musieli poprawić warsztat, odnaleźć świeże pomysły. Lepsi zaczną cieszyć się większą rozpoznawalnością, popularnością, last but not least – będą na horrorze lepiej zarabiać.

Takie założenie wymaga szczerej rozmowy, gorących pochwał, ale i uzasadnionej krytyki. w końcu zaś ożywienia, emocji, gorących dyskusji.

Kilar kiedyś powiedział, że bardzo lubi, kiedy jest ostro krytykowany, wręcz odsądzany od czci i wiary. Ważne było dla niego, że jego sztuka obudziła prawdziwe emocje. Jeżeli ktoś żywo krytykuje dzieło – mówił, znaczy to, że się z nim zapoznał, gotów jest z nim się kłócić, atakować. Może kto inny zechce wtedy bronić? Najgorsze zaś były w jego opinii zdawkowe pochwały. Podejrzewał nawet, że recenzent nawet nie słuchał ocenianego utworu…

W celu przybliżenia fanom grozy niektórych tytułów, promocji gatunku, wreszcie krytycznej dyskusji „Lubię Grozę” rozpoczyna cykl opinii książkowych poświęconych polskiemu współczesnemu horrorowi, zatytułowany „Polska Groza XXI”.

Na początek parę zdań o założeniach, jakie przyświecać mają publikowanym opiniom.

– Po pierwsze, z szacunkiem i życzliwością dla autorów i wydawców. Każdy autor poświęca na pisanie mnóstwo czasu, energii i zapału, pisze z najszczerszymi intencjami, z nadzieją na to, że jego książka spodoba się czytelnikom. Wydawca angażuje swój czas i środki, by książka odniosła sukces. W warunkach polskiego rynku grozy ich działania wynikają dużo bardziej z pasji, z upodobania do gatunku, niż z chęci zysku. Zatem nawet jeżeli efekt ich prac nie przypadnie do gustu, krytykę wyrazić wypada z szacunkiem, maksymalnie merytorycznie wskazując, co i dlaczego nie zyskało uznania,

– ważną rolą opinii na temat książki jest prezentacja jej treści. Owszem, w odniesieniu do kluczowych rozstrzygnięć finałowych obowiązuje spoiler agent, ale nie dotyczy to streszczenia głównych założeń fabuły. Takie streszczenie ma większą moc zainteresowania potencjalnych czytelników,

– cykl zakłada pisanie o różnych utworach polskiej grozy powstałych w XXI wieku. To nie jest z założenia cykl promujący nowości. Zatem nie należy wiązać z nim nadziei na przedpremierowe recenzje – ich zadaniem nie jest krytyczna ocena, a zainteresowanie nowością, promowanie jej. Nie znaczy to, że nowo wydawane pozycje nie mogą tu zostać omówione, ale, generalnie,  nie takie jest zadanie cyklu,

– na koniec (lekko podrasowany) cytat z Pisma „obyś był zimny, albo gorący, a nigdy letni !”. Czytanie to również emocja. Dobra książka zachwyca, zła książka złości. Stąd, mimo deklaracji o szacunku i życzliwości zdarzą się oceny surowe i krytyka ostra. Ale po pierwsze, szczera krytyka jest warunkiem rozwoju sceny. Po drugie, źle czy dobrze, pal sześć, byle sztuka budziła emocje. Jednemu się nie spodoba, może drugiemu przeciwnie, wszystko to może ożywić zainteresowanie omawianym tytułem.

Pozostaje tylko zaprosić do lektury książek polskich autorów, do dyskusji na temat przeczytanych pozycji, do krytyki i pochwał. W ten sposób  „Lubię Grozę” zamierza kontynuować swą misję promocji Polskiej Grozy powstałej w XXI wieku. Enjoy.