Ósmego kwietnia 2015 roku na portalu polskagroza.pl ukazał się felieton „Ideologii precz” pióra redaktora naczelnego strony, Michała Stonawskiego. Tekst dotyczył wpływu ideologii na kulturę i sprawy ruchu „Sad Puppies” w nagrodzie literackiej HUGO. Tydzień później na blogu „Labirynt z liści” pisarza Wojciecha Guni  ukazał się komentarz. Twórcy postanowili kontynuować dyskusję o fantastyce, grozie, kulturze i ideologii posiłkując się wydarzeniami, które działy się równolegle do niej. Rozmowa toczyła się od dwudziestego drugiego kwietnia 2015 roku do ósmego maja roku 2016. Jej zapis znajduje się poniżej.

Pierwszą część rozmowy można znaleźć pod tym linkiem. 

Wojciech Gunia: Interpretacje zawsze więcej mówią o interpretującym niż o samym tekście – co najwyżej tyle, że jego konstrukcja i zestaw symboli, z których go zbudowano, pozwala się w miarę dowolnie kształtować. Co jest oczywiście wartością samego tekstu, choć niekoniecznie przekłada się to na wartość samej interpretacji. W istocie dopisanie dowolnego znaczenia do dowolnego tekstu jest kwestią biegłości retorycznej, sprawności w posługiwaniu się narzędziem logiki, ewentualnie umiejętnością sprawnego zneutralizowania tych aspektów tekstu, które nie poddają się naszej wizji. Natomiast tego rodzaju biegłość jest czymś zupełnie odrębnym od słuszności bądź niesłuszności poglądu, który usiłuje się sprzedać. Interpretacja, której dokonał Braun wpisuje się, choć nie do końca, w podobną tradycję, w której osadzony jest np. „Ostatni powiernik pierścienia” Yeskova – próby opowiedzenia tekstu „od drugiej strony”, co jest oczywiście interesujące pod względem poznawczym, choć dla mnie w tym konkretnym wypadku Brauna o wiele bardziej interesujący jest aspekt psychologiczny, swoista ideologiczna pareidolia.

Pamiętam jak na studiach otrzymaliśmy na ćwiczeniach bardzo ciekawe zadanie, które było powtórzeniem już kiedyś przeprowadzonego eksperymentu. Otóż, dostaliśmy listę filmów wyświetlanych w ramach zajęć dla studentów filmoznawstwa; poproszono nas, byśmy tę listę potraktowali jako tekst literacki i spróbowali ją zinterpretować. Okazało się, że pojemność i nośność przypadkowych słów, z których składała się lista była na tyle duża, że dawało się przy pewnym wysiłku złożyć z tego chaosu słów całkiem spójne, konsekwentnie prowadzone wnioskowanie. Co więcej, takich spójnych, konsekwentnych interpretacji szybko pojawiła się pewna ilość (niektóre sprzeczne ze sobą), co pozwala przypuszczać, że gdyby nie sztywne ramy czasowe ćwiczenia, można było ich naprodukować dowolną ilość.

Oczywiście, w tym momencie możemy sobie zadać pytanie: no dobrze, skoro tak jest, to znaczy, że nie ma czegoś takiego jak bezwartościowy tekst. Możemy sobie wziąć najgorszą książkę Guya N. Smitha czy dowolną książkę Coelho i przy pomocy odpowiednich narzędzi retorycznych dopisać do nich znaczenia, które chłam i bełkot uwznioślą, nadadzą zupełnie nowy wymiar. W „Pamiętniku znalezionym w wannie” Lema poniekąd dochodzi do zobrazowania takiej sytuacji: studnia znaczeń okazuje się nie mieć dna, z materiału zdań da się ulepić dowolną treść, z tej treści inną treść, z tej jeszcze inną i tak bez końca, paranoiczną spiralą wprost w otchłań absurdu. Przeładowanie języka potencjałem znaczeń unieważnia samo znaczenie i zrównuje w gruncie rzeczy to, co uznajemy za wysokie i to, o czym uważamy, że puka do nas przez dno. 

