Zręcznie i lekko napisany horror, dobra rozrywka bez szczególnych ambicji artystycznych.

+

Policja prowadzi śledztwo w sprawie serii brutalnych morderstw i dziwnych samobójstw. Sprawą zajmują się oficerowie Justyna Sowa i Jerzy Misiak, prywatnie para pozostająca w dość luźnym związku. Mnożą się (z imponującym trzeba przyznać rozmachem) kolejne niewyjaśnione zbrodnie. Ofiar nic ze sobą nie łączy, giną mężczyźni, kobiety, dzieci, śmierć zaczyna krążyć również wśród grupy prowadzącej śledztwo.

Tymczasem pewna bezdomna informuje Justynę, że za falę przemocy odpowiada grasująca w mieście wiedźma. Policjantka trafia do opuszczonego domu handlowego, w którym ukrywa się czarownica. Ta w trakcie bezpośredniego spotkania rzuca na Sowę klątwę. Teraz gra zaczyna się toczyć również o życie policjantki.

+

Olga Haber to „grozowe” nom de plum znanej pisarki Katarzyny Misiołek. I wyraźnie widać, że na terytorium obyczajowym czuje się ona pewnie. Postaci wykreowane są zgrabnie, dialogi płynne i naturalne a relacje międzyludzkie wciągające czytelnika. Nieco gorzej wygląda element przygodowo – niesamowity. O ile same śmierci, ich ilość oraz brutalność, zaspokoją każdego fana grozy, to samo śledztwo policyjne, które teoretycznie jest treścią powieści, wlecze się powoli i bez żadnego wyraźnego kierunku.

Główny pomysł na fabułę inspirowany jest wyraźnie legendarną „Suspirią” (a w sumie całą „czarowniczą” trylogią Argento), sam klimat opowiadanej historii przypomina jednak bardziej telewizyjny serial policyjny niż regularny horror.

Książkę bardzo przyjemnie się czyta – Haber sprawnie prowadzi narrację i ciekawie prowadzi losy przedstawionych postaci. Odrobinę może razi pewna niestabilność fabularna – raz będąca głównym przeciwnikiem czarownica jest prawie wszechmocna, raz z kolei zaskakująco osłabiona. Ale generalnie, aż do finału powieści, zabawa jest naprawdę zacna.

Niestety, samo zakończenie jest w swej skrótowości groteskowo wręcz absurdalne. Odnieść można wrażenie, że autorce znudziła już się książka i postanowiła ją natychmiast zakończyć, byle mieć ją z głowy i zająć się nowym projektem. W rezultacie wyszedł taki mokry kapiszon… Nie chcę przesadnie spojlerować, ale naprawdę na myśl przychodzi legendarna scena z Indiany Jonesa pojedynkującego się z arabskim szermierzem. Trzeba odjąć cały punkt za ten kiepski finał.

Niemniej „Wyklęci” to w sumie przyjemna, niezobowiązująca zabawa makabrą – jak ktoś ma dwa wolne popołudnia, może się przyjemnie rozerwać.