Wiem, że okładka nie powinna w raporcie na temat książki mieć znaczenia, w końcu „don’t judge a book by its cover”, ale nie mogę nie zacząć od pochwały Dawida Boldysa – jego okładka do „Nienasyconego” to kwintesencja pulp horroru spod znaku Phantom Press, podrasowana do potrzeb XXI wieku. Świetny wygląd zmienia niepozorną przecież książeczkę w swoisty gadżet, artefakt biblioteczny – wart eksponowania na półce wraz z gujsmitami sprzed lat. Jak tylko zobaczyłem ją w sieci, od razu wiedziałem, że muszę ją mieć. Za to zabawne i udane nawiązanie do przeszłości – duże brawa dla wydawcy.

Sama powieść, niestety, nie jest aż tak udana…

Fabułę książki rozpoczyna i kończy seria krwawych zbrodni dokonanych w Toruniu przez seryjnego mordercę o pseudonimie „Młociarz”. Okazuje się, że masakra ma związek z prastarym słowiańskim demonem Neasitem.
Neasit, zwany również Nienasyconym, to istota żywiąca się śmiercią i cierpieniem ludzkim. Kontrolę nad nim zdobył zakon krzyżacki, by użyć go w charakterze Wunderwaffe podczas wojny z Litwą. Kilkaset lat poźniej skrzynię z uwięzionym Neasitem hitlerowcy (jak wiadomo, w stałym poszukiwaniu jakiejś Wunderwaffe) przewozili w okolicy Torunia. Po uszkodzeniu pojazdu ze skrzynią demon ostał się w podtoruńskim lesie.
Przenosimy się do lat 90tych – demona przyzywa trójka pociesznych wsiowych metalowców, w równie kabaretowym celu dokonania pomsty na dziewczynie, która rzuciła jednego z nich.
Mimo porażającej niekompetencji młodzieńcom udaje się uwolnić demona, ten zaś okazuje się w swym morderczym działaniu aż nadto efektywny…

Sam pomysł na „Nienasyconego” jest bardzo dobry. Demon jest krwawy, mordy brutalne i okrutne, wszystko pulpowo gra i buczy. Skąd zatem niezadowolenie ? Otóż jest „Nienasycony” powieścią z bardzo zachwianymi proporcjami. Akcja zajmuje tak naprawdę ledwie 1/3 powieści ! Ponad sto (!) stron zajmują dwa wlekące się bez odpowiedniego tempa wątki – historia wojny krzyżacko litewskiej oraz pogaduchy metalowej trójki przygotowującej się do wezwania/uwolnienia demona. A przecież wątki te są tak naprawdę jedynie prologiem dla właściwej fabuły.

I tu właśnie jest pies pogrzebany – Radecki, zamiast bez skrupułów zanurzyć się w pulpowym nonsensie, położyć nacisk na akcję bezpośrednią usiłuje, w starym mastertonowskim stylu, ze szczegółami opowiedzieć historię Neasita. A jest to, z punktu widzenia logiki pulp horroru, naprawdę zbędne. Wystarczą dwa jakkolwiek zestawione akapity i już można jechać na ostro !

Najbardziej ciąży nad powieścią wątek krzyżacki. Jest on w ogóle niepotrzebny – nie przekonuje i tak naprawdę niewiele wnosi fabularnie do opowieści. Owszem, średniowieczna krzyżacka geneza dodaje demonowi malowniczości, ale przydługa anegdota hamuje narrację ciągnącym się przydługo opisem kampanii litewskiej. Na dodatek wojna ta opisana jest na tyle niezgrabnie, że w pewnym momencie czytelnik zadaje sobie pytanie – po co w ogóle był Krzyżakom ten cały demon ? Przecież koniec końców – odnieśli oni walne zwycięstwo bez pomocy sił nadprzyrodzonych !

Również powolne i przydługie są posiadówki „demonologów” – ponownie Autor ze zbytnią determinacją usiłuje opowiadać historię Neasita. A to jest przecież pulpa !

O potencjale tkwiącym w „Nienasyconym” świadczą początek i koniec – czyli te fragmenty, w których na pierwszy plan wysuwa się żywiołowa, pełna makabry akcja. Mają one gore’owy, brutalny klimat i iście heavy metalową energię (kreując postać Młociarza Autor wyraźnie miał na myśli „Hammer Smashed Face” Cannibal Corpse). Więcej morderstw i lepiej poprowadzony finał (jego zdawkowe urwanie przypomina nieco słabości „technik narracyjnych” Guya N. Smitha), a całość stanowiłaby zgrabną makabreskę. Póki co, pozostało uczucie niedosytu i nadzieja na więcej akcji bezpośredniej w kolejnym tomie.