Skoro zostajemy postawieni wobec równoważności przeciwstawnych racji wynikających z tego samego zestawu znaków, musimy sobie zadać pytanie: czy wobec powyższego nie przeceniamy sensu, nie nadajemy zbyt dużej rangi czemuś takiemu jak interpretacja, którą utożsamiamy z sensem dzieła? A przede wszystkim: czy nie popełniamy pewnego nadużycia identyfikując estetyczne odczucie, jakie wzbudza w nas tekst z ideą, którą chcemy wpisać w kompozycję tekstu? Czy nie jest tak, że pragniemy z tekstu wyciągnąć jakieś uniwersalne wnioski, ale jedynym, co wyciągamy, jest nasz autoportret?

Jak to się ma do ideologii w literaturze? Postulowałem, aby wprost uczynić nasz rodzimy horror areną dyskusji z rzeczywistością, na wielu frontach i na wielu poziomach. Teoretycznie, mówiąc jednocześnie o „nadużyciu interpretacyjnym” jako pewnej normie poznawczej, wydaje się, że trochę sam sobie podcinam gałąź; przynamniej w ten sposób, że deprecjonuję możliwe odczytania takich utworów. Zaraz wyłgam się z tej niekonsekwencji;  musimy tylko wrócić do tego, co powiedziałem na początku o konstrukcji i zestawie symboli. Mimo wszystko nie uważam, aby dowolność w interpretacji przekładała się na jakość tekstu oraz na to, jaki ma dany tekst potencjał do wzbudzania w nas pytań. Retoryczna gra w interpretacje może być ciekawym ćwiczeniem umysłowym, natomiast jeżeli do niej przystępujemy, to z pełną świadomością tego, że próbujemy dokonać zabiegu na materiale, który został zaklasyfikowany na przykład jako bezwartościowy; innymi słowy wiedzie nas ku temu przekora albo coś do niej zbliżonego. Przekora, w której odcinamy się od materiału źródłowego i budujemy własną opowieść. Tylko, że przekora jako właściwość psychologiczna leży poza tekstem i nie ma żadnego odniesienia do tego, jaki tekst ma uniwersalny potencjał do stawiania pytań.

To jest jedna sprawa, druga to to, o czym wspomniałeś mówiąc o próbach wywierania wpływu przez tych, którzy przedkładają jedne odczytanie nad inne – co bierze się wprost z wyznawanej ideologii, co jest odbiciem tej ideologii. Kiedy Michael Houellebecq odczytał Lovecrafta poprzez kontekst rasizmu, jego interpretacja była logicznie spójna, a mimo to można ją potraktować jako spore, choć nieintencjonalne nadużycie; w tym sensie, że uczyniła sercem tej twórczości aspekt, który jest dość – powiedziałbym – marginalny. Co więcej, odczytanie rasistowskie w samej interpretacji Houellebecq pojawia się niejako na marginesie, jako jeden z kontekstów. Tym niemniej skuteczność, z jaką zrobił to Houllebecq, bardzo mocno wpłynęła na postrzeganie twórczości Lovecrafta przez wielu czytelników. Takie polityczne odczytanie jest efektowne, ale płytkie. O wiele ciekawsze są interpretacje zestawiające twórczość Lovecrafta z współczesnymi ideami filozoficznymi, na przykład z realizmem spekulatywnym, w jego obrębie szczególnie z nihilizmem transcendentalnym Raya Brassiera. A jednak wciąż, jeżeli już ktoś próbuje sięgnąć głębiej, poza formalne granice macek i plugawych, bluźnierczych rytuałów,  częściej mówi się o Lovecrafcie – rasiście a nie jako o Lovecrafcie – wywrotowym myślicielu negującym jakiekolwiek znaczenie ludzkiego życia i jego sensotwórczych wysiłków wobec praw natury (z czym bardzo się zgadzam), choć przecież z tego samego eseju Houellebecq dałoby się wyciągnąć podobny wniosek. Coś sprawiło, jakiś duch czasów, że jeden element układanki okazał się mieć większe znaczenie dla większej ilości odbiorców niż inny. Nie podejrzewam, by intencją Houellebecq było naznaczenie Lovecrafta piętnem rasisty opiewającego obrzydliwość „ras niższych”; tym niemniej taka interpretacja nieco wymknęła się spod kontroli, ale w zupełnie naturalny sposób. Mem okazał się skuteczny, a my możemy sobie co najwyżej tupnąć nogą… lub wymyślić coś skuteczniejszego.

