Ósmego kwietnia 2015 roku na portalu polskagroza.pl ukazał się felieton „Ideologii precz” pióra redaktora naczelnego strony, Michała Stonawskiego. Tekst dotyczył wpływu ideologii na kulturę i sprawy ruchu „Sad Puppies” w nagrodzie literackiej HUGO. Tydzień później na blogu „Labirynt z liści” pisarza Wojciecha Guni  ukazał się komentarz. Twórcy postanowili kontynuować dyskusję o fantastyce, grozie, kulturze i ideologii posiłkując się wydarzeniami, które działy się równolegle do niej. Rozmowa toczyła się od dwudziestego drugiego kwietnia 2015 roku do ósmego maja roku 2016. Jej zapis znajduje się poniżej.

 

Michał Stonawski: Mieliśmy ostatnio ciekawą sytuację w świecie literackim – oto dwie ideologiczne grupy doprowadziły do osłabienia pozycji (oby nie śmierci) tak wielkiej nagrody literackiej jaką jest nagroda Hugo. Napisałem to wcześniej i dalej podtrzymuję – boję się tego zjawiska. Chodzi mi o wpływ ideologii na kulturę słowa. Bo z tym, że ideologia w dziełach pisanych była, jest i będzie, obaj się przecież w swoich tekstach zgodziliśmy. Problem jest jednak gdzie indziej – żyjemy w czasach, kiedy to mniejszość dyktuje warunki większości. Dużo jest w tym chęci zadośćuczynienia za wcześniejsze krzywdy i dużo mówienia o tolerancji wobec „pokrzywdzonych”. Mam jednak wrażenie, że często dochodzi do absurdów, kiedy mniejszości przypierają do muru winy, narzucają swój sposób myślenia innym. „Daj komuś palec, weźmie całą rękę” – trochę sprawdza się to stare porzekadło. Przykładem może być niedawne przemówienie dyrektora FBI i tendencja do coraz śmielszego fałszowania historii, jakoby istniały „polskie” obozy śmierci. Adekwatna jest też sprawa nagrody Hugo, kiedy pewna grupa osób pilnowała, by nominowani byli pisarze-geje, pisarki-lesbijki, czy pisarze ciemnoskórzy. Później pojawił się ruch Sad Puppies, którego członkowie najwyraźniej chcieli pokonać zło jego własnymi metodami. Skończyło się jak skończyło – wszystko z powodu ideologicznej wojny. 

A pośrodku tego wszystkiego mamy kulturę, która powinna być, może nie tyle bezstronna, co wolna… 

Wojciech Gunia: Zacząłbym od tego, że nie jest niczym nowym zjawisko, w którym mniejszość dyktuje warunki większości. Albo raczej: gdzie mniejszości dostatecznie sprawne i skuteczne bądź formatują obszar zewnętrzny (tzw. większość), bądź kreują jakąś rzeczywistość bez oglądania się na większość. To nie jest żadne zwyrodnienie naszych czasów, tylko coś zupełnie naturalnego, co zaczęło się jeszcze w czasach prehistorycznych. Jako ludzie żyjący w mydlanej bańce czegoś, co się nazywa „nowoczesną demokracją we względnie stabilnym otoczeniu geopolitycznym” funkcjonujemy w pewnej iluzji posiadania wpływu, ale jeżeli przyjrzymy się temu, jak bardzo realną moc sprawczą mamy w sytuacjach społecznych, to okaże się, że coś takiego jak „wpływ większości” wcale nie jest taki oczywisty. Niby uczestniczymy w wyborach, ale nie do końca mamy wpływ na to, jak zadziała mechanika ordynacji wyborczej, niby mamy swoich reprezentantów, ale ludzie, którzy trafiają do parlamentu, nigdy nie reprezentują nas, wyborców, tylko interesy i idee swoich partii, a w wypadku wzorca „wodzowskiego” interesy i idee wąskiej grupy ludzi. Co więcej, biorąc pod uwagę przeciętną frekwencję wyborczą, dojdziemy do wniosku, że to znów – mniejszość (dostatecznie zdeterminowana) wybiera władzę większości. A zatem, już na poziomie ustrojowym ta piramida wpływu zwęża się bardzo szybko.

