Pierwiastkowy ród ludzki przepełnion był żywotem wewnętrznym, transcendentalnym, nadziemskim i boskim; żywotem mądrego Mohrlanda. Ale zająwszy się zupełnie światowością i począwszy hołdować Materyalizmowi, uronił ten żywot, a z nim i światłość jedynie prawdziwą. Wszystkie księgi odwieczne, święte i nieświęte, są dla nas Sfinxa zagadką.

Pisząc ów tekst, zastanawiam się: ilu osobom mówi coś w ogóle nazwisko Bronisław Ferdynand Trentowski (1808–1869)? Zastanawiam się, gdyż w tym momencie nazwisko to wydaje mi się bardzo istotne w kontekście szeroko rozumianej polskiej grozy, której obecność w literaturze dziewiętnastowiecznej jest znikoma. Wydana w 1844 roku „Demonomania” tegoż autora jest tego najlepszym przykładem.

Już sam tytuł zastanawia – zerkając w słownik, dowiemy się, że słowo odnosi się do opętania przez demony, jednak po zapoznaniu się z treścią książki ta definicja nie jest wystarczająca, ba, nawet zupełnie do niej nie przystaje. A zatem?

Podtytuł nam wyjaśnia, iż jest to „Nauka nadziemskiej mądrości w najnowszej postaci”.

„Demonomania” jest wynikiem systemu filozoficznego wyznawanego przez Trentowskiego, według którego poznanie otaczającego nas świata może się odbywać na dwóch płaszczyznach – świat materialny, ogarniany jest rozumem, lecz istnieje jeszcze świat duchowy, dla którego źródłem poznania jest intuicja (autor określa ją mianem „spekulacja”). Książka opisuje nam ten drugi, demonomania jest zaś „wiedzą odrzuconą”. Ów drugi, ezoteryczny świat cudów, umknął człowiekowi, gdyż pierwotna, nieskalana racjonalnym pojmowaniem wiedza, która go tłumaczyła, została zapomniana. Autor znajduje potwierdzenie swoich tez u Johanna Babtisty Krebsa (1774-1851), śpiewaka operowego, pedagoga i reżysera operowego, który być może większą popularność zyskał pod pseudonimem Johann Babtista Kierning, jako autor pism ezoterycznych i masońskich. Według niego to właśnie masoneria miała doprowadzić do odrodzenia się w człowieku pierwotnej, zapomnianej mocy jasnowidzenia, którą Trentowski (również mason) utożsamia z wiedzą wiodącą do poznania duchowego świata.

Na pismach Kierninga opiera Trentowski pierwszą „praktyczną” część książki, na którą składa się sześć przykładów szarych, nocnych stron duszy człowieczej i o dziwotwornych jej widziadłach. Nie są one jednak suchymi wywodami, tylko opowiadaniami! Autor przedstawia w fabularnej formie kilka nadprzyrodzonych zjawisk – nawiedzenia przez duchy, fenomen Doppelgängera (wykorzystany wcześniej przez Poego w opowiadaniu „William Wilson”), demonicznego opętania i jasnowidztwa. Składają się na nią następujące tytuły:

1. Nieboszczka Prorokini

2. Sobowtór

3. Opętana

4. Gościniec do świątyni mądrości nadziemskiej

5. Jasnowidzący

6. Biesiada

Jest to głównie groza w najczystszej postaci, nawiązująca do tradycji, którą obrabiał piórem mistrz Edgar Allan Poe! W dodatku wcale nieoczywista; już pierwsze opowiadanie, w którym marynarz nawiedzany jest przez ducha swojej zmarłej (jak mu się wydaje) narzeczonej, ostrzegającej go przed czyhającymi na morzu zagrożeniami, kończy się niespodziewaną puentą.

