Rok 2019 w polskiej grozie to rok, w którym objawił się talent Jakuba Bielawskiego. Najpierw był znakomity zbiór opowiadań „Słupnik” od Phantom Books, teraz zaś przyszła kolej na jego pierwszą powieść – „Ćma” którą wydał miłościwie nam panujący (na polu wydawnictw grozy) Vesper. Efekt? Po prostu – zachwycający. Powieściowy debiut Bielawskiego to fantastyczna mieszanka romansu z horrorem, opowieść o miłości z grozą w tle, grozą początkowo przyczajoną w narożnikach opowiadanej historii, wraz z rozwojem akcji nabierającą coraz bardziej znaczenia i mocy, wiodącą aż do przerażającego, ponurego finału.

+

Początek XXI wieku u podnóża Gór Sowich. Krzyżują się drogi dwu nastolatek, zbuntowanej chłopczycy Kai i pięknej, otoczonej gronem przyjaciół niczym z Beverly Hills, Niny. Po początkowych napięciach pomiędzy dziewczynami rodzi się szybko rosnąca zażyłość i sympatia. Wkrótce dla obu staje się jasne, że mówiąc krótko, mają się ku sobie, że ich przyjaźń przeradza się w miłość (tak, to straszne LGBT, o zgrozo !). Cieniem jednak nad świeżym uczuciem kładzie się miejsce jednego z ich pierwszych spotkań – ponura opuszczona leśniczówka. Objawia się tam mroczna siła, wywołująca w dziewczynach nieokreślone przerażenie i zmuszająca je do panicznej ucieczki. Później Nina parę dni choruje, wymiotuje ćmami (to jest mocno odjechany pomysł, niczym z japońskich horrorów), a w myślach zaczyna do niej mówić tajemniczy Głos. Ta sama nadprzyrodzona siła „podrzuca” Kai budzące grozę mroczne grafiki.

Dziewczyny postanawiają poszukać źródła koszmarów – najpierw w narkotycznych wizjach z wykorzystaniem halucynogennych grzybków, później badając lokalne przerażające legendy. Natykają się w nich na postać Nachtjagera, Nocnego Łowcy…

+

„Ćma” ma znakomitą prasę. Sporo osób w sieci wychwala ją pod niebiosa, książka spotkała się też z bardzo dobrymi recenzjami. Taki hype zawsze budzi pewne wątpliwości, tym bardziej zaskoczony jestem, że ta, rewelacyjnie wymyślona i świetnie napisana, powieść okazała się nie tylko godna swej sławy, ale nawet ją przekraczająca.

Najpierw wielkie zaskoczenie – „Ćma” jest wspaniałą opowieścią…. o miłości. Zasadniczo nie tego oczekuje fan horroru od powieści reklamowanej jako horror, ale przyznam szczerze, że historia rodzącego się miedzy dwoma dziewczynami uczucia mnie totalnie zachwyciła. Relatywnie rzadko czytam romanse, nie mam więc odpowiedniego porównania, ale „Ćma” jest jedną z najpiękniejszych historii miłosnych, jakie zdarzyło mi się czytać.  Jeju, do tego stopnia byłem oczarowany (ąsząte? – kto czytał, ten wie 🙂 ), że pierwsze 200 stron czytałem jak w ciągu, bez chwili przerwy ! A kiedy, gdzieś na wysokości 2/3 fabuły, romans zaczął ustępować grozie, przez kilkadziesiąt kolejnych stron nie umiałem ukryć przed sobą rozczarowania, wręcz tęsknoty za dalszymi losami zakochanych dziewczyn. Przez chwilę trzeba było przyzwyczajać się do zmiany klimatu.

Pomimo delikatnego tematu Bielawski ani na chwilę nie uległ pokusie tandetnej eksploatacji, przeciwnie, opis wzajemnego uczucia dwu dziewcząt ujmuje taktem, elegancją, i wrażliwością. Właśnie – cóż to za wspaniałe charaktery ! W weird fiction rzadko uwagę autorów przyciąga kreacja postaci, tymczasem bohaterki powieści to postaci żywe, intrygujące, ciekawe, potrafiące zauroczyć czytelnika.

W części obyczajowej autor tylko rozstawia na szachownicy elementy rodzącego się horroru. To spowite mrokiem miejsca, strzępki starych opowieści a przede wszystkim budząca niepokój i uczucie nieokreślonego strachu przyroda Gór Sowich (nb. wyraźnie, momentami do granic pastiszu, przypominająca lovecraftowskie opisy Nowej Anglii).  Na konkretne, mocne uderzenie czeka się dość długo, „Ćma” to grozowy slowburner. Za to ponury, depresyjny finał, jak już nadejdzie jego pora, mocno zapada w pamięć i porusza do głębi.

Jeszcze dwa zdania na temat stylu. Dużo osób wskazuje, że jest on wymagający, trudny w odbiorze, mnie jednak wydał się, odmiennie, bardzo przystępny, wręcz porywający. Zresztą wystarczy go porównać ze znacznie bardziej hermetycznym, momentami wręcz przesadzonym w artystowskim rozpasaniu stylem debiutanckiego zbioru Bielawskiego „Słupnik”. Tutaj opowieść rozwija się sprawnie, wartko i bardzo przejrzyście.

Znakomita jest też stylizacja językowa oddająca umiejętnie nastoletniego, buntowniczego ducha komunikacji bohaterek. Ich język i myśli są krótkie, szorstkie, pełne brutalizmów i wulgaryzmów. Dodatkowe kudosy za kapitalny pomysł, jakim było przeniesienie sporej części dialogów dziewczyn do SMSów czy komunikatora GG (popularnego wówczas „gadulca”) – krótkich, pełnych literówek i charakterystycznych skrótów.

Genialny, wywodzący się z weird fiction pomysł fabularny (chwilami, w opisach lęgnącego się w umyśle szaleństwa przypominający „Siostrę” Małgorzaty Saramonowicz), rewelacyjne wykonanie, żywy, chwytający za serce opis rodzącej się miłości, rosnąca aż do eksplodującego finału groza, perfekcyjny warsztat i przystępny styl – „Ćma” praktycznie nie ma słabych stron. To wspaniała, głęboko poruszająca i przejmująca powieść, która na długo zostanie z czytelnikiem. Dla mnie osobiście jeden z głównych faworytów do wszelkich laurów literackich za rok 2019.