Kiedy mem okazuje się skuteczny, jego upowszechnianie odbywa się na wielu polach i poprzez różne strategie. Także poprzez strategię przymusu. Powiedziałeś, że jeżeli mniejszość usiłuje naginać pewne mechanizmy pod własną wizję świata, to jest to zło – ale jakie zło? Wobec czego? I czy zło większe niż w sytuacji, gdy większość decyduje o mniejszości? Na pewno nie jest to zło wobec samego świata, bo sam świat jest tak ukształtowany. Reguła świata nie występuje w żaden sposób przeciwko sobie samej. Natomiast same mechanizmy rozumienia świata są w znacznej części umowne, są zmienne i właśnie dlatego są zmienne, że są polem walki różnych sił, prądów, idei. W walce o przetrwanie, o zdominowanie, a taki wzorzec walki jest zaprogramowany, wszystkie chwyty są dozwolone. Bellum omnium contra omnes. Ciała tego świata walczą ze sobą w ramach jednakowych reguł, choć wedle różnych możliwości, zawsze dążąc do tego, by własną ekspresję podnieść do rangi – jak to określiłeś – dekretu, ustawy. Żywimy pewną iluzję, że nagroda dla dzieła wartościuje dzieło, ale tak naprawdę wartościuje co najwyżej prąd, który w danej chwili dominuje i coś tak grząskiego jak wartości literackie są drugorzędne. „Kiedyś to nagradzano dobre książki!” – mówimy, z minami zatroskanych upadkiem cywilizacji mędrców, a tymczasem prawda jest taka, że wówczas obowiązywał inny paradygmat i nagradzano takie książek, które dziś uznajemy za wartościowe z takiego a takiego powodu. To było fajne, ale się zmieniło; zmieniły się okoliczności, do głosu doszły inne wartości i inne problemy. Inną sprawa jest to, że wartości artystyczne są zawsze drugorzędne wobec wartości adaptacyjnych. Kultura to starcie wartości adaptacyjnych; w tym sensie kultura w wymiarze ogólnym zawsze jest wolna.

Za zło możemy w oczywisty sposób uznać poczucie krzywdy u tych, którzy nie podzielają pewnej wizji świata, ale zmuszani są do niej się dostosować; tyle że pod względem moralnym nie ma znaczenia, czy opresja przymusu widzenia świata w określony sposób dotyka mniejszości czy większości, bo po prostu jest opresją przymusu widzenia świata w określony sposób. Tak – prowokacyjnie pociągnę teraz Twoją myśl –  gwałt jest naturalny, bo gdyby nie był naturalny, to by nie występował w przyrodzie. Naturalność gwałtu jest powiązana z jego skutecznością. W walce o przetrwanie i dominację gwałt jest naturalny, podobnie jak gdzieniegdzie naturalny bywa kanibalizm. Jest złem z naszego punktu widzenia, ale to, że jest w naszym systemie etycznym czymś złym nie oznacza, że nie jest naturalny albo że gdzie indziej nie może być uznany za coś szlachetnego; pomijając już jego występowanie w przyrodzie jako takie. Jeżeli nieświadomie zamoczysz nogi w rzece, w której są piranie, to w oczywisty sposób spowoduje to Twoje cierpienie, które możemy uznać za złe, ale przecież nie można winić piranii za to, że są piraniami i że skusiły się na twoje kończyny. To, co stało się w wypadku Nagrody Hugo jest właśnie zupełnie naturalne – może przykre, może oburzające, ale naturalne. Podobnie w wypadku Nagrody Nike. Opadła z hukiem fasada i odsłonięty został mechanizm. Nasza świadomość podpowiada nam ocenę danego zjawiska, ale ocena zawsze dokonuje się ex post, świadomość, zwłaszcza jednostek, jest zawsze wtórna wobec zaistnienia zjawiska w wymiarze globalnym.