Oczywiście, istnieje coś takiego, jak paradygmaty kulturowe, powszechnie przyjęte wzorce zachowań, ale każdy z tych wzorców rozwinął się od czegoś, co u swego zarania było udziałem wąskiej grupy; od idei, która pojawiła się w jednej ludzkiej głowie i okazała się na tyle skuteczna pod względem adaptacyjnym, że opanowała też inne ludzkie głowy. A zatem to, co nazywamy większością nie jest obszarem władzy, ale rejonem walki o wpływ. Inną sprawą jest to, że każda większość jest zestawem jakichś mniejszości. Zresztą kultura jako taka, biorąc pod uwagę całe spektrum jej przejawów, nie jest niczym innym niż polem walki o uprawomocnienie własnej ideologii. Więc to nie tyle kwestia proporcji, ale skuteczności adaptacyjnej danego poglądu, danej idei, danego prądu. Można się na to zżymać, zwłaszcza, gdy czujemy się częścią większości, na której swoje piętno usiłuje odcisnąć mniejszość, ale to od zawsze tak działało, całkowicie poza kategoriami dobra i zła. Kultura, która nie dąży do różnicy, w której nie pojawiają się nowe idee i zjawiska, usiłujące stać się zjawiskami powszechnymi, jest czymś, co szybko się spetryfikuje, umrze. Wszystko się zmienia, przeobraża, czy się nam to podoba czy nie. Jesteśmy tylko marionetkami w rękach idei (na których wybór mamy w sumie niewielki wpływ), nosicielami memów, którzy – jako zarażeni – mają wielką nadzieję, że ich własna choroba okaże się chorobą pozostałych ludzi. Jesteśmy wszyscy chorzy na idee, ale te pasożyty są nam w jakiś sposób niezbędne.

Masz zupełną rację, że to, co stało się w wypadku nagrody Hugo (a także w wypadku WFA i afery ze statuetką „rasisty Lovecrafta”) jest smutne (ale tylko z jakiegoś punktu widzenia, który nie jest przecież powszechny), ale nie ma w tym nic, co byłoby zaskakujące albo niezwykłe albo świadczyło o jakimś szczególnym upadku kultury, chyba że za permanentny, wieczny  upadek uznamy cały proces przeobrażeń kultury od jej zarania. Nie wiem, czy zgodzisz się ze mną, ale o wiele bardziej zasmucające było to, co okazało się przy okazji ubiegłorocznego rozdania nagrody Nike w 2014 roku, kiedy dość obrzydliwa wymiana uprzejmości pomiędzy Dunin i Karpowiczem obnażyła towarzyskie mechanizmy funkcjonowania jednej z najważniejszych nagród literackich w Polsce. Mechanizmy, za którymi nie stała już nawet jakaś głębsza czy płytsza ideologia, ale uwikłania personalne kilku osób. Ale to, czy nagroda Hugo czy Nike czy jakakolwiek inna umrą czy nie, tak naprawdę nie jest aż takie ważne – jedne podmioty się skończą, przyjdą następne (które też kiedyś odejdą w niebyt, jak wszystko). 

Co do tego, co ostatnio stało się w wypadku przemówienia dyrektora FBI (skoro już wspomniałeś…), to może w ramach dygresji powiem tylko tyle, że gdybyśmy chcieli być złośliwi, moglibyśmy odpowiedzieć, że przedstawiciel państwa (celowo mówię tu o państwie, a nie o narodzie czy zbiorowości), które zapisało się w historii tym, że zostało ufundowane na wybiciu rdzennej ludności swojego terytorium, a także tym, że jest jedynym jak dotąd państwem, które użyło przeciwko innemu państwu dwukrotnie broni nuklearnej, przeprowadzało nieludzkie operacje w Wietnamie i Kambodży, zdestabilizowało Bliski Wschód oraz wciąż przyczynia się aktywnie do śmierci tysięcy ludzi w innych rejonach świata, czy to wskutek działań wojennych czy polityki gospodarczej, ma mocno średni mandat, by pouczać kogokolwiek na temat moralnej odpowiedzialności za Holocaust albo na temat psychologii zła. Nazistowskie Niemcy miały swój Cyklon B, a Stany Zjednoczone swój Agent Orange. No ale niech będzie, hipokryzja jest wpisana w ludzką naturę. W naszą także, choć wolelibyśmy o tym nie pamiętać, więc nad słowami Comeya zawsze warto się pochylić.