W „Opętanej” znajdziemy bardzo szczegółowy opis opętania i egzorcyzmów. Poniższa próbka pisarstwa Trentowskiego z tego właśnie opowiadania daje chyba najlepiej wyobrażenie o tym, jak radzi sobie z gatunkiem:

Zmrok zapadł. Łomot straszliwy powstaje. Okna drżą, ściany się trzęsą, kanapa, stół, krzesła zaczynają skakać, a zamiast muzyki poświstuje dziko wiatr gwałtowny w kóminie. Karolinę przeszły mrowia. Wnet wszystko ucicha, i zamiast szatańskiego balu, staje przed nią półolbrzym piekielnej postaci. Twarz jego czarna i spiekła, jak u murzyna; oczy błyszczą, jak zarzące wegle; palce uzbrojone orlemi szponami i koźle rogi na głowie. Słowem był to czart rzeczywisty. Karolina krzykła, lecz tylko w duchu, bo usta jej zamarzły zimną zgrozą. Sądziła, iż ostatnia wybiła dla niej godzina. Bezecny potwór zagrzmiał grubym, a podziemnym tonem: „Czego mię trapisz: dzień i noc? Zostaw Umarłych w pokoju, a żyj z Żywemi!” Postać znikła, zostawiwszy za sobą tuman dymu i zapach smoły.

Nie mogę z czystym sumieniem zapewnić, że wszystkie z wymienionych opowiadań będą czytelnika, który się na tą pozycję porwie, straszyć. Choćby taki „Gościniec” to mistyczna wyprawa na poszukiwanie ukrytych w człowieku mocy, śladami… Chrystusa. Cel głównego bohatera Silberta, który chce dorównać w ten sposób mesjaszowi, jawić się może jako bluźnierstwo, jednakowoż wpisuje się w dogmat owej nadnaturalnej wiedzy, której najoczywistszym dla autora przekaźnikiem był Jezus.

Wszystkie opowiadania, choć fabularnie odrębne, scala ze sobą postać nadgórnika Mohrlanda (można spekulować, że postać ta jest ukłonem w stronę Kieringa): duchowego przewodnika, egzorcysty, w końcu lekarza (psychiatry?) bohaterów doświadczonych niewytłumaczalnymi zjawiskami. Co wyjątkowe bowiem – zjawiska te znajdują często nader wyczerpujące wyjaśnienia z użyciem terminów, które wiele lat później zdiagnozuje medycyna, jak choćby rozdwojenie jaźni. Analizy zjawisk włożone w usta Mohrlanda trochę zabijają klimat i przypominają nam o dydaktycznej formie opowiadań, na szczęście nie są wyczerpujące – ich rozwinięcie następuje dopiero w drugiej części.

Dalsze części to: teoretyczna, która przybliża termin Demonomanii i postać Kieringa, i finalna krytyczna, umiejscawiająca przedmiot występowania różnych dziwnych zjawisk, wraz z próbą ich interpretacji, wskazując (oprócz podanych przykładów różnych jasnowidzów i proroków) na ich naturalne, wszystkim dostępne siedlisko we śnie, wyzwalającym nieskrępowaną „galopadę po wszechświecie”. Roli snu jako klucza do zapomnianego świata poświęcona jest obszerna część książki, a konkluzje są zaskakująco nowoczesne i dziwnie znajome.

Autor odnosi się też do zdolności poznawczych człowieka w duchu chrześcijańskiego liberalizmu i dążeń niepodległościowych. Te drugie mają dla Trentowskiego szczególne znaczenie w kontekście narodowego mesjanizmu, którego jest wyznawcą. Stają się one przykładem nieracjonalnej postawy człowieczej, wynikającej z zamiłowania do wolności i miłości ojczyzny; dowodem na szczególną rolę opisywanej przez niego demonomanii dla Polaków. Jako żywy przykład swych rozważań przywołuje tu autor postać Andrzeja Towiańskiego, którego uważa bez dwóch zdań za proroka, kolejne wcielenie Mohrlanda, choć zauważa jednocześnie, że Samo szaleństwo jest jenialnością, która wytężywszy się za swe naturalne granice, roztrzaskuje się i znika jak bańka mydlana.. Tym samym relatywnie rozumiane szaleństwo staje się kolejnym kluczem do poznania.

Czy Trentowski chciał napisać opowiadania grozy? Raczej nie. Tak ilustracje jego hipotez możemy postrzegać dziś, wtedy ich rola była zupełnie inna, tym bardziej, że w jego czasach brano takie relacje całkiem serio. Stworzył natomiast niejako mimochodem coś niepowtarzalnego, z czym zdecydowanie warto się zapoznać.