I jeszcze, odnośnie do gwałtu: jeżeli pozostaniemy na naszym horror-poletku, to będziemy musieli uznać, że strategię gwałtu obiera także często sam gatunek, ale też często po prostu literatura, sztuka. Wprawdzie dobrowolnie sięgamy po pewne dzieła, ale jeżeli wywołują one w nas dyskomfort, jeżeli uderzają w nasze wartości, jeżeli budzą w nas sprzeciw, ale jest za późno, by wycofać się z ich doświadczenia (zobaczonego nie da się od-zobaczyć), to trudno określić to inaczej niż gwałt. Mamy bezpieczny pop-horror, który pozwala nam w kontrolowany sposób przeżywać strach, ale mamy też dzieła tak nasączone pierwiastkiem tego, czego nie da się kontrolować, że mogące stanowić doświadczenie graniczne. W tym wypadku wartościowanie tego specyficznego gwałtu jest uzależnione od tego, jaka jest jakość, charakter zmiany, która w nas zachodzi.

Odnośnie grafomanii, to delikatnie się z Tobą nie zgodzę: akurat było wiele utworów, które miały bardzo wyraźne ukierunkowanie ideowe, co nie uchroniło ich przed byciem literaturą dość nędzną. Gdybym miał poszukiwać rozróżnienia pomiędzy grafomanią a nie-grafomanią w oparciu o problem idei, to poszukiwałbym raczej w okolicach poznawczych – grafomania lubuje się w stawianiu prostych, jasnych diagnoz sprzężonych z jasnymi i prostymi rozwiązaniami złożonych problemów. Nie-grafomania ma zdecydowanie mniej wdzięczne zadanie, bo jej zwrot jest przeciwny: skupia się raczej na stawianiu pytań, często takich, na które nie daje się udzielić dobrej odpowiedzi. Grafomania zestala obraz świata, nie-grafomania konsekwentnie go rozbija.

Michał Stonawski: Zatrzymajmy się na chwilę przy temacie zła i gwałtu. Idąc za Twoim tokiem myślenia jest oczywiście gwałt tak samo naturalny, jak i nawet potrzebny do zdrowego funkcjonowania. Mówimy jednak o gwałcie psychicznym, uświadamiającym coś – przełamującym pewne bariery i strefę komfortu. Przyzwyczailiśmy się używać słowa „gwałt” jako wyrażenia pejoratywnego i słusznie zwróciłeś uwagę, że nie do końca tak to wygląda. Podobnie ma się, myślę, sytuacja ze złem – z pewnego punktu widzenia zło w ogóle nie istnieje. To jakaś forma krzywdy, a jak wiadomo co dla jednego krzywdą, dla drugiego szczęściem lub korzyścią… w tym wypadku faktycznie możemy popaść w niekończący się wir interpretacji i rozkładania każdego pojęcia na czynniki pierwsze – to byłoby na pewno bardzo interesujące doświadczenie, dla dobra dyskusji musimy jednak pozostać na jakiejś płaszczyźnie pojęciowej, by się nie pogubić. Są formy gwałtu, dzięki którym słowo to zyskało taki a nie inny wydźwięk. Z tym raczej nikt nie może dyskutować – gwałt to pewna czynność wbrew drugiej osobie i jej wolności osobistej. Wspominasz o gwałcie praktykowanym przez książki grozy – doświadczenie graniczne, przełamywanie barier. Zgoda, ale sięgasz po to z własnej woli. Jeżeli „gwałt” jest zbyt intensywny – przerywasz go.