Oczywiście jest prawdą, że Polacy przyczynili się do śmierci wielu Żydów podczas II wojny, jest też prawdą, że wśród Polaków byli kolaboranci (i mniejsza już o motywacje) i to jest temat bolesny i wstydliwy. Ludzie, dla których zakotwiczenie w narracji „narodowej” jest ważne, budujący swoją tożsamość w relacji do historycznej zbiorowości, muszą się z tym rozliczyć. I to nie poprzez zakrzykiwanie faktów i udawanie, że co złego, to ktoś inny. Trochę zabawne jest to, że w zbiorowej narracji gloryfikują zaangażowanie narodu w ratowanie Żydów przed zagładą, zapominając o tym, że często  inni przedstawiciele tego samego narodu czynili rzeczy okropne. Oczywiście, można też powiedzieć, że oceny generalizujące same w sobie są mało wartościowe, bo co to znaczy, że Polacy byli współodpowiedzialni za Holocaust? Znaczy dokładnie tyle samo, ile to, że Polacy ratowali Żydów z Holocaustu. Byli ludzie narodowości polskiej, którzy podejmowali działania haniebne i byli ludzie narodowości polskiej, którzy podejmowali działania heroiczne. Wypowiedzenie tego jest kwestią zwykłej uczciwości, którą winne są obydwie strony sporu. Nieuwzględnianie tych niuansów przy formułowaniu kategorycznych ocen moralnych w kontekście historii wojennej wobec czegoś tak płynnego jak zbiorowość, wobec czegoś tak abstrakcyjnego jak naród przy całym zróżnicowaniu jego tkanki społecznej, które to oceny są następnie przenoszone na jednostki, może i powinno budzić wątpliwości. Pomijam już kwestię zbiorowego dziedziczenia zarówno odpowiedzialności, jak i chwały, choć oczywiście zakładamy, że pamięć zbiorowa służy także temu, by pewnych błędów nie powtarzać. Jeżeli historia będzie się miała powtórzyć, to po prostu się powtórzy i absolutnie nikt nie będzie miał niczego do powiedzenia. Procesy dziejowe są ponad naszą wolą. Jestem pewien, że komory gazowe i kominy krematoriów jeszcze nie raz będą znaczyć ludzką historię.  Ale – wracając do tematu – tak działa kultura na poziomie meta. Z kłącza idei, przetworzeń idei, a także faktów, ich uproszczeń lub przeinaczeń tworzy się cały czas świadomość zbiorowa, która zawsze będzie dla kogoś krzywdząca. Jedyne, co można robić, to aktywnie sprzedawać „własną” wersję, mieć nadzieję na to, że nasz „mem” się przyjmie lepiej niż inne.

Wracając do tego, co powiedziałeś – co to jest wolna kultura? To po prostu kultura, która się przeobraża swoim, niezależnym od nikogo rytmem. Jedne prądy będą zyskiwać przewagę nad innymi, ale to jest zawsze tymczasowe i jest tylko kwestią czasu, aż jakiś dominujący pogląd zostanie wyparty przez inny pogląd. Każde imperium upadnie, każde centrum ulegnie peryferyzacji. Rzecz najbardziej oczywista pod Słońcem. Z naszej perspektywy jednostkowej trudno przejść na poziom meta, więc odbieramy to jako rewolucję, jako zamach na nasze iluzoryczne tożsamości, ale to, jaki mamy osobisty stosunek do tych przemian jest dla tych przemian bez znaczenia.

