Po wielu latach nieobecności powrócił wreszcie do Polski król B-klasowej pulpy, Guy N. Smith. Najpierw był zeszłoroczny zbiór opowiadań Domu Horroru „Kraby”, teraz zaś Phantom Books wydało jego powieść „Przeklęci”.

„Przeklęci” to dla polskich fanów Guya taka trochę legenda ludowa. Książka była już zapowiedziana i reklamowana przez wydawnictwo ćwierć wieku temu (a wikipedia umieszczała ją zawsze wśród pozycji wydanych w Polsce) i w sumie nie wiadomo, co stanęło na przeszkodzie jej publikacji. Wydanie „Przeklętych” przez Phantom Books, które w dużej mierze powstało przecież w celu przywołania buntowniczego ducha niegdysiejszej pulpowej inwazji, stanowi realizację misji, domknięcie kręgu.

Pewien duchowny, zapalony egiptolog, przywiózł do Anglii, na pamiątkę pobytu w kraju faraonów, dwie mumie, wraz z odnalezionym przy nich amuletem Seta. W wilgotnym klimacie mumie zaczęły szybko gnić, wielebny zatem z bólem serca pogrzebał je, wraz z amuletem, w angielskiej ziemi.

Kilkadziesiąt lat później w miejscu pochówku zlokalizowane zostało zamożne osiedle River View, na którym na skutek szczęśliwego zrządzenia losu – wygranej na loterii, zamieszkała rodzina Brownlow, George, Emilia, oraz dwójka ich dorosłych dzieci – Barry i Sheila. George, przekonany o nadchodzącej wojnie nuklearnej, postanawia w ogrodzie wybudować schron przeciwatomowy. W trakcie prac ziemnych natrafia na amulet Seta (same mumie tajemniczo rozpływają się w ziemi – Guy nie wrócił do ich tematu, koncentrując fabułę na artefakcie). Dalsza część powieści to opisy złowrogiego wpływu, jaki znalezisko wywarło na rodzinę, i dramatycznych wydarzeń, do których wpływ ten doprowadził.

To, co mi się najbardziej podobało w „Przeklętych” to niejednoznaczność fabuły. Powieść można odczytywać bowiem nie tylko jako opowieść o mumiach czy egipskiej magii, ale również jako kameralną historię narastającego obłędu, opętania. Smith zwodzi czytelnika wymyślając coraz to nowe emanacje klątwy, możliwe jednak, że wszystkie zdarzenia nabierają nadnaturalnego znaczenia głównie w umysłach bohaterów. Prawdziwa groza czai się zaś na marginesie opowiadanej historii, w miejscowej stacji bakteriologicznej, z której wydostaje się na zewnątrz śmiertelna choroba, czy w komunikatach mediów, ukazujących narastające zagrożenie nuklearne (na ten trop zwraca uwagę apokaliptyczne zakończenie).

Jak zwykle, świetne są obserwacje obyczajowe Smitha, jego złośliwy opis podziałów klasowych angielskiego społeczeństwa. Wygrywa on w „Przeklętych” ten temat, kpiąc z nowobogackiego nadęcia Emily Brownlow (w stylu przypominającym bohaterkę serialu „Co Ludzie Powiedzą”) i uprzedzenia rodziców wobec „pochodzącego z gminu” chłopaka córki.

Smith wyraźnie się do „Przeklętych” przyłożył. Powieść jest, jak na jego „standardy” oczywiście, starannie skonstruowana i napisana, Guy stara się być elegancki – relatywnie niewiele jest w powieści gore, seksu, czy tradycyjnych gujowych nonsensów fabularnych (to może stanowić zawód dla niektórych czytelników). Książka jest też zaskakująco gruba. Z jednej strony to dobrze, bo to typowy pageturner, więc większa ilość stron oznacza większą radość czytelnika, z drugiej jednak momentami zdarza się Autorowi nieco ględzić i powtarzać – powieść mogłaby być spokojnie o połowę krótsza, fabuła nic by nie straciła, a akcja tylko nabrałaby tempa.

Odrębne słowa uznania należą się wydawnictwu Phantom Books. „Przeklęci” to nie tylko treść, to również forma. Książka wygląda obłędnie – to piękny biblioteczny gadżet, cieszący oko fana. Jej idealny „phantomowy” rozmiar powoduje, że doskonale wygląda na półce, zarówno ze starymi, jak i nowymi tomikami serii. Okładka jest przepiękna (inna rzecz, że widoczna na niej mumia wbrew pozorom niezbyt koresponduje z treścią książki – założyłbym się, że autor okładki projektując ją nie znał powieści), a tłumaczenie, cóż, to najlepsze tłumaczenie Smitha na polski. Świetnie zachowane są w nim proporcje pomiędzy klarownością stylu a jedynym w swoim rodzaju gujowym stylem pisania. Wielkie brawa.

Lektura „Przeklętych” to była wielka frajda. Bardzo mocno trzymam kciuki, by ekipa Phantom Books nie poprzestała na tym i poszła za ciosem – jest przecież jeszcze tyle niewydanych w Polsce powieści Smitha. Każdą kupię na pniu. Gorąco polecam wszystkim fanom żwawej, prostej pulpowej grozy.

PS.
Mała anegdotka na koniec – u podstaw pomysłu na „Przeklętych” leży autentyczne wydarzenie. Ksiądz egiptolog, który przywiózł i pogrzebał w angielskiej ziemi dwie mumie, istniał naprawdę. Zdarzenie to Guy, wówczas młody dziennikarz, opisał w lokalnej prasie, by po latach wrócić do tej historii, rozbudowując ją w pełnowymiarową powieść grozy.