Zło jest dla mnie agresywnym działaniem wobec wolności drugiej jednostki, którego nie można przerwać bez odpowiedzenia agresją na agresję. Zauważ teraz, że jeżeli pewna grupa ludzi wywiera agresywny (bo przecież grożący represjami i ostracyzmem społecznym) nacisk na twórców, czy też działaczy kultury, to w tym kontekście właśnie mamy prawo mówić o źle. Mimo całej jego umowności.

Wspominasz o Michaelu Houellebecq i jego eseju, dzięki któremu Lovecraft zyskał miano rasisty. Gdzieś pomiędzy naszymi wypowiedziami zaistniała sytuacja, do której bardzo chciałbym się odnieść – mowa o nagrodzie World Fantasy Award, której to organizatorzy właśnie poddali się naciskowi – znów – grupy ideologicznej, mówiącej o tym, że popiersie Lovecrafta nie może być przyznawane. Właśnie dlatego, że został uznany – wedle dzisiejszych norm i obyczajów – za rasistę. W ten sposób czterdzieści lat tradycji tej właśnie statuetki zostało dosyć gwałtownie zakończone. I znów – mamy nacisk, medialny szum i zmianę świata wedle ideologicznych wpływów grupy patrzącej na pisarza z perspektywy przekonań, nie zaś jego twórczości. Dodatkowo mówimy tutaj, podkreślę, o pisarzu, który już odszedł z tego świata a jego rzeczywistość była różna od naszej. Dla mnie jest to właśnie przykład gwałtu, zła o którym mówiłem wcześniej. Absurdu politycznej poprawności. Ale także i ideologicznej wojny na strefy wpływów, o której wspominałeś. Z tym, że – jak dla mnie – strefa wpływów jednego z tych środowisk właśnie dokonała agresji na niepodległość innego. 

Wojciech Gunia: Cała ta sytuacja z Lovecraftem i WFA jest przykra, ale przy okazji odsłania kilka istotnych problemów.

Pierwszym jest to, jak bardzo osobiste poglądy artysty mogą być wykorzystywane do negatywnej egzegezy jego dzieła. Ok, uznajmy, że Lovecraft był rasistą. Faktycznie, jeżeli przeczyta się „Widmo nad Innsmouth” czy kilka innych opowiadań, można uznać te teksty za oparte na mechanice lęku rasowego, strachu przed innym. Ale zarzut, że Lovecraft używał swojego pióra by z pełną premedytacją szerzyć nienawiść międzyrasową, jest krzywdząco podły, ponieważ nawet jeżeli lęk rasowy stawał się dla pisarza katalizatorem dla skonstruowania grozy, to ta groza sięgała w zupełnie inne rejony niż banalne przerażenie i obrzydzenie ludzką odmiennością. Oczywiście, Lovecraft nie był piewcą miłości i wielkości człowieka, wprost przeciwnie, to jeden z najczarniejszych pesymistów w historii literatury, o czym wielu jego wielbicieli zdaje się nie wiedzieć bądź zapominać, zachwycając się pluszowymi maskotkami Cthuhlu i wesołymi memami o Wielkich Przedwiecznych. Ostrze jego pióra było wymierzone przede wszystkim w metafizyczny nonsens ludzkiego bytu, a nie w kwestie polityczne. Lovecraft był przede wszystkim – od tego zacznijmy – nihilistą. Doktrynalny rasizm, który  dopisuje wartościowanie do biologii, z definicji nie może być nihilistyczny. Programy rasistowskie są przecież – mimo swej obrzydliwości – pozytywne, tzn. zakładają jakąś pozytywną celowość; stan, ku któremu należy dążyć. Oczyszczenie rasy z naleciałości Innego i dążenie do supremacji biologicznej i kulturowej. Uprzedzenia rasowe to w kontekście Lovecrafta i jego światopoglądu rzecz w gruncie rzeczy marginalna i robienie z niej osi jego pisarstwa to zupełne pomieszanie z poplątaniem. Zresztą to, jak na decyzję kapituły WFA zareagował Joshi, Hindus, dobitnie świadczy o tym, że robienie z HPL politycznego doktrynera rasizmu jest nadużyciem dużego kalibru. W pewnym sensie, przy odrobinie złej woli, można tak zdeprecjonować znaczną część literatury grozy, jako tej, która u samych podstaw musi się oprzeć na jakimś antagonizmie i wartościowaniu stron konfliktu.