Michał Stonawski: Prawdą jest powiedzenie, że wszystko zależy od punktu widzenia, jak mawiał Ben Kenobi. Z jednej strony mamy demokrację, jako rządy ludu, w domyśle – większości. Ale wychodzi też na to, że to mniejszość rządzi większością, jak mówisz. Partie reprezentują swój własny punkt widzenia, rządzący – punkt widzenia partii. Zapachniało JOWami. Ciekawe jest natomiast to, co mówisz odnośnie stref wpływów – zgodziłbym się z tym. Nawet bardzo chętnie, bo ma to sens. W tym przypadku byłaby kultura areną walki na idee. I to też się zgadza, bo skoro każdy autor może ukazywać poprzez swoje dzieło pewne idee – i to robi – to zaraża tym innych. Kultura jako nośnik informacji przewyższa wszystkie inne. Żaden proces nauczania, żadna odgórna propaganda, dekret, czy ustawa nie jest w stanie zaszczepić pewnych przemyśleń i idei tak, jak robi to kultura. To, czy przekaże je dobrze – to już inna sprawa, jako, że pozostaje nam (odbiorcom) pewna dowolność interpretacyjna.

Jakiś czas temu Grzegorz Braun kandydując na urząd prezydenta RP, przeanalizował fabułę „Gwiezdnych Wojen” pod kątem tego, czy Yoda był żydem, a Jedi funkcjonariuszami bezpieki. Niektórzy się z tego śmieją, ja natomiast uważam to za arcyciekawe podejście do tematu – wszystko do siebie pasuje. Oczywiście, wizja Brauna pasuje też do innych wykreowanych światów i nie mogę powiedzieć by była tą, którą Lucas chciał przekazać w swoich filmach. W tym tkwi haczyk – swoboda interpretacyjna sprawia, że serwowana widzom ideologia o walce dobra ze złem zyskuje nowe wymiary. Nagle to Sithowie mają rację. A może właśnie mieli ją od początku? Jeśli więc kultura może tak dobrze posłużyć za nośnik ideologii, może się też zdarzyć, że idee przestaną się pokrywać. Więcej – zaczną się nawzajem zwalczać. Nośnik i treść pozostanie bez zmian. 

Cały czas jednak mówimy o kulturze jako nośniku pewnych idei. Za kulturą stoją twórcy, którzy te idee zaszczepiają. Wszystko proste i logiczne, nawet w przypadku, gdy twórcy są przedstawicielami pewnych mniejszości, które mają… nazwijmy to – pęd ekspansji. To jest dobre. Co nie jest dobre, to działanie odgórne na twórców, a także na kulturę, by prezentowane były określone idee. Takie działanie zbyt często prowadzi też do absurdu, kiedy grupy wywierające nacisk dążą do cenzury innych idei. Kultura, wolna (i przez to wspaniała jako nośnik) zostaje, jak dla mnie, zdegradowana do roli pisma urzędowego, dekretu, ustawy. Innymi słowy – staje się fałszywa. Odbiorcy bardzo łatwo potrafią wyczuć fałsz – co by było, gdyby pewna grupa ideologiczna kazała Orwellowi napisać „Rok 1984” o tym, że Wielki Brat jest dobry? Albo, gdyby Bradbury mógł pisać tylko o tym, że dobre jest palenie pewnych książek? Mówisz, by nie rozpatrywać tego w kategoriach dobra i zła, a wpływów pewnych ideologii. Jeśli ta „walka o wpływy” rozgrywa się naturalnie, oddolnie – to masz rację i nie można jej tak postrzegać. Jeśli jednak mniejszość zaczyna wpływać odgórnie na pewne mechanizmy, usiłując nagiąć je do swojej woli – myślę, że to jest zło. Oczywiście, że spowodowane walką o wpływy, ale jednak zło. Coś, co gwałci pewien naturalny mechanizm. Chyba, że gwałt też jest w pewien sposób naturalny, ale nie jestem pewien, czy takie myślenie nie idzie już za daleko… 

Cieszę się, że przywołałeś tutaj sprawę Nike. Muszę przyznać, że w całym tym szaleństwie zupełnie zapomniałem o tej (wciąż nowej) aferze. A dotyczy przecież także nagrody literackiej i to jednej z ważniejszych dla rodzimej kultury słowa. Użyłeś też bardzo dobrego słowa – zasmucające. Nie uważam, by upadek jednej, czy drugiej nagrody okazał się katastrofą, przynajmniej nie o zasięgu „globalnym” – będzie katastrofą dla mnie. Globalnie będzie to właśnie zasmucające wydarzenie. Widzisz, ja się obawiam raczej konsekwencji. Tego, że grupy ideologiczne w takim wypadku (mówię o Hugo) pójdą „za ciosem”. Czy mają taką siłę przebicia – nie wiem. Jako osoby związane z fantastyką, a więc o otwartych umysłach i skłonnościach do gdybania, powinniśmy takie możliwości rozważać. W przypadku Nike smutek jest jeszcze większy. Z ideologią i jej skrajnymi przejawami można walczyć. Z ludzką głupotą już nieszczególnie. Czy jednak siła rażenia, jak to określiłeś, „wymiany uprzejmości” jest na tyle duża, by choćby zagrozić Nike? Na pewno trochę podkopuje to jej prestiż. 

Zahaczę jeszcze o temat dyrektora FBI – wszystko tu już zostało powiedziane, nie mogę się jednak zgodzić (niestety) z pierwszym członem Twojej wypowiedzi. Mówisz o średnim mandacie do pouczeń. I racja, że to hipokryzja, ale niestety nie tylko. Pozycja i siła rażenia USA i wszystkich organizacji tego kraju jest na tyle duża, że cały czas musimy się niestety liczyć z tym, co zostało powiedziane przez członków rządowych ugrupowań. Smutne jest to, że James Comey nie przeprosił i raczej nie przeprosi za swoje słowa. Rządowa administracja naszego kraju nie jest w stanie – nie ma takiej siły ani posłuchu – aby zmusić do przeprosin (było nie było) zwykłego urzędnika organizacji innego państwa. Nie sądzę, by taka sytuacja zaistniała, jeśli chodziłoby o podobne napięcie w stosunkach pomiędzy USA a Federacją Rosyjską. Smutne jest to, jak mali jesteśmy. 

Wróćmy jednak do kultury – jak sam zauważyłeś, wolna kultura przeobraża się w swoim, niezależnym od nikogo rytmem. I ten stan właśnie nazywam pożądanym. W przypadku nagrody Hugo mieliśmy niestety przykład zakłócenia tego rytmu, tak przez jedną, jak i drugą grupę ideologiczną. Zauważ, że wszyscy „wojujący” twórcy chcieli zyskać przewagę w tym, kto dostaje Hugo. Czy pisarze, którzy dobrze piszą (wliczając przedstawicieli każdej ideologii), czy tacy, którzy są przedstawicielami „pokrzywdzonych” grup społecznych. Czy to jest wolna kultura? 

Zostawmy więc kulturę samej sobie. Niechże te przemiany następują – wolniej, ale po swojemu. Książki są ideowe, zawsze będą. Myślę nawet, że opowieść, która nie przekazuje żadnej idei to po prostu grafomania. Tam zawsze są jakieś myśli, choćby między zdaniami. Ważne tylko, by pozostały wolne i rozwijały się w sposób naturalny i wolny. 

 

Tu kończy się część pierwsza rozmowy. Niebawem pojawią się kolejne. 

Korekta: Marta Sobiecka

O Autorze

Michał Stonawski (ur. 1991 r. w Krakowie) - Redaktor naczelny lubiegroze.pl. Autor beletrystyki, publicysta, krytyk literacki. Debiutował w 2010 roku opowiadaniem "Wyrok" w antologii "Horyzonty Wyobraźni 2010". Od tego czasu opublikował ponad trzydzieści opowiadań tak elektronicznie, jak i na papierze (ostatnio: "Cisza" w "Nowej Fantastyce"). Aktywny członek fandomu fantastyki, organizator i koordynator eventów literackich, w latach 2014-2016 współorganizator Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Na 2017 rok planowana jest premiera książki "Mapa Cieni: Kraków", której jest pomysłodawcą, redaktorem i współautorem. Ostatnio próbuje swoich sił jako Game Developer - wiceprezes Alrauna Studio. Kontakt: mstonawski@gmail.com

Podobne Posty