Natomiast nie należy zapominać, że jest coś takiego, jak racje drugiej strony. Rasizm Lovecrafta – domniemany czy prawdziwy, znaczący czy marginalny – może być dla wielu osób problemem nie do strawienia i należy to uszanować. Pamiętajmy, że rasizm to nie jest śmiesznie nieznaczny pogląd grupki niegroźnych postrzeleńców, tylko myśl, która wygenerowała w XIX i XX wieku miliony ofiar. W samych USA upiory rasizmu wciąż mają się dobrze. U nas zresztą też miewają się nie najgorzej. Szkoda tylko, że jeżeli istniała potrzeba przepracowania moralnej nieskazitelności patrona nagrody, to wszystko odbyło się na zasadzie autorytarnie podjętej decyzji, a nie na drodze dyskusji. Do kwestii Lovecrafta dodałbym jeszcze jedno: jeżeli chcemy walczyć w tej wojnie kulturowej po stronie jakiejś idei, którą uznajemy za słuszną, w tym wypadku zwalczania rasizmu, to nie możemy zrobić nic głupszego niż wepchnąć znaczącego autora wprost w objęcia rasistowskiej braci jako ich głosu, ich rzecznika. Ale to tak na marginesie.

Problem drugi to natomiast wynikające z tego, co przed chwila powiedziałem pytanie: w jaki sposób kultura ma radzić sobie z ludźmi, którzy z jednej strony wnieśli istotny wkład w jej rozwój, a z drugiej… No właśnie, splamili się czymś, co jest obiektywnie obrzydliwe. W porównaniu do wielu cenionych intelektualistów i ich poglądów, a nieraz czynów, ten marginalny (w mojej opinii) rasizm Lovecrafta naprawdę wygląda niewinnie. Louis Ferdinand Celine był zapiekłym antysemitą, na którym ciążyły oskarżenia o kolaborację z nazistami. Za co kary śmierci dla niego domagał się Sartre. Ten sam Sartre, który sympatyzował z totalitarnym ZSRR i udzielił moralnego wsparcia terrorystom z Frakcji Czerwonej Armii. Martin Heidegger aktywnie popierał NSDAP, do którego należał, Noam Chomsky, zaślepiony wizją komunistycznego raju na Ziemi, włożył wiele wysiłku, by zdyskredytować ludzi demaskujących zbrodnie Pol Pota i reżimu Czerwonych Khmerów w Kambodży (dość – w kontekście tego, co wiemy dziś – obrzydliwy tekst Distortions at Fourth Hand, opublikowany w 1977r. w „The Nation”). Uwielbiam malarstwo Franza Radziwilla, ale Radziwill był – co tu dużo mówić –  kanalią. Członkostwo w NSDAP, udział w Volkssturm i donosicielstwo na mieszkańców Dangast, gdzie żył i tworzył swoje apokaliptyczno-surrealistyczne pejzaże. Przykłady można mnożyć i mnożyć. Nie wspominam już nawet o tym, że Platon, myśliciel fundamentalny dla naszej kultury, opisał także idealne jego zdaniem państwo, w którym chyba nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby się znaleźć.

Co w takiej sytuacji? Czy można artystę bądź filozofa rozdzielić na twórczość i myśl, wypreparować z nich osobę skażoną tym, co ciemne? A jeśli tak, to jaką symboliczną twarz nadać temu, co wyraża ich ceniona twórczość? Przecież Lovecrafta nie cenimy za jego poglądy polityczne, ale za to, co zrobił dla literatury fantastycznej i (przynajmniej niektórzy) za oryginalną, radykalną filozofię ludzkiej obecności w świecie. Statuetka WFA pokazywała Lovecrafta – fantastę. Nie rasistę, nawet nie nihilistę. Fantastę, pisarza, artystę. Rasizm zasługuje na potępienie, bo wszyscy jesteśmy jednakowo marni i robakom kolor skóry żadnej różnicy nie zrobi, ale ta akcja kapituły WFA była w naprawdę kiepskim stylu. Z drugiej strony – ponarzekałem sobie, a przecież to jest ten sam problem, który omówiliśmy na początku, coś dla rozwoju kultury czy cywilizacji naturalnego. Zżymamy się, bo lubimy twórczość Lovecrafta, ale z zewnątrz wygląda to być może inaczej.

Michał Stonawski: Czyli wracamy do początku naszej rozmowy. Mam wrażenie (wybacz, jeżeli się mylę), że prezentujemy dosyć zbieżne stanowiska – nie dobrze jest, kiedy coś lub ktoś wpływa na kulturę i jej twórców gwałcąc ich prawa ideologią, ale z drugiej strony sama ideologia jest rzeczą zupełnie naturalną i naturalnym jest też, że mniejszości starają się dyktować warunki, w konsekwencji niektóre z nich stają się większościami. Dzieje się ewolucja. To, w czym się ze sobą nie zgadzamy to reakcja na zmiany. Dla Ciebie są czymś zwyczajnym i chociaż wiesz, że niektóre nie są zbyt trafione (jak ta nieszczęsna afera z statuetką WFA), to w końcu je przyjmujesz jako naturalne. Ja z kolei patrząc na kulturę się przeciwko nim buntuję – wyrażam sprzeciw. Nie wiem, która z postaw – pasywna czy aktywna – jest ostatecznie lepsza. Z doświadczenia powiem, że moje działania mają ten minus, że powodują dużo tarć międzyludzkich i (moim zdaniem niepotrzebnych) emocji. Dalej jednak upierał się będę przy swoim – ideologia wpływająca na kulturę to źle, ale jeśli z kultury wypływa ideologia – to z kolei dobrze. I chyba w tej sprawie nie mam już nic więcej do dodania.

Wojciech Gunia: Może jest tak, że w gruncie rzeczy wszystkim rządzą właśnie emocje, logika instynktu, a te całe systemy, argumenty, wybiegi retoryczne mają za zadanie nam je zgrabnie uzasadnić, abyśmy mogli wieść swoje zadowolone życie zwierząt racjonalnych? Czy to źle, że ideologia wpływa na kulturę? W sumie ideologia i kultura są ze sobą tak mocno powiązane, że nie da się ich od siebie odseparować. Tworzą się wzajemnie i jedno nie może istnieć bez drugiego. Wiec wychodzi na to, że w pakiecie dostajemy też parę rzeczy, z którymi będziemy czuć się nienajlepiej. Albo ktoś inny. Boleję nad tym, ale chyba do czasu wymarcia ludzkości niewiele będzie można z tym zrobić.

Korekta: Marta Sobiecka

O Autorze

Michał Stonawski (ur. 1991 r. w Krakowie) - Redaktor naczelny lubiegroze.pl. Autor beletrystyki, publicysta, krytyk literacki. Debiutował w 2010 roku opowiadaniem "Wyrok" w antologii "Horyzonty Wyobraźni 2010". Od tego czasu opublikował ponad trzydzieści opowiadań tak elektronicznie, jak i na papierze (ostatnio: "Cisza" w "Nowej Fantastyce"). Aktywny członek fandomu fantastyki, organizator i koordynator eventów literackich, w latach 2014-2016 współorganizator Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Na 2017 rok planowana jest premiera książki "Mapa Cieni: Kraków", której jest pomysłodawcą, redaktorem i współautorem. Ostatnio próbuje swoich sił jako Game Developer - wiceprezes Alrauna Studio. Kontakt: mstonawski@gmail.com

Podobne Posty